Bąki, kible i fekalia na ścianach, czyli kupa na ekranie

Wstęp do filmowej koprologii
7 minut czytania
669
0
Gabriel Krawczyk
Gabriel Krawczyk
24 stycznia 2018

W najnowszym sezonie „Czarnego lustra” pewien awatar docenia korzyści, wynikające z braku genitaliów: projektant uwolnił go przecież od ciężaru wydalania. Ale i bez tej zmiany X muza rzadko poświęca uwagę ekskrementom. Czy to ich wątpliwa fotogeniczność, czy może raczej kulturowe tabu, jakie wokół siebie roztaczają?

Pamiętacie surrealną sekwencję kąpieli w „najgorszym kiblu w Szkocji” w „Trainspotting” Danny’ego Boyle’a? Tak bezpośredni ekranowy kontakt z kupą należy jednak do rzadkości. Może powód jest prozaiczny: kupa jaka jest, każdy wie i nie ma sensu pokazywać jej widzowi? Spróbujmy jednak (w imię miłości do kina, rzecz jasna) zanurkować w fekalnych odmętach kloacznego humoru (i nie tylko). Przed wami wstęp do filmowej koprologii. Uważajcie, by nie ubrudzić sobie rączek!

Najgorszy kibel w Szkocji (Ⓒ

Fekalny humor

Lwia część kinowych żartownisiów przecenia możliwości przeciętnego bąka. Fekalna stęchlizna to dla nich fundament humoru, a nie jeden z jego zdrowych składników. Jak w „Grubym i chudszym”  (1996, reż. T. Shadyac), filmowej instrumentacji na odbyt Eddiego Murphy’ego, w której wypuszczane w fortissimo gazy jelitowe wcale nie stanowią preludium do bardziej wyszukanego dowcipu. Niestety nie przypominam sobie komediowego odpowiednika trzęsienia ziemi u Hitchcocka, jakiejś (by użyć słów Ubu Króla) ekskrementalnej bomby, po wybuchnięciu której – zamiast powodować niepokój i wywoływać obronny śmiech – wesołość tylko by rosła.

Specjalne miejsce w kloace kina zajmują członkowie grupy Jackass. W dokumentacjach swoich dzikich wygłupów wskrzeszają idee starogreckich cyników. Stają się „psimi filozofami” ery MTV oraz YouTube’a i nieustannie podważają przyzwyczajenia cywilizowanych. Ich wyczyny budzą skojarzenia z czymś w rodzaju społecznego eksperymentu. Nie służą wcale wypracowaniu u Jackassów cnoty, za którą podążali starożytni, lecz testują wytrzymałość samych odbiorców. Z rejestracji twarzy widzów oglądających skok na bungee w przepełnionym Toi Toiu lub zjazd na BMX-ach do pełnego gnojówki basenu można by złożyć niesztampową serię reaction videos.

Krzewiciele ordynarności odpowiedzialni za „Miasteczko South Park” to nieliczni bojownicy o chwałę kupy. Gdy jeden z bohaterów serialu pobija rekord produkując największy stolec w historii, z jego ust pada kwestia: „To jedyna rzecz, jaką zrobiłem sam, która wyszła ze mnie, jest częścią mnie! Nigdy już nie będę tak blisko odkrycia sensu mojego życia”. W innym odcinku stolec zostaje ożywiony. Gdy Mr. Hankey i jego kupkowa rodzina wyśpiewują wzorowany na Disneyowskim „Królu lwie” (1994) pean o kręgu życia naznaczonym wszechobecnością odchodów, nie sposób przywołać równie entuzjastycznej afirmacji życia, z całym jego znojem i brudem.

Dowcip… błyskotliwy?

Na wieniec laurowy zasługują ci filmowcy, którym kloaczne żarty nie przeszkadzają w opowiedzeniu parlamentarnej historii. Tzw. zemsta Montezumy, grupowo przeżywana w ciasnej toalecie, skutecznie zaognia fabularny konflikt między tytułowymi „Druhnami” (2001, P. Feig). Z kolei kloaczny epizod w „Małolatach u taty” (2003, S. Carr) celująco korzysta z aktorskiej twarzy wspomnianego wcześniej Eddiego Murphy’ego. Rysujące się na jego obliczu obrzydzenie każe nam zgadywać rezultaty posiedzenia podopiecznego w toalecie, a duma na twarzy kilkulatka świadczy o rozmiarze fekalnych fresków na ścianach. W ten sposób twórcy niezamierzenie przyznali rację Zygmuntowi Freudowi, gdy pisał o kulturowym skażeniu nabywaną wraz z wiekiem odrazą do własnych odchodów.

Bodaj jedyny wyróżniony Oscarem dowcip z bąkiem w roli głównej to anegdota z „Buntownika z wyboru” (1997, Gus Van Sant). Wspomnienie o nieradzącej sobie z gazami przez sen, zmarłej żonie Seana (Robin Williams) urasta tu do rangi życiowej mądrości. Pokazuje, że wady określane mianem drobnych niedoskonałości pozwalają docenić wyjątkowość bliskich nam osób.

Wracają do wspomnianego „Trainspotting” (1996) Danny’ego Boyle’a – połączenie brudnej fizyczności i ekstatycznych wizji dało nam jedną z najbardziej gorzko-komicznych scen w historii kina. W innym filmie Brytyjczyka, „Slumdogu. Milionerze z ulicy” (2008), zamknięty w toalecie biedak zmuszony jest zanurzyć się w szambie – nie ma innego sposobu, by dotrzeć do podziwianej gwiazdy i zdobyć od niej autograf. Slumdog, niczym katoliccy święci, by przekroczyć próg krainy szczęśliwości, uprzednio musi się zbrukać.

Powiew świeżości

Istnieje też inny rodzaj kloacznego humoru. Dowcip taki luzuje zaciśniętą na gardłach widzów pętlę patosu i napięcia lub rozrywa gorset sztywnej konwencji. Opowiadanie baśni w prologu „Shreka” (2001, A. Adamson, V. Jenson) zostaje gwałtownie przerwane podtarciem się kartką z właśnie czytanej książki; lektorem okazuje się siedzący w wygódce ogr. Oto zgrabne podsumowanie stosunku twórców do zaleceń klasycznych bajkopisarzy i trafna metafora postmodernizmu zarazem.

Innym wzorcowym przykładem skruszenia konwencji, a równocześnie „Quentinem Tarantino w pigułce” jest scena dokonania żywota przez Vincenta Vegę. Odczuwający parcie na stolec kiler na kibelku zaczytujący się w powieści Petera O’Donnella, to obrazek niezbyt przystający do galerii twardzieli z klasyki noir. Dotąd X muza nigdy nie pokazywała oprawcy w tak ludzkiej sytuacji. Co z tego jednak, że główny (anty)bohater zdobywa sympatię widzów, skoro jego nagły zgon w świątyni dumania po raz wtóry narusza przyzwyczajenia odbiorców.

Pulp Fiction (ⒸMiramax)

Dalekim echem komizmu „Pulp Fiction”, podważającym wytworną konwencję poematów rycerskich, wydaje się bezwzględny koniec bezwzględnego Tywina Lannistera z „Gry o tron”. Ubikacja – tak jak śmierć – rządzi się prawami demokracji. Tam, gdzie sam król chodzi piechotą (a więc bez straży) okazuje się idealnym miejscem pracy dla cwanego mordercy.

Kupą w majestat

Fekalne tabu zostaje podważone dopiero wówczas, gdy zestawi się je z majestatem określonej idei lub wielbionej postaci. Gdy czyste styka się z brudnym – dopiero wówczas wybucha skandal. Wyobraźmy sobie biblijne cinema-verite, które przyczynia się do rozwiązania dylematu średniowiecznych teologów o piętnie trawienia Chrystusa i jego świętych. Kino hagiograficzne oszczędza nam analizy w kwestii: defekacja jako zaprzeczenie obrazu Boga w człowieku. Potencjał jest tutaj spory, stolec jest wszakże wielkim egzystencjalnym pytajnikiem. To znak, tak ludzkiej, słabości. To symboliczna mała śmierć, kres życia części z nas. Z drugiej strony nawóz – to przecież zapowiedź nowego życia! Szukajmy dalej: Czy defekująca ludzkość nie przypomina lalek na scenie pociągającej za sznurki matki-ziemi?

Marcin Luter ekskrementy kojarzył z winą, a brudne wydzieliny ciała z nieczystością myśli. Najbardziej perwersyjnym kinomanom może marzyć się komediowa biografia cierpiącego na zaparcia (sic!) religijnego reformatora, który iluminacji o teologii usprawiedliwienia doznał ponoć w latrynie. Kres życia miał być jego zdaniem uwalniającym od brudu przewinień „śmiertelnym pierdnięciem” (crepitus mortis). W tym samym duchu zostaje zachowane ostatnie, wypowiedziane ponoć na łożu śmierci zdanie Lutra: „Jeśli ja jestem dojrzałym gównem, to świat jest szeroką dupą”. Czy można wyobrazić sobie lepszy dialog do pół-animowanej, satyrycznej biografii w duchu Kena Russella? „Każda sperma jest święta, a wobec gówna wszyscy jesteśmy równi”, mogłaby zaintonować na znaną melodię grupa Monty Pythona.

„Wilgotne miejsca” (ⒸRommel Film)

A co powiecie na krnąbrną wersję Terrence’a Mallicka, jakiegoś ironistę o filozoficznych zapędach, który w miejscu pulsującej lawy z prologu „Drzewa życia” umieściłby równie plastyczne odchody pokazane w skali mikro? Fekalia mogą stanowić kwintesencję egzystencjalnego bezsensu. Nic nie stoi na przeszkodzie, by przysłużyły się także mistrzom absurdu, ekranowym abnegatom, nihilistom i nierobom (jak rozsiadły na sedesie Koleś z „Big Lebowskiego” ) czy gardzącym konwenansami krzewicielom autentyczności (takim jak bohaterka „Wilgotnych miejsc”).

Stop komizmowi!

Postacie dramatyczne i tragiczne najczęściej zwolnione są ze śmierdzących słabostek. Kinowa fabuła godzi się w tym względzie na szereg umowności: dolegliwości trawienne i konieczność odwiedzania toalety to cecha niemal wyłącznie komiczna. Chlubnym wyjątkiem jest „Miłość” (2012), czyli bezkompromisowa wiwisekcja starości w wydaniu Michaela Hanekego. Inaczej w opowiadającym o faktycznych wydarzeniach „Głodzie” (2008) w reżyserii nieprzerwanie zafascynowanego fizycznością Steve’a McQueena. Smarowanie ścian fekaliami przez osadzonych w północnoirlandzkim więzieniu Maze członków IRA było jedną z metod walki politycznej.  Tzw. dirty protest nie skończył się jednak szczęśliwie.

„Salo, czyli 120 dni Sodomy” (ⒸProduzioni Europee Associate)

Przewrotny triumf odnosi za to Divine z „Różowych Flamingów” (1972, J. Waters). W walce o miano najobrzydliwszej, słynna drag queen rezygnuje z ludzkiej wspólnoty wartości i przerywa znany człowiekowi łańcuch pokarmowy. Aktem koprofagii przekracza kulturową i cywilizacyjną granicę (wskakując przy okazji na szczyt listy najodważniejszych kaskaderów kina). Ten wichrzycielski pokaz sztuki wstrętu (ang. abject art) to apoteoza życiowej dezynwoltury – fascynująca niektórych widzów i przerażająca pozostałą większość.

Divine to zaledwie ekscentryczna gwiazda w wesołym miasteczku kina. Przenieśmy się do piekła pomyślanego przez markiza de Sade i wspomnijmy o najnikczemniejszych płodach ludzkiego umysłu przedstawionych na ekranie przez Pier Paolo Pasoliniego. W „Salo, czyli 120 dniach Sodomy” (1975) dostojnicy faszystowskiej republiki zawiadują metabolizmem uprowadzonych przez siebie chłopców i dziewcząt. Zmuszają ich do zjadania własnych ekskrementów, czym potwierdzają absolutną nad nimi władzę. Z powrotem wyjmując na powierzchnię to, co analne i węchowe, unieważniają pierwsze osiągnięcie cywilizacji. Odbierają drugiemu człowiekowi godność, cofając go do stanu sprzed kultury.

Big Lebowski (ⒸWorking Title)

Miłośnikom mocniejszych wrażeń zaproponujmy na koniec tego przeglądu seans przypominający sen masochisty. W „Trudno być Bogiem” Aleksey German (2013) wiernie pokazuje cywilizację w fazie sprzed rewolucji higienicznej, bez papieru toaletowego i ubikacji, kiedy to defekacja nie została jeszcze wyparta ze sfery publicznej. Przedstawia świat quasi-średniowiecza z wymownością godną zapachowego kina 4D. Tutaj smród niemal unosi się w powietrzu. Zwykle w kinie historycznym panuje swoisty prezentyzm; na ekranie nie pokazuje się starożytnych i średniowiecznych realiów tak, jak nakazywałyby historyczne fakty. German jest najbliżej oddania synestezyjnych możliwości sztuki filmowej. Wciąż jednak czekam na rzeczywisty seans 4D, o którym moglibyśmy powiedzieć, że jest niczym powiew świeżego powietrza w lamusie środków retorycznych kina. Świeżego powietrza, które wywołuje nie tylko nudności, ale i refleksję.

Korzystałem z książki Floriana Wernera „Ciemna materia. Historia Gówna” (Wydawnictwo Czarne, 2014)

Gabriel Krawczyk
Gabriel Krawczyk
Jeśli wierzyć opiniodawcom, był już błaznem, kombinatorem, niedoszłym księdzem, przyszłym jazzmanem. Jeśli wierzyć faktom, bywa kurierem rowerowym, okazjonalnym redaktorem w Sejmie, a w internecie - recenzentem filmowym, publicystą kulturalnym i blogerem. Publikuje lub publikował m.in. w Korporacji Ha!art, Magazynie Gazety Wyborczej „Osiem Dziewięć”, Kulturze Liberalnej, Ekranach i na portalu Esensja.pl.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Piła raz jeszcze, czyli dożynki w Halloween

Do kin wchodzi kolejny film z makabrycznej serii – “Piła: Dziedzictwo”. Czy to szumnie zapowiadane nowe otwarcie po ostrym cięciu, czy coraz bardziej niesmaczne gmeranie w zwłokach zmasakrowanego początkowego pomysłu?
Bartek Czartoryski
Bartek Czartoryski
27 października 2017
CZYTAJ WIĘCEJ