Antyklerykał i feministka. Dwie książki, które powinni przeczytać współcześni Polacy

Duet z najgłębszych kręgów piekła
4 minuty czytania
1931
2
Gabriel Krawczyk
Gabriel Krawczyk
31 stycznia 2018

Wyrabiajcie w sobie nawyk krytycznego myślenia, namawiają nas Christopher Hitchens („Listy do młodego kontestatora”) i Rebecca Solnit („Mężczyźni objaśniają mi świat”). Katolicka, patriarchalna Polska szczególnie potrzebuje tego typu lektur.

Na pierwszy rzut oka eseje Solnit i Hitchensa łączy niewiele. Podczas gdy on pisze o sztuce prowadzenia sporów, ona skupia się na mężczyznach, którzy w dyskusji o kobietach najchętniej by je przekrzyczeli. Uczestnicy polskiej debaty publicznej potrzebują tego typu lektur. Lektur stawiających niewygodne tezy i konsekwentnie podważających pozorne oczywistości. Wreszcie – lektur proponujących odważne rozwiązania. „Listy do młodego kontestatora” Christophera Hitchensa i „Mężczyźni objaśniają mi świat” Rebeki Solnit łączy także przejrzysta forma, umożliwiająca zmieszczenie multum treści i kontekstów w tomikach o tak małych rozmiarach.

Antyklerykał i feministka – czy można wyobrazić sobie duet z głębszych kręgów piekła? Katolicka, patriarchalna Polska szczególnie potrzebuje tego typu lektur, by zamiast uparcie walić głową w mur własnych przekonań, hartować racje na erystycznym ringu, w zdrowej polemice, w ogniu argumentów i wątpliwości.

Feminizm – nie taki zły, jak go malują

Pisane przez sześć lat od 2008 roku teksty Rebecki Solnit (ur. 1961), amerykańskiej feministki i historyczki, nieraz wywołują wrażenie, jak gdyby aktualizowano je w zeszłym roku, przy okazji hollywoodzkich afer i masowych wyznań #metoo. Mowa tu o kulturze gwałtu, o zachowaniach mieszczących się w obrębie napastowania, molestowania i napaści na tle seksualnym. W „Mężczyźni objaśniają mi świat” autorka podejmuje problem przemocy nie tylko fizycznej, ale i tej nie zawsze uświadomionej. Szowinizm, mizoginia, seksizm – pisze Solnit – wyraża się w prowokacyjnym spojrzeniu, w uprzedmiotawiającym języku, w przekraczaniu intymnych granic, a także  w „jaśniepanieńskim” dyktowaniu kobiecie, jak ma żyć.

„Mężczyźni objaśniają mi świat „, Rebecca Solnit – wyd. Karakter

W ostatnich tygodniach czytaliśmy o tym wielokrotnie. Raz przejmowaliśmy się rozmiarami ujawnianej w mediach męskiej przemocy, kiedy indziej trafialiśmy na komentarze sprowadzające postulaty feministek do absurdu. Po lekturze esejów Solnit nie chce się linczować winnych ani usprawiedliwiać znane medialne przypadki. Ogrom statystyk i kontekstów (historycznych i politycznych, prawnych i systemowych, kulturowych i językowych), w jakie Solnit opatruje swój tekst, sprawia, że wolimy raczej spojrzeć w lustro. Każdy czytelnik i każda czytelniczka nabierze, jak sądzę, pragnienia indywidualnego rachunku sumienia. Rozmaite statystyki – jedna z największych zalet tej książki – unaoczniają, że to nie kolor skóry, narodowość czy wyznanie wywołują przemoc, a płeć. Przemoc z reguły ma płeć. Nie każdy mężczyzna jest winny, pisze autorka. I zaznacza: źle się jednak dzieje, gdy głos kobiet pozostaje niesłyszalny. Jej esej nie opowiada o wojnie płci, lecz o wojnie ról płciowych – tego, co każe usprawiedliwiać jednych i zakazywać czegoś innym.

„Siostra feministka” Solnit pokazuje, że nie taki feminizm straszny, jak go malują. Pośrednio autorka dowodzi także, że nie ma sprzeczności między uczestniczkami akcji #metoo, które chcą wykrzyczeć swoją krzywdę, oraz postulatami Catherine Deneuve – czasem niesłusznie przeciwstawianej tamtym. Deneuve (również zresztą feministka) krytykuje środki, lecz nie samą ideę – a jest nią postulat równych szans dla kobiet i mężczyzn. Feminizm wspólnej idei, równości, nie hierarchii; feminizm będący blisko codzienności, taki, który niszczy barykady, który głośno krzyczy, lecz nie chce nikogo ranić – bo o takim feminizmie pisze Solnit – pewnie zaskoczy niektórych swoją pojemnością.

Jak myśleć samodzielnie?

Można sądzić, że takie wydanie feminizmu – ścierającego się, poddającego (się) w wątpliwość, autokrytycznego – spodobałby się Christopherowi Hitchensowi (1949-2011). Jego „Listy do młodego kontestatora” (wydane po raz pierwszy w 2001 roku) stanowią podobną do Solnitowej lekcję antypopulizmu i pozytywnej komplikacji. Tam, gdzie Solnit wzoruje się na Virginii Woolf, mistrzyni krytycznego niuansu, tam Hitchens wymienia m.in. Emila Zolę, Rainera Marię Rilkego (to z jego „Listów do młodego poety” zapożycza formę esejów będących zbiorem fikcyjnej korespondencji), Johna Stuarta Milla, Oscara Wilde’a, Aleksandra Sołżenicyna, Czesława Miłosza, Nelsona Mandelę, Josepha Hellera. Wszyscy oni swoją postawą lub/i twórczością dali przykład pozytywnego nonkonformizmu.

Pozytywnego, czyli nie wynikającego z zasady buntu dla buntu. Kontestacja w wydaniu Hitchensowskim nie sprowadza się do tego, co myślimy – ale jak myślimy. Tak jak Solnit, pisarz proponuje, by nie popadać w językowe uproszczenia, by komplikować rozmowę, doceniać wieloznaczności, spekulować. Jak na krytyka literackiego przystało, Hitchens namawia do krytyki rozumianej jako preludium do rozmowy. Polemika, nawet jeśli używa składnych i logicznych argumentów, powinna trwać i trwać, i trwać.

„Listy do młodego kontestatora”,
Christopher Hitchens
– wyd. Karakter

Jako spór będący podstawą wszystkich sporów Hitchens – wojujący antyklerykał i ateista – traktuje dociekania na temat (nie)istnienia Boga. Zgodnie ze swoim zwyczajem, wkłada kij w mrowisko, przedstawiając przerażająco dla wierzących logiczne argumenty podważające moralność religii i Boga. Można zagadywać niewierzącego Hitchensa, można nie podzielać jego poglądu. Doprawdy nie wiem jednak, jak obalić jego argumenty przeciw logice religii jako (pozornej jego zdaniem) odpowiedzi na moralne trudy ludzkości. Z równą przejrzystością i równie inspirująco pisze Hitchens o autorytetach (czy kontestator może im ufać?). Przekonująco dekonspiruje „stada niezależnych umysłów”, szuka definicji ironii (nie znajduje jej), docenia humor i ostrzega, że bywa niebezpieczny. Gardzi plemienną solidarnością. Rozróżnia sprzeciw od nihilizmu. Rozważa sens istnienia niebios – skoro to w intelektualnych bolączkach widzi najwyższe zadanie i sens człowieka. Równocześnie nie popiera snobizmu i wyśmiewa prawdę, która leży pośrodku. Wreszcie, zastanawia się, czemu służy sztuka dyskusji i jak ją upiększać.

Rzadko zdarza się przyjemność uczestniczenia w takiej lekcji myślenia, która byłaby zarazem lekcją wartościowego życia. Eseje Hitchensa i Solnit są taką okazją.

Gabriel Krawczyk
Gabriel Krawczyk
Jeśli wierzyć opiniodawcom, był już błaznem, kombinatorem, niedoszłym księdzem, przyszłym jazzmanem. Jeśli wierzyć faktom, bywa kurierem rowerowym, okazjonalnym redaktorem w Sejmie, a w internecie - recenzentem filmowym, publicystą kulturalnym i blogerem. Publikuje lub publikował m.in. w Korporacji Ha!art, Magazynie Gazety Wyborczej „Osiem Dziewięć”, Kulturze Liberalnej, Ekranach i na portalu Esensja.pl.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Książka

Missoula nie jest, wbrew pozorom, amerykańską stolicą gwałtów [RECENZJA]

Reportaż Jona Krakauera “Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim” to książka, którą zdecydowanie warto przeczytać. Choć w kwestii rozwiązań legislacyjnych Stany Zjednoczone różnią się od nas znacząco, to gdy chodzi o przestępstwo gwałtu, systemy obu państw zdają się być tak samo bezradne.
Martyna Kośka
Martyna Kośka
17 stycznia 2018
CZYTAJ WIĘCEJ