Wigilia towarem luksusowym, czyli jak świętowaliśmy w PRL-u?

Teraz dzieciaki już nie wąchają przez cały dzień pomarańczy, zanim ją zjedzą
7 minut czytania
3617
0
Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
24 grudnia 2017
fot. Elzbieta Sękowska

Pomarańcze, kiwi, banany, zdwojone ilości mięsa i wódki na świątecznym stole. Nie było takiego drugiego dnia w roku dla dzieciaka w komunistycznej Polsce jak Wigilia. Wiem to po sobie. I chętnie zabiorę Was do krainy moich wspomnień.

Najpierw wysyłanie listu do Mikołaja, do Laponii. Potem ubieranie choinki. Dalej przeszukanie mieszkania – w celu znalezienia prezentów oczywiście. Wreszcie bezsenna przedwigilijna noc i ten dzień! Wigilia. W PRL-u miała luksusowy wymiar.

Kto się przebiera za Mikołaja?

Ale po kolei. Najpierw był list. Trzeba go było wysłać, bo przecież inaczej Mikołaj nie przywiózłby prezentów. O tym, że dla kilkuletniego dzieciaka było jasne, że prawdziwy Mikołaj istnieje, nie muszę chyba przekonywać. Były jednak przebłyski świadomości mówiące, że rodzice chyba coś kręcą z tym Mikołajem.

U nas w domu mama informowała, że zaraz przyjdzie Mikołaj i trzeba się schować w pokoju. Było to zazwyczaj tuż po zmroku. Siedząc z bratem w pokoju, słyszeliśmy jak Mikołaj puka do drzwi, mama je otwiera i dziękuję za prezenty, a Mikołaj życzy wesołych świąt. Potem mama nas wołała i przybiegaliśmy do pokoju, w którym stała choinka, a pod nią czekały prezenty. Bywało tak, że wybiegałem na klatkę krzycząc: Mikołaju zaczekaj! Oczywiście nie czekał, bo Mikołajem był ojciec, który pukał do drzwi i składał życzenia niższym, “mikołajowym” głosem. Sam się nigdy za niego nie przebierał, udawał tylko „głosowo”. Domyśliłem się dlaczego, podczas jednej z wigilii u rodziny w Gdańsku. Za Mikołaja przebrał się mój wujek. Tak nieudolnie, że kiedy zobaczyła go jego kilkuletnia córka narobiła w majtki ze strachu.

To były ważne listy…

Zanim Mikołaj przyniósł prezenty do domu, można było go spotkać w szkole. Odwiedzał dzieci i robiliśmy sobie z nim zdjęcia, obowiązkowo siedząc na kolanach. Wiedzieliśmy jednak, że to ściema i prawdziwy dopiero przyjdzie do domu. W szkole dostawaliśmy też paczki „zakładowe” na święta. Pełne były słodyczy, wyrobów z gdańskiego Bałtyku albo słupskiej Pomorzanki. Lepsze były paczki, które robiliśmy sobie w szkole sami. Losowaliśmy szczęśliwca i szykowało się paczuszkę z gumami Donald dla koleżanki Agatki albo grubego Tomka.

Resoraki, Lego i Atari pod choinką

Ale co z tym listem. Kilka tygodni przed świętami mama zawsze podawała mi adres do Mikołaja – Laponia – i prosiła, żebym napisał czego pragnę. No to pisałem. Oto oryginalne przykłady z połowy lat 80.:

„Drogi Mikołaju proszę cię abyś kupił mi sprzent sportowy, ponieważ nie mam ani sanek, ani nart. Finlandia, Laponia”.

Ten jest lepszy, bo nie zapomniałem o bracie, no i trochę się podlizałem samemu Mikołajowi:

„Drogi Mikołaju mam 10 lat chodzę do III klasy i proszę cię żebyś mi przyniósł na Mikołaja klocki LEGO, albo rysoraka tylko to od ciebie chcę. Mam brata w Gdańsku. Mikołaj Laponia.

Mikołaju jesteś bardzo miły i dobrym człowiekiem dlatego bardzo cię lubię. Przepraszam chyba zrobiłm błedy”.

Wierzcie albo nie, ale Mikołaj wysłuchał i dostaliśmy “rysoraki” – tzn. matchboksy z Peweksu – oraz Lego. Ale i tak najlepszym prezentem świata był komputer. Pod koniec lat 80. popularne były u nas dwie marki: Commodore i Atari. Z bratem weszliśmy do tej drugiej frakcji, po tym jak w naszym domu pojawił się Atari 65xe. Pamiętam, że pudełko z komputerem odkryłem przeszukując mieszkanie przed świętami. Jak zobaczyłem zdjęcie komputera na kartonie to nie do końca wiedziałem, co to tak naprawdę jest i do czego służy. Ale wiedziałem, że to jest koniec świata. I był. Jak starszy brat podłączył Atari do telewizora i napisaliśmy coś na ekranie to było coś!

Bimber i coca-cola

Ważną częścią świąt było jedzenie, no i picie. Żeby było go więcej, picia znaczy, rodzice zbierali kartki po ciotkach i babciach i za to kupowali napoje wyskokowe. Wiele osób było tak spragnionych, że i to nie starczyło, dlatego przed świętami dramatycznie wzrastała ilość wytwarzanego chałupniczo bimbru. Oczywiście władza próbowała walczyć z nielegalnym handlem nim. Widać to, na filmiku:

Dla nas, dzieciaków, najważniejsze jednak było to, co lądowało na stole wigilijnym z Zachodu, czy raczej krajów południa, czyli cytrusy. Pomarańcza – zanim przystępowałem do jedzenia wąchałem ją cały dzień. Zresztą tak samo robiła moja mama trzy dekady wcześniej. To na święta zjadłem też pierwsze kiwi. Te rarytasy leżały pomiędzy talerzami ze śledziami, kapustą z grzybami, kutią i barszczem. Co prawda w gazetach z tamtego czasu można znaleźć przepisy na bardziej wykwintne potrawy, ale jakoś nie pamiętam ich ani w moim domu, ani domach przyjaciół.

Niemniej jednak w jednym z najlepszych graficznie i merytorycznie czasopism PRL-u, czyli Ty i ja, w wigilijnych numerach ukazywały się „wariacje na temat dań wigilijnych”. Te wariacje to na przykład karp bourguignon (w czerwonym winie) czy halibut młody z masłem pietruszkowym.

Z drugiej strony, taki Magazyn poradniczo-hobbistyczny „Pan” z grudnia 1988 przedstawiał tradycyjne przepisy na przysmaki wigilijne, typu barszcz, śledzia czy kapustę z grzybami i kutię. Przepisy redakcja okrasiła ważną adnotacją skierowaną do mężczyzn:

„Panowie, może przynajmniej w Wigilię pomożecie swoim Towarzyszkom Życia w niewdzięcznych i pracochłonnych czynnościach kulinarnych? A może zaproponujecie jakieś nowe przepisy na wigilijne potrawy?”.

Nie przypominam sobie jednak, by mężczyźni jakoś poważnie uczestniczyli w świątecznych przygotowaniach. No chyba, że trzeba było przywieźć pół świniaka. Tak, tak, zaopatrywało się w niego tuż przed świętami u znajomego hodowcy na wsi. Na kartki można było pobrać za mało mięsa na całe święta. A taki świniak zostawał jeszcze na sylwestra i część karnawału. Słowem, kombinowało się po swojemu. Nie tylko bimber czy mięso.

Podczas gdy rodzice ogarniali jedzeniowe sprawy, my zajmowaliśmy się ozdobami choinkowymi. W szkole robiliśmy tzw. łańcuchy. Bardziej wyrafinowane ozdoby można było znaleźć w książkach Adama Słodowego albo „Vademecum Zrób Sam”.

Podwyżki cen przed świętami

Dla nas, dzieciaków, był to wyjątkowy czas. Jedliśmy niedostępne na co dzień cytrusy. Bawiliśmy się nowymi matchboksami, ktoś na podwórku dzielił się prawdziwą coca-colą. Ale rodzice mieli przerąbane. Trzeba było walczyć o wszystko. A władza nie pomagała. Podwyżki przed świętami były standardem, szczególnie za towarzysza Gomułki. Zresztą za podniesienie cen 12 grudnia 1970 zapłacił utratą władzy. Przejął ją Gierek, który starał się zostać Mikołajem narodu i przed świętami sprowadzał do naszych sklepów różne towary z zagranicy.

Najlepszymi Mikołajami byli jednak ci, którzy pracowali za granicą albo na statkach i mieli dostęp do towarów luksusowych. Ja miałem wujka, który w latach 80. pracował jako robotnik w NRF-ie. Odwiedzaliśmy go przed świętami. Miał coś, co było kosmosem: całe zgrzewki z coca-colą i nutellą. Mogliśmy wybrać sobie jedną rzecz, ja wybieram nutellę. Co to było za święto!

To pokazuje jak niewiele potrzeba było nam do szczęścia w czasie świąt. To jednak również dowód na to, jakim byliśmy poniżonym narodem, skoro nutella była szczytem szczęścia. I dziś ,jak widzę rodziny biegające po galeriach handlowych z dziećmi od sklepu do sklepu, myślę sobie, że tak naprawdę niewiele się zmieniło. Kiedyś rodzice kombinowali świniaka ze wsi albo kartki na wódkę od babć i cioci. Teraz krążą między supermarketami szukając tańszego o dwa złote karpia albo lepszej wódki za 20 złociszy. Tylko dzieciaki już nie wąchają cały dzień pomarańczy przed zjedzeniem…

Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
Dziennikarz, przede wszystkim muzyczny. Zbieracz zabawek, komiksów i innych przedmiotów z epoki Commodore i Składnic harcerskich. Wszystko trzyma w domu - nie jest łatwo. Prowadzi bloga Bufet PRL.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Kuchnia w PRL-u: zamienniki mięsne, wyroby czekoladopodobne i kawa z żołędzi

Przyjrzyjmy się zaskakującym zwyczajom, potrawom i przedmiotom kuchennym epoki, w której od kolorowego świata dzielił nas mur na środku Berlina, bo była to kuchnia pełna niespodzianek.
Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
12 sierpnia 2017
CZYTAJ WIĘCEJ