„Gra o wszystko”. Sprawdzam!

Prawdziwa historia Molly Bloom
9 minut czytania
473
1
Rafał Christ
Rafał Christ
12 stycznia 2018
fot. Michael Gibson/STX Films

Chociaż Aaronowi Sorkinowi można zarzucić tchórzostwo, to symptomatyczne, że jego „Gra o wszystko” pojawia się na ekranach właśnie teraz w, często określanej tak przez amerykańskie media, erze post-Weinsteinowskiej.

Po lawinie oskarżeń sław o molestowanie i odkryciu mrocznej strony przemysłu filmowego, do kin wchodzi produkcja o życiu Molly Bloom, która przez kilka lat trzymała w szachu wielkich graczy biznesu i Hollywood. Jak wielu? Nie wiadomo. Znanych jest tylko kilka nazwisk, a wśród nich Ben Affleck, Leonardo DiCaprio, Matt Damon, czy Tobey Maguire.

Gra o tron

W życiorysie Molly Bloom znajdziemy wiele elementów, które kocha masowa publiczność. Jest kobietą z małego miasteczka w stanie Kolorado. W młodości chciała zostać narciarką i trenowała pod okiem despotycznego ojca. Jak sama twierdzi, prawie dostała się do drużyny olimpijskiej. W filmie jej karierę sportową kończy wypadek podczas jednych zawodów. W rzeczywistości nie miał on miejsca. Sama postanowiła zrezygnować z narciarstwa i odnaleźć własną drogę.

Już jako absolwentka uczelni w Kolorado przeprowadziła się do Los Angeles i chciała zrobić sobie rok przerwy, zanim rozpocznie studia prawnicze. Zrządzeniem losu poznała agenta nieruchomości, który zaproponował jej pracę. Będąc jego asystentką, Molly pomagała w organizowaniu sekretnych gier pokerowych dla celebrytów w klubie Viper Room, gdzie w 1993 roku zmarł aktor River Phoenix. Kiedy została zwolniona, wykorzystała zdobyte wtedy kontakty, aby rozpocząć własny biznes. Ustawiała stoły i zarządzała turniejami w apartamentach luksusowych hoteli. W 2009 roku była zmuszona przenieść się do Nowego Jorku i tam kontynuowała proceder przez kolejne dwa lata. W tym czasie zyskała przydomek Pokerowej Księżniczki.

Molly Bloom, Aaron Sorkin i Jessica Chastain podczas premiery „Gry o wszystko” w Nowym Jorku (fot. lev radin/Shutterstock.com)

Na wejście gracze płacili po 10 tysięcy dolarów, a stawki te systematycznie wzrastały i w końcu wynosiły ćwierć miliona. Nie były to wielkie sumy, biorąc pod uwagę, że jednej nocy pewien mężczyzna stracił aż 100 milionów. Co miała z tego Bloom? Napiwki wynoszące tysiące, a nawet setki tysięcy dolarów. Mamy więc do czynienia z historią dziewczyny, która musiała walczyć z przeciwnościami losu i żyjąc według własnych zasad, wspięła się na sam szczyt.

Detronizacja

Jak to w przypadku tego typu historii bywa, musiało dojść również do upadku na samo dno. Dopóki Molly utrzymywała się z napiwków, jej działalność była całkowicie legalna. Nie wszyscy uczestnicy byli jednak wypłacalni. Grali na kredyt, a kiedy trzeba było oddać pieniądze, nie chcieli bądź nie mogli tego zrobić. W efekcie Pokerowa Księżniczka musiała dokładać do interesu z własnej kieszeni. Przez jednego delikwenta straciła w ten sposób ćwierć miliona dolarów, musząc wypłacić innemu nagrodę. Zaczęła więc pobierać prowizję, a to było już niezgodne z ustawą dotyczącą hazardu.

Dodatkowo w Nowym Jorku przy stole zasiadali członkowie rosyjskiej mafii, którzy nawet zaproponowali jej ochronę. W jednej z filmowych scen gangster wchodzi do jej pokoju, bije ją, rzuca groźbami i wkłada broń do ust. Ta sytuacja wydarzyła się naprawdę. Przez dwa tygodnie Molly ukrywała się, czekając, aż z jej twarzy znikną siniaki.

Amerykański rząd miał więc przynajmniej kilka powodów, aby postawić Bloom przed sądem. Pierwszym była nielegalna działalność, a drugim kontakty z przestępczością zorganizowaną. FBI zaczęło się nią interesować już w 2009 roku po zeznaniach oskarżonego o stworzenie piramidy finansowej Brada Rudermana. Twierdził on, że uczestniczył w grach organizowanych przez Molly, aby znaleźć dodatkowych inwestorów, a pieniędzmi należącymi do firmy spłacał karciane długi.

„Gra o wszystko” (fot. Michael Gibson/STX Films)

W marcu 2011 roku FBI urządziło nalot na miejsce, w którym miała odbywać się gra. Molly była wtedy nieobecna. Kiedy ją zatrzymano odmówiła zeznań, przez co zamrożono wszystkie jej aktywa i nakazano zapłacić od nich podatek (sic!). Dwa lata później została oskarżona o czerpanie korzyści majątkowych z organizowania nielegalnych rozgrywek w pokera i skazano na 200 godzin prac społecznych, roczny nadzór kuratora oraz 125 tysięcy dolarów grzywny.

W efekcie Molly tonie w długach. Musi zapłacić adwokatowi ćwierć miliona, okrągły milion podatku od zajętego majątku oraz wspomnianą grzywnę. Sposobem na odkucie się miała być książka „Molly’s Game” z 2014 roku, gdzie opisuje swoje doświadczenia. Wydawcy węszyli bestseller, bo bogatemu życiorysowi Bloom pikanterii dodaje znajomość ze znanymi osobistościami.

Wielkie nazwiska, mali ludzie

Spragnieni tabloidowej sensacji wydawcy oferowali Molly wywindowane kwoty za prawa do opublikowania jej wspomnień, jeśli tylko w książce umieściłaby prawdziwe nazwiska wszystkich gwiazd i biznesmenów. Autorka nie zgodziła się. Była świadoma, że zna tajemnice, które mogą zakończyć wiele karier i zniszczyć rodziny. Nie chciała brać na siebie takiej odpowiedzialności, więc postanowiła podać tylko te, które już i tak były znane, bo zostały ujawnione przez Brada Rudermana. Nie było mowy o upragnionym skandalu i w efekcie otrzymała zaliczkę w wysokości niecałych 40 tysięcy dolarów.

Historii zawartych w książce nie można odmówić brukowcowego potencjału. Jedna z anegdot przywoływanych przez Molly traktuje o Ricku Salomonie (partner Paris Hilton z niesławnej sekstaśmy), który podczas gry zapytał Bena Afflecka, czy Jennifer Lopez ma cellulit na tyłku. I chociaż bójka wisiała w powietrzu, do rękoczynów nie doszło. Pokazuje to jednak jaki klimat panował podczas rozgrywek. Chociaż kipiało wtedy od testosteronu, porządek utrzymywała jedna kobieta. Miała ona okazję zagłębić się w męskim świecie napędzanym władzą i pieniędzmi. Poznała drugą, ukrywaną przed fleszami twarz gwiazdorów.

O niektórych swoich bohaterach, sławach jakie poznała, Bloom wypowiada się pozytywnie, a o innych niekoniecznie. Na szczególną pogardę, zarówno wcześniejszych fanów, widzów, jak i samej autorki zasługuje Tobey Maguire, aktor znany chociażby z roli Spider-Mana. Powodów takiego stanu rzeczy jest wiele. Z książki wynika, że gwiazdora bardzo kręci władza, co okazuje on w niezbyt uprzejmy sposób. Chciał kontrolować grę, znać wkłady pozostałych uczestników, etc. Podobno podczas jednego wieczoru obiecał dać Molly napiwek, jeśli zaszczeka jak foka za rybą (sic!). To przez niego Pokerowa Księżniczka musiała opuścić Los Angeles i przenieść się do Nowego Jorku. Pewnej nocy napisał do niej smsa, że jest skończona i namówił innych graczy, na zmianę miejsca rozgrywek.

Jessica Chastain podczas premiery „Gry o wszystko” w Nowym Jorku (fot. lev radin/Shutterstock.com)

Kto w tej grze rozdaje karty?

Chociaż Sorkin debiutuje w roli reżysera, wśród kinofilów znany jest od dawna, za sprawą swoich porywających scenariuszy. „Steve Jobs”, „Moneyball”, „Wojna Charliego Wilsona” – to wszystko filmy z odpowiednim, antyamerykańskim pazurem. Widać w nich, że twórca doskonale zdaje sobie sprawę z proporcji jakie należy zachować między patosem, idealizmem, a humorem i satyrą. Jeszcze lepszymi przykładami są „The Social Network” i „Ludzie honoru”. „Gra o wszystko” zdaje się być połączeniem właśnie tych dwóch tytułów.

Z jednej strony mamy historię wyjątkowej jednostki – indywidualistki walczącej o swoją pozycję i niezgadzającej się na kompromisy. Po trupach dąży do wyznaczonego celu i pokonuje wszelkie przeciwności. W drugiej linii fabularnej przedstawiono kontakty Bloom z adwokatem Charliem, który zdecydował się jej bronić. Czarnoskóry prawnik nie jest najbardziej błyskotliwy, ale dobrze wie, co robi. Kierują nim ideały, a nie chęć wzbogacenia się.

Film można odczytywać w kategoriach opowieści o zemście kobiet na płci przeciwnej i wyrazu kobiecej siły oraz dominacji. Historię Molly napisali mężczyźni. Najpierw była pod wpływem ojca, który bez przerwy kazał jej pokonywać własne granice, potem szefa, a na koniec bogaczy siadających do ustawianych przez nią stołów. Kontrolowanie tych ostatnich było dla niej formą rewanżu na rodzicu. Z produkcji bije więc przesłanie, aby nie zadzierać z kobietami, bo to one znają słabości oraz brudy mężczyzn i tak naprawdę rządzą światem.

Jessica Chastain lubuje się w rolach silnych kobiet i ciężko wyobrazić sobie inną aktorkę, która mogłaby zagrać Molly. Jej cała kariera zmierzała właśnie do tego punktu. Praca na planach „Wroga numer jeden” czy „Samej przeciw wszystkim” była tylko rozgrzewką przed występem u Sorkina. Doskonale zdaje sobie sprawę z niuansów psychologicznych postaci Bloom i eksponuje je na ekranie. Przy takiej kreacji łopatologiczne stają się sceny z ojcem psychiatrą tłumaczącym wszelkie motywacje działań bohaterki. Szczególnie kiedy próbuje je spłycić sięgając po freudowską psychoanalizę.

„Gra o wszystko” (fot. Michael Gibson/STX Films)

Nie tędy droga

Sorkin do opisanych w „Molly’s Game” wspomnieniach Bloom dodał kilka sytuacji, a rzeczywiste nieco pozmieniał i uprościł. Sama zainteresowana w wywiadach stwierdza, że film niewiele odbiega od prawdy. Im bardziej przyjrzymy się oryginalnej historii, tym wyraźniej zobaczymy jednak o ile jest uboższy. Opowieść wiele traci poprzez wstawienie do niej gatunkowych klisz i „wzbogacenie” o niezbyt wiarygodne zbiegi okoliczności. Coś, co mogło być bezkompromisową krytyką Hollywood i świata biznesu staje się miałkie i poprawne.

Tobey Maguire nie zostaje wymieniony z nazwiska, a zostaje ochrzczony mianem „Gracza X”. Nie znając prawdziwej historii, nie sposób się domyśleć, kogo kreuje Michael Cera. Ciężko stwierdzić, dlaczego reżyser postanowił ukrywać tożsamość poszczególnych gwiazd. Być może obawiał się oskarżeń o pomówienia albo po prostu nie chciał narazić się hollywoodzkim szychom. Niezależnie od powodu Aaron Sorkin zaprzepaścił szansę, aby dokręcić śrubę filmowemu światkowi, który w ostatnich miesiącach 2017 roku popadł w niesławę.

Odwagi przy kolejnym projekcie, panie Sorkin!

„Gra o wszystko” jest filmem całkiem dobrym. Nieco przydługim i z kilkoma lukami logicznymi, ale dobrym. Ponad dwugodzinny seans upływa bardzo przyjemnie. W tym wypadku nie jest to jednak pochwała. Przy takim materiale źródłowym i charyzmatycznej bohaterce powinniśmy otrzymać kino wybitne, wbijające widza w fotel, zmuszające do zastanowienia nad światem w jakim żyjemy. Wydawałoby się, że to wszystko zapewni właśnie Aaron Sorkin, a jak się okazało, potrzeba by bardziej zaprawionego w boju i odważniejszego reżysera.

Rafał Christ
Rafał Christ
Filmoznawca, który zamiast z kinem artystycznym, woli spędzać wieczory z horrorami i blockbusterami. Kiedy akurat czegoś nie ogląda, to pewnie czyta komiks albo książkę. Jego przemyślenia na temat popkultury można znaleźć w różnych miejscach w internecie, ale nie zdziwcie się jeśli natkniecie się na nie również w prasie.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Wywiad

„Czasami katastrofy są nieuchronne i potrzebne”. Dzikie historie Pawła Maślony

Takich (tragi)komedii się w Polsce nie kręci. Nic więc dziwnego, że słodko-gorzki obraz Pawła Maślony był na ustach wszystkich podczas festiwalu w Gdyni. To wręcz nieprzyzwoite, aby debiutant wyreżyserował taki film i to jeszcze z taką obsadą.
Robert Skowroński
Robert Skowroński
1 stycznia 2018
CZYTAJ WIĘCEJ