Billboardy proaborcyjne: czy to jest coś, czego potrzebujemy?

Wojna informacyjna pro-choice i pro-life
3 minuty czytania
1534
6
Olga Siemoniak
Olga Siemoniak
2 stycznia 2018
fot. praszkiewicz / Shutterstock.com

W dużych polskich miastach pojawią się billboardy, które mają wesprzeć kobiety po aborcji i przypomnieć im, że nie są z tym problemem same. Na cel zebrano ponad 22 tysiące zł z  potrzebnych 30.

Miniony rok kojarzyć mi się będzie z dziwnymi zrzutkami: zaczęło się od narodowej ściepy na Seicento dla 21-letniego kierowcy, który brał udział w wypadku drogowym z rządową kolumną wioząca premier Beatę Szydło, a skończyło na Mateuszu Kijowskim, który w moim prywatnym rankingu chujowych zrzut wygrał! Twarz KOD-u uznała, że za mniej niż dziewięć koła pracować nie będzie, no bo szanujmy się, a że ofert nie było, to siostra Krystyny Pawłowicz zorganizowała zbiórkę, by Kijowski został w kraju i nadal walczył o wolność.

Zrzutka na billboardy

Dziś jednak będzie o innej zbiórce, która zakończyła się 31 grudnia i uzbierano w niej 22515 zł, choć planowano 30 tys. Zrzutka, zorganizowana przez Kobiety w Sieci i Aborcyjny Dream Team, dotyczyła bilbordów aborcyjnych, które – zgodnie z zapowiedzią organizatorów, mimo tego, że pełnej sumy nie uzbierano – mają się pojawić w kilku dużych polskich miastach. Banery są odpowiedzią na te, które raz po raz wywieszają organizacje pro-life, a których głównymi bohaterami są martwe zakrwawione noworodki i płody. Tu pojawić mają się trzy kobiety i napis: Statystycznie jedna z trzech twoich znajomych miała aborcję. Nie jesteś sama.

Nie udało się zebrać całej kwoty potrzebnej na plakaty

Nie do końca jestem fanką takiej formy wsparcia i nie wydaje mi się, żeby to wsparcie szło w dobrym kierunku i w takie miejsca, w których jest najbardziej potrzebne.

Mieszkanka dużego miasta ma gdzie zwrócić się o pomoc wtedy, gdy tej pomocy potrzebuje. Nawet bez wyjścia z domu może to zrobić, wystarczy, że odpali fejsa i znajdzie co najmniej kilka miejsc, w których usłyszy, że nie jest sama, w których znajdzie zrozumienie i pocieszenie. Zresztą akurat względem tych kobiet, które mają dostęp do antykoncepcji czy to zwykłej, czy awaryjnej mam większe pretensje, że zaszły w niechcianą ciążę niż do niewykształconych mieszkanek małych wniosek, dla których wstydem jest pójście do ginekologa. I myślę, że właśnie te kobiety potrzebują wsparcia, a przede wszystkim edukacji, to im potrzebna jest pomoc. Niekoniecznie w formie plakatu, ale taka, która nauczy ich podstaw dbania o swoje zdrowie, która przypomni, że gwałt w małżeństwie to przestępstwo i która da im wiedzę na temat antykoncepcji.

Przekonywanie przekonanych

Mam takie wrażenie, że te wszystkie inicjatywy przypominające o tym, że aborcja nie jest morderstwem, są do środowisk, które mają dokładnie takie samo zdanie na temat aborcji, więc trochę się mijają z celem. Są jedynie pokazaniem środkowego palca organizacjom pro-life, których plakaty w przestrzeni publicznej są, moim zdaniem, totalnym nieporozumieniem.

Mam więc wrażenie, że te plakaty wiele nie zmienią, że koniec końców nie będą wsparciem dla tych, którzy rzeczywiście potrzebują wsparcia. I że są po to trochę, że jak ONI w nas uderzają, to MY w nich. Do tego nie bardzo podoba mi się czas przedświąteczny, który wybrali sobie organizatorzy na zrzutę. Na stronie wydarzenia przeczytać można: A może tak zamiast prezentów świątecznych, kolejnych książek, skarpet i wód kolońskich czy ozdób choinkowych chcesz dostać najbardziej wyjątkowy prezent czyli aborcyjny billboard – Nie jesteś Sama.

Fanpage Kobiety w sieci – aborcja po polsku ogłosił wyniki zbiórki

Może się czepiam, ale dla mnie to trochę brzmi jak prowokacja, a wolałabym, żeby jednak jej tu nie było wcale. Bo jeśli mamy jakiś temat oswoić, przekonać kogoś, to myślę, że skuteczniejszy jest brak kontrowersji. Trochę mi to przypomina sytuację sprzed czterech lat, kiedy to lewicowa aktywista, Katarzyna Bratkowska powiedziała na wizji, że dokona aborcji w dzień Wigilii. Dla mnie jej wyznanie było strzałem w stopę, hasło: kup sobie aborcyjny billboard pod choinkę mniej mnie oburza, ale lekki niesmak budzi.

Poza tym myślę, że sto razy bardziej potrzebna byłaby ściepa na to, by edukować Polaków w kwestii antykoncepcji, bo dla mnie ideałem nie jest państwo, w którym można dokonać aborcji, a takie w którym dostęp do antykoncepcji jest łatwy, a świadomość jak niej korzystać duża.

Taka utopia na ten nowy rok.

Olga Siemoniak
Olga Siemoniak
Rocznik '86, absolwentka polonistyki, zawodowo klepie teksty, prywatnie i od czasu do czasu – męża. Social media sierota, która prowadzi bloga www.znetawziete.pl.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Margaret Sanger – seksualna wyzwolicielka czy anioł śmierci?

Przez dziesięciolecia Margaret Sanger nazywano rasistką, zwolenniczką eugeniki, suką bez serca i wyrodną matką. Tymczasem gdyby nie ona, nie byłoby tabletki antykoncepcyjnej i seksualnego wyzwolenia kobiet. Margaret Sanger miała paskudne dzieciństwo. Przyszła na świat w Corning (stan Nowy Jork) w roku 1879, w ubogiej katolickiej rodzinie. Matka Sanger chorowała na gruźlicę i raka macicy, a w ciąży była osiemnaście razy. Urodziła jedenaścioro dzieci, o jedno za dużo — ostatni z porodów kosztował ją życie, a kilkuletnia wówczas Margaret była świadkiem jej śmierci. Marzenia o niezależności Trudno się dziwić, że wynalezienie magicznej pigułki, która wyzwoli kobiety od przymusowego i często niechcianego…
Monika Mężyńska
Monika Mężyńska
9 kwietnia 2017
CZYTAJ WIĘCEJ