„Ziemia jest tylko jedna, nie zgubię się”. Podróże na emeryturze

Wiek w niczym nie przeszkadza!
16 minut czytania
1844
0
Beata Turska
Beata Turska
23 grudnia 2017
fot. zosiaumajow.blogspot.com

Gdy mówiła, że po przejściu na emeryturę będzie podróżować, znajomi unosili brwi i tylko się uśmiechali. No bo za co? Nie znając angielskiego? Bez biura podróży? Zupełnie sama? Teraz mogą poczytać na jej blogu relacje ze Sri Lanki, Kambodży, Meksyku, Gwatemali, Panamy, Australii…

Rozmowa z Zofią Małecką, podróżniczką i blogerką.

Beata Turska: Jak to się stało, że zaczęła Pani podróżować?

Zofia Małecka: Zawsze o tym marzyłam, ale moja młodość przypadła na czasy, w których nie dawano nam paszportów. Zwiedziłam Polskę wzdłuż, wszerz i po skosie, ale ciągle myślałam „A jak jest gdzie indziej?” Moją wyobraźnię karmiła muzyka nadawana w słuchanych po nocach zagranicznych stacjach: blues, jazz, country. Słuchając jej widziałam plaże, palmy, tańczących ludzi… Potem nastała era telewizji i pojawiły się programy podróżnicze, a w nich ludzie, miasta, dżungle i egzotyczne zwierzęta. Apetyt rósł, ale życie toczyło się swoim torem: praca, rodzina, macierzyństwo. Na szczęście z powodów zawodowych (byłam leśnikiem) zawsze mieszkaliśmy w pięknych miejscach, w leśniczówkach. Z dala od miasta, zgiełku i PRL-owskiej szarzyzny.

Zofia Małecka na plaży w Cancun, Meksyk (fot. zosiaumajow.blogspot.com)

Kiedy udało się Pani wyjechać po raz pierwszy za granicę?

W czasach, gdy można już było przekroczyć granicę z NRD jedynie z dowodem osobistym, przeszłam z moją kilkuletnią wówczas córką, Oliwią, przez most ze Zgorzelca do Görlitz. Chciałam kupić jej tam kolorowe sukienki. W Polsce ubrania były wtedy szarobure.

A pierwsza prawdziwa podróż?

Zorganizowana wycieczka autokarowa do Kijowa i Moskwy. Nie do zapomnienia: do Kijowa zajechaliśmy równo z wybuchem czarnobylskiego reaktora atomowego. Pogoda była cudowna. Koniec kwietnia, a ciepło, jak latem. Od rana do nocy biegaliśmy po mieście, nieświadomie wdychając toksyczne powietrze. 1 maja zawieziono nas do Moskwy na wielką paradę. W hotelu mieliśmy telewizor, ale o tragedii nie wspomniano w wiadomościach ani słowa.  Dopiero po powrocie, już po naszej stronie granicy, powiedziano nam, co się stało. Musieliśmy wypić płyn Lugola. W domu rodzina orzekła, że nie powinnam podróżować do obcych krajów, bo mojej obecności nie wytrzymują nawet elektrownie atomowe.

A gdy już można było mieć paszport w szufladzie?

Każdego roku starałam się pojechać na jakąś wycieczkę. Kręciłam się po Europie. Czechy, Chorwacja, Włochy, Austria, Francja, Anglia. Pierwszy raz poza Europę, do Tunezji, poleciałam z biurem podróży i ostatecznie zniechęciłam się do zorganizowanych wyjazdów. Jako singiel musiałam płacić drożej np. za noclegi. Jak za karę. Postanowiłam jeździć sama. W końcu jest tylko jedna kula ziemska, więc zawsze jakoś wrócę do domu, prawda?

Dokąd wyruszyła Pani z swoją pierwszą daleką podróż bez biura?

Do Sri Lanki. Gdy już tam byłam, wzięłam tuk-tuka i pojechałam do Polaka, którego stronę znalazłam w internecie. Chciałam zapytać go o sprawy związane z bezpieczeństwem (na północy kraju od lat trwała wojna domowa), miejsca do odwiedzenia, tanie hotele itd. Nie zastałam go, ale spotkałam jego mamę, która przyjechała w odwiedziny i właśnie wybierała się na plażę. Gdybym przyjechała dziesięć minut później, zastałabym zamknięty dom.  To dzięki pani Marii, mamie Pawła, zostałam w Sri Lance trzy miesiące. Ze Sri Lanki poleciałam z Pawłem do Tajlandii, gdzie musiał coś załatwić w ambasadzie. Kilka dni byliśmy w Bangkoku, potem on wrócił do domu, a ja pojechałam dalej, do Malezji, Singapuru, Indonezji (Jawa, Bali), a potem znowu do Sri Lanki, bo stamtąd miałam bilet powrotny. Wróciłam do Polski, gdzie wkrótce miał się urodzić mój wnuk Krzysztof, ale już w samolocie planowałam następną podróż.

Urokliwe życie w Kambodży (fot. zosiaumajow.blogspot.com)

Jakie kraje Pani od tego czasu zwiedziła?

Brunei, Borneo, Singapur, Gwatemalę, Meksyk, Belize, Kostarykę, Panamę, Stany Zjednoczone, Australię, Wietnam, Kambodżę, Filipiny, ostatnio Grecję, która była urodzinową niespodzianką od córki.

Jest Pani emerytką. Jak udaje się Pani finansować podróże?

Miałam pewną kwotę odłożoną na koncie na bilety lotnicze, bo to jest największy wydatek, gdy leci się poza Europę. Potem gospodarowałam już tylko swoją emeryturą, starając się nie nadwyrężać pozostałych oszczędności. To był taki żelazny zapas na niespodziewane wydatki. Przydał się na Filipinach. Oszczędności stopniały i znowu jestem na bieżąco. Żyję tak, jak w kraju: opłacam mieszkanie, wydaję na żywność, wycieczki. Czasem jest drożej niż w Polsce, ale często dużo taniej. I w Polsce, i na świecie trzeba sobie radzić z takim budżetem, jaki się ma.

Pewnie świetnie zna Pani języki…

No właśnie nie i przez to przegapiłam kilka ciekawych rzeczy. Mój szczątkowy angielski wystarcza na zakup biletów, dogadanie się w hotelach, zrobienie zakupów. Ale i tak rozmawiam z ludźmi – kalecząc angielski, wtrącając polskie słowa i pomagając sobie gestami.  Gdy sprawa jest poważna, wyciągam laptop i rozmawiamy przez Google Translate. Daję radę. Większość ludzi, których spotykam podczas podróży, jest pozytywnie nastawiona do turystów mojego pokroju. Są cierpliwi, a jeśli trzeba, chętnie pomagają. Zwiedzam z laptopem, przewodnikiem, mapą i słownikiem.

Tulum w Meksyku (fot. zosiaumajow.blogspot.com)

Nie boi się Pani podróżować sama?

Nie, ale jestem ostrożna. Nie wałęsam się po zmroku, nie zapędzam się w dzielnice, które sami mieszkańcy określają, jako niebezpieczne. Uczę się na cudzych doświadczeniach. Staram się przytomnie obserwować świat.

Co jest dla Pani najważniejsze? Miejsca? Ludzie? Jeszcze coś innego?

Wszystko razem. Wybieram kraje, które mnie czymś fascynują. Gwatemala kusiła mnie kulturą Majów i kolonialną zabudową. Panama słynnym kanałem skracającym drogę okrętom. Kolorowa i wyluzowana Kostaryka atmosferą. Nowy Orlean jazzem i charakterystyczną architekturą. Filipiny pięknymi, białymi plażami. Meksyk – historią, plażami, strojami, zwyczajami. Mogę tak wymieniać w nieskończoność. Interesują mnie ludzie, ich styl życia, wygląd, stosunek do przybyszów. Bywa różnie. Np. Gwatemalczycy chyba jeszcze nie przywykli do obcych. Mają zacięte miny, a to cię potrącą niby niechcący, a to nadepną na stopę.

W Kostaryce zaczepiali mnie roześmiani, młodzi ludzie, dopytując z jakiego kraju jadę i jak mi się u nich podoba.  Belize i Panama: powściągliwa uprzejmość, ale też miły uśmiech i szczera chęć udzielenia wyczerpującej odpowiedzi na zadane pytanie. W Meksyku mężczyźni gwiżdżą za obcymi kobietami, wychodząc z założenia, że one przyjechały do Meksyku po to, aby koniecznie nawiązać z nimi kontakt. No bo po co jechałyby tak daleko? Filipińczycy – naturalni, swobodni, przyjacielsko nastawieni do świata. Ale oczywiście w każdym miejscu na świecie ludzie są różni, jak wszędzie. I wszędzie trzeba zachować ostrożność.

Na słynnej Route 66 w USA (fot. zosiaumajow.blogspot.com)

Co Pani utkwiło w pamięci najbardziej?

Mnóstwo rzeczy. Czerwony dywan w Hollywood, po którym stąpają aktorzy odbierając Oscary, a nad nim i wokół niego chińskie napisy i czerwone lampiony. Nowoorleańskie knajpki, w których słucha się jazzu na żywo.  Chleb ze smalcem w dawnej polskiej dzielnicy w Chicago. Spotkania. Zdziwienie, że tak wielu ludzi w starszym wieku podróżuje samotnie po świecie.   Zarośnięte Angkor w Kambodży, pozostałość po dawnej cywilizacji. Co się stało, że te miasta zostały opuszczone? Czy kiedyś coś podobnego spotka także nas? Czy zostawimy po sobie coś poza plastikiem i radioaktywnymi odpadami?  Miejsc, które utkwiły w mojej pamięci jest bardzo dużo. Opisuję je szczegółowo na blogu.

Samotne podróżowanie ma więcej plusów czy minusów?

Minusy oczywiście są. Choćby takie, że nie wiadomo co zrobić z bagażem, gdy się chce iść do toalety na lotnisku, że trzeba płacić więcej za nocleg, nie ma z kim pogadać i dzielić się na gorąco wrażeniami. Ale ma też zalety. Podczas samotnej podróży mogę dowolnie gospodarować czasem. Nie trzeba do nikogo się dostosowywać, znosić czyichś humorów i tracić czasu na niepotrzebne uzgodnienia, szczególnie gdy ma się do czynienia z kimś niezdecydowanym i ciągle zmieniającym zdanie. Można maksymalne skupić się na miejscach i ludziach. Gdy już bardzo doskwiera mi samotność, umawiam się ze swoją córką gdzieś na trasie. Ostatnio spotkałyśmy się na lotnisku w Ho Chi Minh.

No właśnie, co na to wszystko Pani rodzina?

Moje dzieci, Oliwia i Marcin oraz ich życiowi partnerzy, od początku akceptowali mój sposób na życie. Bardzo mi pomagają zajmując się w kraju moimi sprawami. Sami też podróżują, choć na krócej niż ja, bo są zapracowani. Marcin jeździ na desce snowboardowej i nurkuje w różnych zakątkach świata. Oliwia kocha ciepłe kraje, a jeszcze bardziej wschodnią i centralną Azję. W tym roku z plecakiem i namiotem objechała Kazachstan. Uwielbiam swoje dzieci, podziwiam je i jestem z nimi w ciągłym kontakcie. Wiem, że w razie kłopotów mogę na nie liczyć. To pomaga mi spokojnie podróżować.

Pani Zofia na Filipinach (fot. zosiaumajow.blogspot.com)

Musiała Pani korzystać z tej pomocy?

Tak. To było w Santa Fe, na filipińskiej wyspie Bantayan…

Tam, gdzie „ładne mieszkanie, mili gospodarze, urocze miasteczko, przyjemni znajomi, sporo Polaków na wieczorne pogaduchy przy piwku, czyste i ciche plaże wokół nad pięknym turkusowym morzem”, jak napisała Pani o Santa Fe na swoim blogu?

Tak. Santa Fe mnie zauroczyło. Sądziłam, że już znalazłam swoje miejsce na ziemi. Wynajęłam małe mieszkanie na pół roku, zaprzyjaźniłam się z jego właścicielami, poznałam sąsiadów. Miałam swoją ulubioną kawiarnię, plażę i sklepik. Ale pewnego dnia nagle zachorowałam. W prowizorycznym lokalnym szpitalu nie mogli mi już pomóc. Na Skypie zdążyłam tylko napisać do córki jedno słowo: „umieram” i zaraz potem trafiłam do szpitala. Dzieci zadziałały błyskawicznie. Marcin przez internet znalazł i zarezerwował mi miejsce w prywatnej klinice w Cebu na wyspie Luzon. Oliwia natychmiast przyleciała z Polski do Santa Fe. To był ostatni moment, bo już straciłam kontakt z rzeczywistością. Pięć godzin wiozła mnie karetką do Cebu, częściowo lądem, częściowo promem. Po trzech tygodniach pobytu w szpitalu sprowadziła mnie do Polski. Uratowali mi życie.

Czy choroba nie zraziła Pani do podróżowania?

Skąd! Zachorować można w każdym miejscu na świecie. Także nie wychodząc z domu.

A dokąd się Pani teraz wybiera?

Do Puerto Vallarta w Meksyku. Chcę tam wynająć lokum na dłużej i zamieszkać. Takie slow life.

***

Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl

Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Beata Turska
Beata Turska
Dziennikarka, redaktorka i nie tylko. Matka nastolatka, który wie wszystko najlepiej. Od niedawna tropicielka tanich biletów do Wszędzie, a od zawsze - zbieraczka osobliwości i kuriozalnych coverów. Ozdobą jej kolekcji jest "Paint it black" Rolling Stonesów w wykonaniu Karela Gotta - po niemiecku. Kocha Indie, nie potrafi żyć bez kawy, gadania i psów.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Podróże

Podróże są tylko dla odważnych? Nic podobnego!

„Zazdrościmy wam odwagi” – to jedna z najczęstszych rzeczy, jakie słyszymy od ludzi śledzących naszą podróż. Odpowiedź, że nie czujemy się specjalnie odważni jest zazwyczaj odbierana jako kokieteria. Decyzji o wyruszeniu w wielomiesięczną podróż z biletem w jedną stronę, nie podejmuje się w ciągu pół godziny. Najczęściej jest ona wynikiem narastającej potrzeby – spełnienia marzeń, przeżycia przygody, zaspokojenia ciekawości albo przekonania, że jeśli się tego nie zrobi, może nas ominąć w życiu coś ważnego.
Izabela Tomella
Izabela Tomella
12 marca 2018
CZYTAJ WIĘCEJ