“Chusta wrasta w mózg” – słodko-gorzkie oblicze Iranu

Feministka w najsmutniejszym kraju świata
13 minut czytania
1762
2
Małgorzata Bożek
Małgorzata Bożek
23 stycznia 2018
fot. Dorota Zaniuk

Jest feministką, ale pokochała Iran, choć to toksyczna miłość. Z Moniką Dąbrowską, iberystką, liderką jogi śmiechu i miłośniczką szwendania się po świecie za grosze, rozmawiamy o Iranie, w którym można poczuć się jak królowa Persji, ale który przez swoich mieszkańców nazywany jest najsmutniejszym krajem świata.

Małgorzata Bożek: Dlaczego Iran?  

Monika Dąbrowska: „Nie byłam wszędzie, ale jest na mojej liście” – znalazłam ostatnio takie świetne zdanie. I niektóre miejsca są na mojej liście wyżej, a niektóre niżej. Iran pierwszy raz przyszedł mi do głowy niecałe dziesięć lat temu. Mieszkałam w Szwecji i poznałam tam wielu Irańczyków oraz Iranek. Ujęli mnie swoją niezwykłą otwartością. To naprawdę piękne umysły i piękne mózgi, wszyscy starannie wykształceni. Nauka to chyba ich hobby. Jeśli ktoś skończył dwa fakultety, uważany jest za człowieka z bardzo podstawowym wykształceniem. Oni kolekcjonują dyplomy, a ja bardzo lubię ludzi, którzy nie zatrzymują się w swoim rozwoju, tylko idą dalej, nie bacząc na przeciwności. Wtedy zaobserwowałam też „brain drain”.

Palangan (fot. Monika Dąbrowska)

Co to takiego?

Chodzi o odpływ umysłów z Iranu, ludzi, którzy pracują naukowo czy w różnych innych dziedzinach za granicą. Ich wysiłek wpływa na dobre prosperowanie innych krajów, ale nie własnego. W swojej ojczyźnie nie są w stanie wyrażać otwarcie poglądów religijnych, społecznych, politycznych. A Iran jest przy tym wszystkim naprawdę niezwykły, piękny, mocno górzysty, z atmosferą dawnej Persji.

Persji, która cię fascynuje.

Zdecydowanie. Przyciągnęło mnie do Iranu dziecięce marzenie o oglądaniu wielkich imperiów. Z przyjaciółką Dorotą kupiłyśmy bilety, kiedy przebywałyśmy na Kubie. Zauważyłyśmy potem zresztą wiele analogii miedzy Kubą a Iranem. W każdym razie internet jest na Kubie bardzo słaby i drogi. Kiedy chciałyśmy kupić bilety, które trafiły się w promocyjnej cenie, nastawiałyśmy się na problemy z transakcją. Ale udało się za pierwszym razem i nagle jechałyśmy do Iranu.

Podobno bez planowania?

Najpierw była umowa, że do końca czerwca zrobimy listę miejsc, całą trasę i wszystko dokładnie opracujemy. A potem stwierdziłyśmy nie, niech Iran nas poprowadzi. I poprowadził nas cudownie. Na takie ścieżki, które naprawdę sprawiły, że ciągle w tym miejscu trochę jestem po tych kilku miesiącach od podróży i ciągle chcę do niego wrócić. Choć jest wiele aspektów, które doprowadzały mnie tam do szału. To nie było zwykłe zdenerwowanie, to był po prostu szał.

Dlatego, że jesteś feministką? Jak czułaś się w zderzeniu z kulturą, która jest tak mocno opresyjna wobec kobiet?

Maya Angelou powiedziała przepiękne zdanie, które brzmiało mniej więcej tak: „Oczywiście, że jestem feministką, bo urodziłam się kobietą, to byłoby kretyńskie nie stać po własnej stronie”. Ona użyła chyba łagodniejszego słowa niż „kretyńskie”, ale Iran budzi we mnie takie emocje, że tylko mocne sformułowania wchodzą w grę. Wsiadając do samolotu w Baku, który od Teheranu dzieli godzinny lot, widziałyśmy, jak inne kobiety zaczynają zakładać chusty. Już to wywoływało dziwne uczucie. Siedzisz w otoczeniu ludzi, wiesz, że część z nich jest Irańczykami czy Irankami, część pochodzi z innych miejsc, i czujesz, że za chwilę, kiedy wysiądziesz na lotnisku, nie będziecie już równi, nie będziecie mieli tej samej wolnej woli w kwestii tego, co zakładacie. Wiesz, że będziesz musiała założyć chustę w obecności tych samych mężczyzn, obok których siedzisz bez niej w samolocie. Niektórzy mówią o tym nakazie „tylko chusta”, ale to jest „aż chusta”. Bo ona jest bardzo symboliczna, pokazuje lata uciemiężenia i tak naprawdę poniżania kobiet. Poza tym ten nakaz nie sprowadza się tylko do nich. Chodzi o kobiety i mężczyzn.

fot. Monika Dąbrowska

Dlaczego?

Bo zakładając chustę, masz założenie, że mężczyzna to byt niemyślący, który tylko czeka, żeby rzucić się na kobietę. Przyjmujesz, że nie jest w stanie się kontrolować i spojrzeć na płeć przeciwną w inny sposób niż jak na obiekt seksualny. I to jest oburzające dla obu stron. Dla nas, kobiet, jednak bardziej, bo to my odczuwamy wręcz fizyczne cierpienie, nie tylko ideologiczne. Mnie się osobiście ta chusta podoba i nawet nauczyłam się w końcu ładnie nosić hidżab. Ale podoba mi się wtedy, kiedy nikt mnie nie zmusza do jego zakładania, kiedy nic mi nie grozi, jeśli tego nie zrobię.

A co może grozić za to w Iranie?

Poznałyśmy osobę, którą dwa razy aresztowano za nieodpowiedni strój. Chusta, przykładowo, lekko jej się zsunęła i ktoś już w takim przypadku uznał, że coś jest nie tak z jej ubiorem. Cóż, tak się nie postępuje w kraju, w którym można wyrażać swoje poglądy. W Iranie nie można. Najbardziej dotkliwe jest to dla kobiety, bo nakaz jest związany z jej ciałem. Sama to odczułam. Jeśli jest trzydzieści osiem stopni, przy dziewięćdziesięcioprocentowej wilgotności, to jest to klimat, w którym chcesz nosić tylko szorty i koszulkę na ramiączkach, a jesteś okutana z góry na dół. Musisz mieć też zasłonięte czymś luźnym pośladki. Jednym z najbardziej dotkliwych momentów było dla mnie to, kiedy na ulicy niosłam plecak i byłam ubrana w narzutę, która sięgała mi do połowy uda, ale plecak ją trochę podwinął. Podeszła do mnie kobieta i być może też czułym, ale bardziej naprawiającym gestem, poprawiła mi tę narzutę, bo wystawało mi spod niej chyba jakieś dwa centymetry zarysu pośladków. Miałam przy tym szerokie spodnie i tak naprawdę niczego nie było widać. Potem mnie wyprzedziła. Zauważyłam, że szła z mężem. To mnie bardzo zabolało jako kobietę, jako osobę, która ma poczucie, że sama o sobie stanowi i nikt nie ma prawa jej niczego narzucać. Ale tak jest nie tylko w Iranie, niestety coraz częściej w naszym pięknym nadwiślańskim kraju również. Te mechanizmy idą dokładnie w tę samą stronę – są mocno prawicowe, spychają kobiety po prostu na bruk. Inaczej tego nie nazwę. Więc to były mocne przeżycia, również przez ten kontrast.

fot. Monika Dąbrowska

Jaki?

Między tym, kim jesteś w domu, a kim na zewnątrz. Ci wszyscy ludzie podkreślali – czy kobiety, czy mężczyźni – że są jedną osobą w środku, a zupełnie inną w przestrzeni publicznej. Wchodząc do irańskich domów, widzisz, jak ci ludzie śpiewają, tańczą, cieszą się. Są organizowane imprezy. Trafiłyśmy w Teheranie na taką, na której spotkałyśmy typową bananową młodzież. Sami robią piwo, pędzą bimber, robią wino. Oczywiście tego nie ma w oficjalnej sprzedaży. I to była normalna zabawa, w normalnym miejscu. Kiedy widzisz takie sytuacje, myślisz sobie, że są tam przebłyski wolności, niezależności. Jednak tak naprawdę, gdyby ktoś się uparł, mógłby donieść na tych imprezujących ludzi, mogliby zostać aresztowani za to, że się bawią i spędzają ze sobą czas, że dziewczyny nie mają na głowie chust i za to, że są ubrane jak kobiety z „zachodniej zarazy”, która niszczy morale Iranu. Niestety wszystko, co jest związane z jakąkolwiek religią, sprawia, że to kobiety najbardziej cierpią i ich pozycja.

A jeśli chodzi o Iranki, które spotkałyście na swojej drodze, czy w jakiś sposób buntują się przeciwko tym obostrzeniom, czy też ta tradycja jest w nich jednak mocno zakorzeniona?

Chusta wrasta w głowę i w mózg. Ale tak naprawdę wszystko zależy od tego, do jakiego rejonu Iranu się pojedzie. Na terenach bardziej tradycyjnych, jak Kurdystan czy rejon bliżej granicy z Irakiem, nawet w domach kobiety miały na głowach chusty. My tak naprawdę w pierwszym momencie nie potrafiłyśmy wyczuć tej granicy – kiedy trzeba ją nosić, a kiedy nie. Na początku pobytu w Iranie, kiedy przyjechałyśmy do hostelu i cały czas byłyśmy w chustach, chłopak, który tam pracował, powiedział nam: „w środku, w domu, nie musicie ich używać”. Z ulgą je więc zdjęłyśmy. Ale stwierdziłyśmy, że to jest hostel, a hostele też są tak naprawdę półlegalne w Iranie. Istnieją, ale niekoniecznie jest to działalność dozwolona.

Ze względu na przemieszanie płci?

Dokładnie. Chodzi o przemieszanie kobiet niezamężnych z mężczyznami nieżonatymi. Oczywiście trzeba pilnować obyczajów dorosłych ludzi. Kiedy pojechałyśmy do pierwszego domu, do naszego pierwszego gospodarza, on nam powiedział: „dobra dziewczyny, ściągajcie chusty, nie ma sprawy”. Potem poszłyśmy na imprezę z jego znajomymi. Siedziałyśmy w chustach. Były tam też dwie inne dziewczyny, które też miały zakryte głowy, tylko potem się okazało, że te turbany, które miały zawiązane, to był po prostu ich styl. My nie chciałyśmy jednak popełnić jakiegoś nietaktu, dlatego nie zdjęłyśmy naszych nakryć. Dopiero po pół godziny ktoś powiedział nam, że możemy to zrobić. Odetchnęłyśmy. Ale za każdym razem to były próby wybadania sytuacji – czy już możemy, czy jeszcze nie, czy w ogóle nie możemy. Więc kiedy weszłyśmy do tego kurdyjskiego domu, w którym mieszkała bardzo tradycyjna rodzina, zaskoczyli nas bardzo. My byłyśmy wymięte po ośmiogodzinnej podróży autobusem, a domownicy przywitali nas w odświętnych strojach: mężczyźni w białych koszulach, kobiety w sukienkach i z chustami na głowach. To nas zatrzymało, choć byłyśmy w domu i nie musiałyśmy tego robić, zostałyśmy w chustach. W tej bardzo religijnej i tradycyjnej społeczności kobiety nosiły je praktycznie cały czas. Znowu w Teheranie widać grę, balansowanie na granicy.

fot. Monika Dąbrowska

Jak się objawia?

Chusta praktycznie nic nie przykrywa. Dziewczyny mają związane włosy, noszą, na przykład, koki i chusta ledwie się na nich trzyma. Jest, bo wymaga tego prawo, ale tak naprawdę to, co najbardziej kuszące, najładniejsze, jest widoczne. Zresztą Iranki i Irańczycy są przepięknymi ludźmi. Ma się czasem wrażenie, że cały czas przegląda się portfolio agencji modelingowych. Zazwyczaj młode pokolenie w domach nie nosi chust w ogóle. Mają zupełnie inne poglądy i chusta nie jest częścią ich tożsamości, a raczej obowiązkiem, który może sprawić, że ich zdrowie i życie mogą być zagrożone. Z rozmów, które odbyłyśmy, wynika, że kiedy wyjadą ze swojego kraju, chętnie porzucą hidżab.

Czy w samym Teheranie widziałyście, żeby policja obyczajowa interweniowała w takich przypadkach?

Akurat w tamtej części Iranu jej nie spotkałyśmy, ale podobno jest naprawdę wszędzie. Jej funkcjonariusze, z tego co pamiętam, nie są w żaden sposób oznaczeni.

Miałyście z nimi do czynienia?

Tak, ale tylko raz, w Zatoce Perskiej. W momencie kiedy już uważałyśmy, że rozgryzłyśmy ten system. Bo teoretycznie w obecności innych osób, obcych, trzeba zachować skromność, nosić chustę, ale na odludziu, daleko od cywilizacji, kobiety często ściągają chusty i pozwalają głowie pooddychać. To też kwestia praktyczna, bo jest ci po prostu gorąco, a jeśli chodzi o włosy, masz jeden wielki kołtun na głowie. Dorota, która miała długie włosy, obcięła je po powrocie z Iranu. Mnie uratowało tylko to, że noszę raczej krótką fryzurę. Więc kiedy pomyślałyśmy, że nikogo nie ma w pobliżu, to chciałyśmy się trochę ochłodzić. Co prawda nie było to całkowite odludzie, ale obrzeża miasta. Wtedy podeszła do nas policja. Kazali mojej koleżance złączyć nogi, bo siedziała w spodniach na ziemi ze swobodnie rozstawionymi kolanami, a mnie nałożyć chustę. Ze względu na upał przykryłam wcześniej głowę tylko czymś w rodzaju narzuty. Chcieli też, żebym opuściła nogawki, które podwinęłam kilka centymetrów, bo było naprawdę upalnie. Dopóty dopóki nie spełniłyśmy ich wymagań, nie odjechali. Stwierdziłyśmy potem, że chyba poczułyśmy się trochę zbyt swobodnie i w tym momencie zdarzył się ten epizod. Nauczył nas pokory w stosunku do tego, w jakim kraju przebywamy i, niestety, dla jakiego reżimu płyną nasze pieniądze. Bo odwiedzając Iran, wspiera się jego reżim, nie oszukujmy się. Było kilka takich momentów, kiedy czułyśmy się, jakbyśmy dostały obuchem.

fot. Dorota Zaniuk

Ale spotykałyście, tak jak mówisz, wielu ludzi, którzy myślą inaczej, chcą coś zmienić?

Tak, byłyśmy zazwyczaj wśród ludzi, których obchodzą prawa człowieka, prawa kobiet czy prawa zwierząt. Jednak to jest tylko wycinek tego społeczeństwa. Ludzie, którzy trochę balansują na granicy prawa, bo, na przykład, couchsurfing jest nielegalny, a oni goszczą u siebie ludzi. Oczywiście nie mogą oficjalnie się do tego przyznać. Gdyby ktoś nas zatrzymał na ulicy, chciał rutynowo skontrolować i zapytał, gdzie mieszkamy w Iranie, absolutnie nie mogłybyśmy powiedzieć, że w taki sposób spędzamy czas z Irańczykami. Im groziłoby bardzo wiele, nam w najgorszym przypadku wydalenie z kraju z wilczym biletem. Bardzo tego nie chciałyśmy, bo mimo wszystko, planujemy kiedyś do Iranu wrócić.

Czy kobiety też zajmują się couchsurfingiem?

Tak, choć nas zazwyczaj zapraszali mężczyźni, ale zdarzało nam się też nocować u kobiet. Jest jednak taki schemat, najpierw czytałam o tym na blogach, potem się o tym przekonałam, że kobiety zazwyczaj nie proponują innym kobietom noclegów, tylko właśnie mężczyźni. I odwrotnie.

Na przekór.

Dokładnie. Wszyscy ci ludzie mieli jakieś trudne przejścia, ale cenniejsze jest dla nich jednak doświadczenie. Krajów, które wpuszczają Irańczyków bez wizy, jest niewiele, więc mają bardzo małe pole manewru, jeśli chodzi o podróżowanie. Dlatego chętnie poznają nowych ludzi i są niezwykle ciekawi świata. Oczywiście to nie jest tak siermiężny reżim, że nie wiedzą, co się dzieje dookoła, choć internet jest cenzurowany i wiele stron czy serwisów jest zakazanych, jak na przykład Facebook czy Instagram, uważane za siedliska zachodniej propagandy i zła. Informacje docierają do ludzi, wiedzą, jak się żyje gdzie indziej, bardzo dużo osób ma rodzinę albo znajomych w Stanach Zjednoczonych. To też jest ciekawe i paradoksalne, bo Stany są wrogiem numer jeden. W ich dawnej ambasadzie jest Muzeum Szpiegostwa i Antyarogancji. Większość osób, z którymi rozmawiałyśmy, chce wyjechać z Iranu. I to było bolesne – widzieć tych wszystkich fantastycznych ludzi, którzy są tak bardzo przygnieceni przez władzę.

fot. Dorota Zaniuk

Czują się bezsilni?

Tak. Teraz, pod koniec roku były ogromne protesty, choć zapalnikiem był czynnik ekonomiczny. Ale w Iranie cały czas coś się kotłuje. Niestety wielka polityka nie pozwoli na to, żeby ludzie byli tam wolni. W pierwszych dniach naszej podróży nie mogłyśmy się znaleźć z naszym gospodarzem. Powiedział, żebyśmy dały telefon komukolwiek na ulicy i on się z nim dogada. Podeszłam do jednego chłopaka, na szczęście znał angielski, i dałam mu telefon. Dogadali się z naszym gospodarzem i pokazał nam drogę. Poszedł nawet z nami. Powiedział, tak prosto z mostu, co nas zaszokowało i zachwyciło jednocześnie: „witajcie w najsmutniejszym kraju na świecie”.  Opowiedział nam o sobie, o tym, jak będąc młodym człowiekiem ma ograniczone możliwości przez to, że urodził się w kraju takim, a nie innym.

Kraju pełnym sprzeczności. Podczas spotkania na temat Waszej podróży, mówiłaś, że przy całej tej sytuacji, czułyście się jak królowe Persji.

Bo nie miałyśmy powodu, żeby czuć się inaczej. To jest nieprawdopodobne, że wszyscy tam dają ci numer telefonu, co więcej, naprawdę możesz zadzwonić i w razie czego ci pomogą. Przesadzano nas też w samolocie czy autobusie, żebyśmy miały lepsze miejsca i cały czas pytano, czy wszystko w porządku. Bez przerwy ktoś proponował nam też jedzenie i kiedy gościłyśmy u kogoś w domu, naprawdę było czuć, że szczerze chce nas jak najlepiej ugościć. W Iranie można więc spędzić cudowny czas z niezwykłymi ludźmi, tylko, nawiązując jeszcze do tego najsmutniejszego kraju na świecie, brakuje też muzyki i tańca. Perska muzyka i taniec są naprawdę cudowne, ale dozwolone tak naprawdę tylko na weselach czy wielkich uroczystościach.

I w taksówkach.

Tak, w taksówkach jest muzyka, przeróżna. Ale jedyny moment, w którym naprawdę czułyśmy wolność, śpiewałyśmy i tańczyłyśmy w Iranie, to była pustynia. Chłopcy, w momencie jak wyjechaliśmy za granicę miasta, powiedzieli: „dobra dziewczyny, możecie ściągnąć chusty, nie musicie się już wydurniać”. Dokładnie w takim tonie.

fot. Monika Dąbrowska

Irańczycy?

Tak. Więc cudownie było spotykać takich ludzi. Inne spotkania były dla nas trudne, pod takim względem, że cisnęło nam się na usta pytanie „dlaczego?”. Dlaczego nie ściągniecie chust, dlaczego się nie buntujecie, dlaczego się na to zgadzacie. Tak podpowiadał instynkt i alergia na to, żeby nie być sobą. A rodząc się w takim kraju, z założenia nie możesz być sobą.

Zwłaszcza jako kobieta.

I zwłaszcza jako dziewczynka, która od dziewiątego roku życia musi nosić hidżab. To był jeden z najtrudniejszych momentów – widok dziewczynek wyraźnie młodszych niż dziewięć lat całych okutanych. Tak naprawdę w ten sposób nie odciąga się od nich wzroku, czym teoretycznie ma być zakrywanie się, tylko przyciąga go jeszcze bardziej. A dziecko ma prawo być niewinne, ma prawo nosić jakieś bzdurne kokardki czy kucyki itd., a nie całkowicie się zakrywać. Więc to też było dla mnie nie do przełknięcia. Ale są osoby, które uważają, że tak trzeba, w które chusta wrasta, co wcale nie jest trudne. Przez pierwszy tydzień naprawdę nie wiadomo, jak się tym posługiwać, jak to wiązać, wszystko spada, osuwa się. Jednak w kolejnym tygodniu orientujesz się, że przychodzi ci to już naturalnie. Jeśli jesteś czujna i zwracasz uwagę na takie rzeczy, to myślisz: „jak to możliwe, że to do mnie przyrosło, że jest częścią mnie”. Zastanawiałyśmy się, czy po tych trzech tygodniach noszenia chusty, nie będzie nam jej brakowało, oczywiście nie mentalnie, ale fizycznie.

I brakowało wam jej?

Nie, ale gest poprawiania jej, upewniania się, czy dobrze leży, czy nie odkrywamy zbyt dużo, stał się naturalny. Więc jeśli my po trzech tygodniach miałyśmy już takie doświadczenia, co czują kobiety, które od dziewiątego roku życia muszą nosić chusty? Jeżeli ktoś ciągle jest w opozycji do tego ustalonego porządku, jaka frustracja w nim narasta, jaki rodzi się bunt. Jaką trzeba mieć siłę, żeby się ciągle przeciwko temu buntować albo nie zacząć myśleć: „dobra ponoszę, bo wszystkie noszą, takie są ustalenia, takie jest prawo”. Jak ciągle stać przeciwko temu i zachować swoją godność, swoje zasady i trzymać się ich, czuć się ciągle równą, pomimo tego że ktoś nieustannie próbuje cię złamać. Niesamowita jest siła tych kobiet w całym tym poniżeniu. To coś, co wzbudza ogromny szacunek i podziw, mimo zaplecza. Kobiety mają wydzielone strefy, choćby w meczetach czy komunikacji miejskiej. Funkcjonują specjalne wagony metra tylko dla kobiet. Za każdym razem, kiedy widziałyśmy kobiety, które nic sobie z tego nie robiły i siadały w męskich wagonach, to pierwsze, co przychodziło nam do głowy, to było „You go, girl!”.

fot. Dorota Zaniuk

Czy widziałyście, żeby jakiś mężczyzna wtedy zareagował?

Nie. Same nawet raz wsiadłyśmy do męskiego wagonu. I wtedy na początku pomyślałam: „jakie z nas buntowniczki!”, a potem zrobiło mi się po prostu smutno, że uważamy, za bunt to, że siadamy w wagonie dla mężczyzn. Co to za bunt? To przecież moje prawo usiąść tam, gdzie jest wolne miejsce. Naprawdę chyba tak pokochałyśmy Iran, dlatego że był bardzo słodki i bardzo gorzki jednocześnie. Albo coś było świetne, albo okropne. Ten kraj wzbudził w nas mnóstwo emocji. Raz myślałyśmy, że są naprawdę niezwykli ludzie na tym świecie, a zaraz potem dostawałyśmy lekcję, jak wygląda rzeczywistość.

 

Małgorzata Bożek
Małgorzata Bożek
Wolny strzelec krążący wokół dziedzin takich jak media, sztuka i reklama. Pracuje ze słowami i odpoczywa ze słowami. Kiedy nie pisze, czyta, ogląda, słucha – jest uzależniona od opowieści. Lubi zmiany, podróże i sny.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Podróże

Paweł Zgrzebnicki: „Inaczej pachnie Amazonia, inaczej Azja, jeszcze inaczej Afryka”

Co to są "wantoki"? Czemu niektórzy na znak żałoby obcinają sobie palce? Co wprawia białoskórego podróżnika w zażenowanie? radości podróżowania, odkrywaniu świata "nosem", próbie przywrócenia literaturze podróżniczej jej dawnego blasku i wyprawie do Papui-Nowej Gwinei, którą opisał w swojej świeżo wydanej książce opowiada Paweł Zgrzebnicki.
Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
24 czerwca 2017
CZYTAJ WIĘCEJ