„Czasami katastrofy są nieuchronne i potrzebne”. Dzikie historie Pawła Maślony

9 minut czytania
695
0
Robert Skowroński
Robert Skowroński
1 stycznia 2018
fot. Akson Studio

Takich (tragi)komedii się w Polsce nie kręci. Nic więc dziwnego, że słodko-gorzki obraz Pawła Maślony był na ustach wszystkich podczas festiwalu w Gdyni. To wręcz nieprzyzwoite, aby debiutant wyreżyserował taki film i to jeszcze z taką obsadą.

Rozmowa z reżyserem filmu „Atak paniki”.

Robert Skowroński: Wielowątkowy film, znane nazwiska w obsadzie i wiele innych czynników, nad którymi należało zapanować. Sporo jak na debiutanta. Ogarniały cię na planie ataki paniki?

Paweł Maślona: Nie tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. Oczywiście jestem tym wszystkim lekko oszołomiony, ale jakoś sobie radzę. Długo czekałem na to, aby móc nakręcić ten film, więc byłem do niego przygotowany wchodząc na plan. Mieliśmy tylko 23 dni zdjęciowe, ale posiadaliśmy ściśle ułożony plan, dzięki któremu udało się wszystko zrealizować. Nie miałem takiej sytuacji, że coś nie wyszło i trzeba było to później ratować. Ważny też był etap montażu z Agnieszką Glińską, ale tu już było na to przeznaczone jakieś 5 miesięcy. Był czas na to, aby sprawdzić różne opcje, odpocząć i wrócić do pracy ze świeżymi pomysłami. Udało się podejść z należytą starannością do każdego etapu produkcji.

Pomysł na “Atak paniki” początkowo wyglądał zupełnie inaczej. Jak zmieniał się projekt?

Pierwotnie były to niezależne wątki rozgrywające się w trakcie kryzysu śmieciowego w Neapolu. Nawet niewiele scen rozgrywało się w języku polskim. Pierwsza wersja scenariusza, którą napisaliśmy z Bartkiem Kotschedoffem i Olą Pisulą, powstała cztery lata temu. Próbowaliśmy zebrać środki na ten projekt, ale nie udało się. Mogliśmy go porzucić albo przepisać i dopasować do polskich warunków. Zacząłem szukać nowej formy na ten film i pojawił się pomysł na tytułowy atak paniki, który porządkowałby wydarzenia na ekranie. Dziś cieszę się, że ten włoski projekt upadł, bo nie wyobrażam sobie, aby mój debiut był obcojęzyczny

Dialogi w filmie brzmią bardzo naturalnie i codziennie. Na ile zostały zaczerpnięte z rzeczywistych sytuacji?

Oczywiście były zasłyszane rozmowy, które zachowaliśmy dla siebie do wykorzystania w scenariuszu, ale sam proces pisania dialogu to nie tyle próba odzwierciedlenia tego, co gdzieś tam usłyszałem, a fantazja na jakiś temat. Próbuję wcielić się w danego bohatera znajdującego się w pewnej sytuacji i zastanawiam się co mógłby powiedzieć. Wyświetlam sobie w głowie film i spisuję to, co do siebie gadają postaci, próbując oddać również sposób, w jakim ze sobą rozmawiają.

Role były pisane pod konkretnych aktorów? Udało ci się zgromadzić wszystkich tych, których zakładałeś od samego początku?

W przypadku Oli i Bartka staraliśmy się dopasować napisane role do ich warunków i sprawić, żeby było to dla nich aktorsko ciekawe wyzwanie. Miałem to szczęście, że nikt mi nie odmówił. Mogłem zrealizować wszystkie założone pomysły. Bardzo starannie podchodzę do castingu i staram się zapewnić aktorom odpowiednie warunki, sprawić, aby czuli się bezpiecznie i mieli odwagę eksperymentować. Od początku widziałem też w filmie Magdę Popławską – wiedziałem, że udźwignie zaproponowaną rolę i będzie mogła się w niej wyżyć.

„Atak Paniki” (fot. Akson Studio)

Jak udało ci się zaangażować do pracy duńskiego aktora, Nicolasa Bro?

Zaprosiliśmy go bez większej wiary w to, że się zgodzi. To znany i ceniony aktor. Wysłaliśmy agentce Nicolasa przetłumaczony scenariusz i po jakimś czasie dostaliśmy odpowiedź, że bardzo chce on wziąć udział w naszym filmie. To kolejny dowód na to, że miałem mnóstwo szczęścia przy tym projekcie.

Z kolei za muzykę odpowiada rozchwytywany kompozytor, Radzimir Dębski. Też miałeś obawy o to czy będzie się chciał angażować w film debiutanta?

Mój producent znał się z Radzimirem i mi go polecił. Jimek miał napisać muzykę, która byłaby odzwierciedleniem ataku paniki, czymś, co oddaje rozpad filmowego świata. Stąd w jego kompozycjach pojawiają się zamierzone fałsze czy zakłócenia. Muzyka pojawia się tu powoli, by stopniowo nabierać na sile, a na końcu już dominować. Praca z nim była wielką przyjemnością i wiem, że on także ma podobne odczucia. Naprawdę wspaniała przygoda. Cieszę się, że dzięki “Atakowi paniki” mogłem stworzyć przestrzeń dla innego artysty.

Dlaczego polscy twórcy w większości nie potrafią robić dobrych komedii?

Problem może polegać na tym, że jeżeli ktoś stawia sobie za nadrzędny cel rozśmieszenie widza i to jest powodem, dla którego robi film, to może to być za mało do udźwignięcia całego dzieła. Komediowość powinna być konsekwencją pewnych sytuacji dramatycznych. Oznacza to, że opowieść jest o czymś, a to co jest śmieszne jest tylko pochodną sytuacji, w których znaleźli się bohaterowie. Film powinien mieć ciężar. Ja sam nie przepadam za komedią jako taką. Lubię tragikomedie, lubię czarne komedie, bo w tych gatunkach wydarzenia mają pewną wagę. Nie lubię za to, gdy film jest wzięty w tak duży cudzysłów, że daje widzowi poczucie zbyt dużego komfortu, dystansu do wydarzeń na ekranie. Moim bohaterom przytrafiają się prawdziwe dramaty, a nie takie wobec, których możemy przejść zupełnie obojętnie. Ten efekt jest ciekawy, sprawia, że się śmiejemy, ale jesteśmy też poruszeni. Bawienie widzów nigdy nie było dla mnie celem samym w sobie i raczej nigdy nie będzie.

My, Polacy, jesteśmy tacy, jak bohaterowie filmu? Sfrustrowani, przytłoczeni codziennością?

Często doprowadzamy do sytuacji powodujących to, że dochodzimy do momentu, w którym tracimy kontrolę. Nie wiem czy tacy jesteśmy, ale z pewnością bywamy. Świat, w którym żyjemy jest dziwny – karmi nas na tyle wieloma bodźcami i stawia mnóstwo wymagań, że faktycznie można czasami od tego zwariować.

Dorota Segda i Artur Żmijewski w filmie „Atak Paniki” (fot. Akson Studio)

Jak sobie z tym radzić?

Ja sam od lat zmagam się z niewyleczonymi nerwicami. Jak sobie z tym radzę? Chyba tak jak każdy. Raz lepiej, raz gorzej. Jednak przede wszystkim możemy sobie pomóc, próbując zachować spokój i nie biorąc wszystkiego tak bardzo do siebie. Może powinniśmy nauczyć się akceptować swoje słabości oraz lęki. Nie próbować ich zwalczać za wszelką cenę.

A może twój film stanowi pewne panaceum? Oglądając te wszystkie sytuacje, w których odbijamy się my sami, może niektórzy postanowią coś zmienić? Taka terapia szokowa.

Być może. Jest to film opowiadający o pewnych katastrofach, które przytrafiają się bohaterom. Mam takie poczucie, że czasami katastrofy są nieuchronne i potrzebne. Potrzeba ich, żeby móc pójść dalej, zrobić coś innego. Czasami symboliczny koniec świata jest punktem zapalnym do zmian, pewne progi przejścia są nam niezbędne do życia. Być może to jest sposób, pozwolić tej katastrofie poszaleć, zaistnieć i dopiero później zobaczyć co dalej. W powiedzeniu o odbijaniu się od dna jest coś bardzo prawdziwego. Momentami może warto się tam znaleźć? Wtedy dopiero przychodzi otrzeźwienie.

Robert Skowroński
Robert Skowroński
Krytyk filmowy i muzyczny związany niegdyś lub wciąż związany z... długo by wymieniać. Ponadto amator kawy i urban exploringu, który już chyba na zawsze pozostanie niespełnionym perkusistą. Prowadzi profil Trochę kultury.
AUTOR

Polecamy

Komentarze