Antyklerykał i feministka. Dwie książki, które powinni przeczytać współcześni Polacy

Duet z najgłębszych kręgów piekła
4 minuty czytania
1969
2
Gabriel Krawczyk
Gabriel Krawczyk
31 stycznia 2018

Wyrabiajcie w sobie nawyk krytycznego myślenia, namawiają nas Christopher Hitchens („Listy do młodego kontestatora”) i Rebecca Solnit („Mężczyźni objaśniają mi świat”). Katolicka, patriarchalna Polska szczególnie potrzebuje tego typu lektur.

Na pierwszy rzut oka eseje Solnit i Hitchensa łączy niewiele. Podczas gdy on pisze o sztuce prowadzenia sporów, ona skupia się na mężczyznach, którzy w dyskusji o kobietach najchętniej by je przekrzyczeli. Uczestnicy polskiej debaty publicznej potrzebują tego typu lektur. Lektur stawiających niewygodne tezy i konsekwentnie podważających pozorne oczywistości. Wreszcie – lektur proponujących odważne rozwiązania. „Listy do młodego kontestatora” Christophera Hitchensa i „Mężczyźni objaśniają mi świat” Rebeki Solnit łączy także przejrzysta forma, umożliwiająca zmieszczenie multum treści i kontekstów w tomikach o tak małych rozmiarach.

Antyklerykał i feministka – czy można wyobrazić sobie duet z głębszych kręgów piekła? Katolicka, patriarchalna Polska szczególnie potrzebuje tego typu lektur, by zamiast uparcie walić głową w mur własnych przekonań, hartować racje na erystycznym ringu, w zdrowej polemice, w ogniu argumentów i wątpliwości.

Feminizm – nie taki zły, jak go malują

Pisane przez sześć lat od 2008 roku teksty Rebecki Solnit (ur. 1961), amerykańskiej feministki i historyczki, nieraz wywołują wrażenie, jak gdyby aktualizowano je w zeszłym roku, przy okazji hollywoodzkich afer i masowych wyznań #metoo. Mowa tu o kulturze gwałtu, o zachowaniach mieszczących się w obrębie napastowania, molestowania i napaści na tle seksualnym. W „Mężczyźni objaśniają mi świat” autorka podejmuje problem przemocy nie tylko fizycznej, ale i tej nie zawsze uświadomionej. Szowinizm, mizoginia, seksizm – pisze Solnit – wyraża się w prowokacyjnym spojrzeniu, w uprzedmiotawiającym języku, w przekraczaniu intymnych granic, a także  w „jaśniepanieńskim” dyktowaniu kobiecie, jak ma żyć.

„Mężczyźni objaśniają mi świat „, Rebecca Solnit – wyd. Karakter

W ostatnich tygodniach czytaliśmy o tym wielokrotnie. Raz przejmowaliśmy się rozmiarami ujawnianej w mediach męskiej przemocy, kiedy indziej trafialiśmy na komentarze sprowadzające postulaty feministek do absurdu. Po lekturze esejów Solnit nie chce się linczować winnych ani usprawiedliwiać znane medialne przypadki. Ogrom statystyk i kontekstów (historycznych i politycznych, prawnych i systemowych, kulturowych i językowych), w jakie Solnit opatruje swój tekst, sprawia, że wolimy raczej spojrzeć w lustro. Każdy czytelnik i każda czytelniczka nabierze, jak sądzę, pragnienia indywidualnego rachunku sumienia. Rozmaite statystyki – jedna z największych zalet tej książki – unaoczniają, że to nie kolor skóry, narodowość czy wyznanie wywołują przemoc, a płeć. Przemoc z reguły ma płeć. Nie każdy mężczyzna jest winny, pisze autorka. I zaznacza: źle się jednak dzieje, gdy głos kobiet pozostaje niesłyszalny. Jej esej nie opowiada o wojnie płci, lecz o wojnie ról płciowych – tego, co każe usprawiedliwiać jednych i zakazywać czegoś innym.

„Siostra feministka” Solnit pokazuje, że nie taki feminizm straszny, jak go malują. Pośrednio autorka dowodzi także, że nie ma sprzeczności między uczestniczkami akcji #metoo, które chcą wykrzyczeć swoją krzywdę, oraz postulatami Catherine Deneuve – czasem niesłusznie przeciwstawianej tamtym. Deneuve (również zresztą feministka) krytykuje środki, lecz nie samą ideę – a jest nią postulat równych szans dla kobiet i mężczyzn. Feminizm wspólnej idei, równości, nie hierarchii; feminizm będący blisko codzienności, taki, który niszczy barykady, który głośno krzyczy, lecz nie chce nikogo ranić – bo o takim feminizmie pisze Solnit – pewnie zaskoczy niektórych swoją pojemnością.

Jak myśleć samodzielnie?

Można sądzić, że takie wydanie feminizmu – ścierającego się, poddającego (się) w wątpliwość, autokrytycznego – spodobałby się Christopherowi Hitchensowi (1949-2011). Jego „Listy do młodego kontestatora” (wydane po raz pierwszy w 2001 roku) stanowią podobną do Solnitowej lekcję antypopulizmu i pozytywnej komplikacji. Tam, gdzie Solnit wzoruje się na Virginii Woolf, mistrzyni krytycznego niuansu, tam Hitchens wymienia m.in. Emila Zolę, Rainera Marię Rilkego (to z jego „Listów do młodego poety” zapożycza formę esejów będących zbiorem fikcyjnej korespondencji), Johna Stuarta Milla, Oscara Wilde’a, Aleksandra Sołżenicyna, Czesława Miłosza, Nelsona Mandelę, Josepha Hellera. Wszyscy oni swoją postawą lub/i twórczością dali przykład pozytywnego nonkonformizmu.

Pozytywnego, czyli nie wynikającego z zasady buntu dla buntu. Kontestacja w wydaniu Hitchensowskim nie sprowadza się do tego, co myślimy – ale jak myślimy. Tak jak Solnit, pisarz proponuje, by nie popadać w językowe uproszczenia, by komplikować rozmowę, doceniać wieloznaczności, spekulować. Jak na krytyka literackiego przystało, Hitchens namawia do krytyki rozumianej jako preludium do rozmowy. Polemika, nawet jeśli używa składnych i logicznych argumentów, powinna trwać i trwać, i trwać.

„Listy do młodego kontestatora”,
Christopher Hitchens
– wyd. Karakter

Jako spór będący podstawą wszystkich sporów Hitchens – wojujący antyklerykał i ateista – traktuje dociekania na temat (nie)istnienia Boga. Zgodnie ze swoim zwyczajem, wkłada kij w mrowisko, przedstawiając przerażająco dla wierzących logiczne argumenty podważające moralność religii i Boga. Można zagadywać niewierzącego Hitchensa, można nie podzielać jego poglądu. Doprawdy nie wiem jednak, jak obalić jego argumenty przeciw logice religii jako (pozornej jego zdaniem) odpowiedzi na moralne trudy ludzkości. Z równą przejrzystością i równie inspirująco pisze Hitchens o autorytetach (czy kontestator może im ufać?). Przekonująco dekonspiruje „stada niezależnych umysłów”, szuka definicji ironii (nie znajduje jej), docenia humor i ostrzega, że bywa niebezpieczny. Gardzi plemienną solidarnością. Rozróżnia sprzeciw od nihilizmu. Rozważa sens istnienia niebios – skoro to w intelektualnych bolączkach widzi najwyższe zadanie i sens człowieka. Równocześnie nie popiera snobizmu i wyśmiewa prawdę, która leży pośrodku. Wreszcie, zastanawia się, czemu służy sztuka dyskusji i jak ją upiększać.

Rzadko zdarza się przyjemność uczestniczenia w takiej lekcji myślenia, która byłaby zarazem lekcją wartościowego życia. Eseje Hitchensa i Solnit są taką okazją.

Gabriel Krawczyk
Gabriel Krawczyk
Jeśli wierzyć opiniodawcom, był już błaznem, kombinatorem, niedoszłym księdzem, przyszłym jazzmanem. Jeśli wierzyć faktom, bywa kurierem rowerowym, okazjonalnym redaktorem w Sejmie, a w internecie - recenzentem filmowym, publicystą kulturalnym i blogerem. Publikuje lub publikował m.in. w Korporacji Ha!art, Magazynie Gazety Wyborczej „Osiem Dziewięć”, Kulturze Liberalnej, Ekranach i na portalu Esensja.pl.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

2 odpowiedzi na “Antyklerykał i feministka. Dwie książki, które powinni przeczytać współcześni Polacy”

  1. Hitchens już na liście do przeczytania dzięki 🙂 Co do Solnit, nie wiem czy to kwestia tłumaczenia czy właśnie forma esejów, które jak dla mnie często kończyły się urwaną myślą, ale długo nie mogłam jej zmęczyć.

Dodaj komentarz

Zobacz też

Missoula nie jest, wbrew pozorom, amerykańską stolicą gwałtów [RECENZJA]

Reportaż Jona Krakauera “Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim” to książka, którą zdecydowanie warto przeczytać. Choć w kwestii rozwiązań legislacyjnych Stany Zjednoczone różnią się od nas znacząco, to gdy chodzi o przestępstwo gwałtu, systemy obu państw zdają się być tak samo bezradne.
Martyna Kośka
Martyna Kośka
17 stycznia 2018
CZYTAJ WIĘCEJ