Japan i Duran Duran. Zbyt krusi na sukces vs. optymistyczni naśladowcy

Muzyka naszej młodości
12 minut czytania
216
0
Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
15 stycznia 2018
fot. Dominionart/Shutterstock.com

Czterdzieści lat temu w nocnym klubie Rum Runner w Birmingham zaczęła się historia jednego z najważniejszych zespołów popowych w historii – Duran Duran.

Szczyty listy przebojów osiągnęli na początku lat 80. Sukces twórców „Rio” zbiegł się w czasie z końcem działalności Japan – zespołu, bez którego Duran Duran nie tylko brzmieliby inaczej, ale też inaczej wyglądali. Jednak mimo wielu podobieństw Japan stali się legendą znaną nielicznym, a Duran Duran popowym gigantem lat 80. Ci drudzy po prostu idealnie wbili się w gusta fanów i wykorzystali potencjał MTV. Japan nie mieli tyle sił przebicia, choć muzycznie byli dużo ciekawsi od Duran Duran.

W jednym z wywiadów lider Japan, David Sylvian przekonywał, że swoją dziwną nazwę zespół zawdzięcza nie miłości do Kraju Kwitnącej Wiśni, ale po prostu chcieli być radykalnie różni od tego co działo się na rynku, nawet nazwę mieć z innej bajki. Założona w 1974 roku na południu Londynu kapela chciała odróżniać się również muzyką, stąd łączyli funk z reggae i dziwnym kabaretem, inspirując się dokonaniami Roxy Music, Davida Bowiego czy The New York Dolls. Wokalista Japan przyjął zresztą pseudonim po członku amerykańskiej kapeli. Prawdziwe nazwisko lidera Japan – Batt – było dla niego żałośnie brytyjskie.

Jak przekonuje autor znakomitej książki „Podrzyj, wyrzuć, zacznij jeszcze raz. Postpunk 1978-84” Simon Reynolds, Japan nie wystartowali najlepiej: „Pojawili się na brytyjskiej scenie wraz z punkiem, który zmienił wszystko na ich niekorzyść. W prasie muzycznej wyśmiewano ich jako spóźnionych glamrockowców, a głęboki wokal Sylviana porównywano do Bryana Ferry’ego”. Jak jednak dalej pisze autor: „Stopniowo Japan wypracowali frapujący i wyjątkowy styl, odziedziczony po Roxy Music, bazujący na egzotycznych syntezatorowych fakturach i ociężałym bezprogowym basie Micka Karna. Płyty Japan brzmiały tak samo wytwornie, jak wyglądali Sylvian i spółka”.

Wystarczy spojrzeć na okładki płyt Japan czy fragmenty ich koncertów w sieci, by mimo podobieństw do Davida Bowiego czy Bryana Ferry’ego Sylvian i jego zespół wyróżniali się na artrockowej scenie.  Po początkowym wyśmiewaniu stali się modni. Pod koniec lat 70. wyrafinowany styl przyniósł im zasłużony sukces. Ich trzeci album „Quiet Life” z przełomu 1979 i 1980 roku sprzedał się na Wyspach w ponad stu tysiącach egzemplarzy. Do współpracy udało im się namówić m.in. mistrza disco, Giorgio Morodera. Apogeum ich kariery przypadło na rok 1981 roku i koncept album o maoistowskich Chinach, „Tin Drum”.  W 1982 roku wyprzedali sześć koncertów z rzędu w London’s Hammersmith Odeon. Sylvian i spółka nie wytrzymali jednak ciśnienia i rozwiązali zespół dając ostatni koncert w grudniu 1982 roku… w Japonii. Dziennikarz Paul Morley opisał Sylviana jako „zbyt kruchego, by się pieprzyć”. Co dopiero, by udźwignąć ciężar takiej popularności.

W tym samym roku, inny brytyjski zespół, Duran Duran grając w podobny, choć mniej wytworny sposób i przyjmując podobny image staje się potęgą. Także dzięki MTV. Ich teledyski, przede wszystkim nakręcone na Karaibach „Rio”, puszczano bez przerwy. Patrząc na image Duran Duran i słuchając wielu ich kompozycji, przede wszystkim z trzeciej płyty „Seven and the Ragged Tiger” łatwo dostrzec, że wzorowali się na Japan. Przyznaje się do tego zresztą jeden z założycieli zespołu Nick Rhodes: „muzycznie, wizualnie i lirycznie wzorowaliśmy się na takich artystach jak Bowie, Ferry, Eno i Sylvian”. Wizualnie jednak byli poprzebierani, za ich noworomantycznym imagem nie stało nic poza wesołą i modną przebieranką. A Sylvian zawsze przekonywał, że jego sceniczny styl, malowanie twarzy na blady kolor, wycofanie na scenie, są po prostu odzwierciedleniem jego osobowości. Trochę jak u Bowiego.

Podczas, gdy Japan po największym sukcesie nie zdążyli go nawet skonsumować przed rozwiązaniem, Duran Duran wydawali się zjadać własny ogon. Jak pisze Simon Reynolds we wspomnianej książce: „W 1983 roku byli już światową gwiazdą, ale zespół miał większe ambicje, które przejawiały się w grubiańskich banialukach Simona Le Bona, coraz bardziej rozdmuchanych klipach i artystycznych ciągotach klawiszowca Nicka Rhodesa, który ubóstwiał Davida Sylviana z Japan”. Jednak im więcej nagrywali przebojów tym większą budzili niechęć części środowiska. W 1983 roku Frankie Goes To Hollywood promując swój singiel „Relax” posunęli się nawet do reklamy ze słowami: „Frankie Goes To Hollywood nadchodzą… Duran Duran zjedzą gówno z ich butów”.

Faktycznie FGTH weszli z „Relax” na szczyty, ale Duran Duran nie oddawali pola bez walki. Nagrywali kolejne przebojowe single, chociażby „Notorious”. Nigdy jednak nie powtórzyli sukcesu z początku lat 80., okresu „Rio”.

Image, jak żywo zdjęty z Japan, przydał się im na zaledwie kilka lat. Oczywiście do dziś nagrywają płyty, i to niezłe (jak chociażby „Paper Gods” z 2015 roku), ale próżno na nich szukać czegoś więcej niż przyzwoitego popu. Japan z kolei próbowali reaktywacji w latach 90. pod nazwą Rain Tree Crow, ale przetrwali ledwie kilka miesięcy. Ich ambicje zawsze sięgały wyżej niż popowych list przebojów. Za to w przypadku Duran Duran, jak mówił Simon Le Bon: „po prostu prezentowaliśmy optymizm i tego w naszej muzyce szukali fani”.

Duran Duran bez pardonu i z mniej ambitnym repertuarem weszli na ścieżkę wydeptaną przez Japan i zajęli ich miejsce. Ale zanim posłuchacie „Union Of The Snake” czy innych przebojów Duran Duran poświęćcie chwilę Japan. To bardziej dekadencka i wyrafinowana forma tego, czym świat zachwycili Simon Le Bon z kolegami.

Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
Dziennikarz, przede wszystkim muzyczny. Zbieracz zabawek, komiksów i innych przedmiotów z epoki Commodore i Składnic harcerskich. Wszystko trzyma w domu - nie jest łatwo. Prowadzi bloga Bufet PRL.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

„Despacito”: na żywito czy plejbekito? Czy powinniśmy się czuć urażeni wykonaniami z playbacku?

Madonna i Britney Spears na wielkich koncertach często śpiewają z playbacku. I co? I nic. Fani doskonale o tym wiedzą, a mimo to są gotowi zapłacić za bilet. Dla polskich słuchaczy playback to jednak drażliwy temat. Do dzisiaj toczą się dyskusje, jaką techniką Luis Fonsi wykonał słynne „Despacito” podczas plenerowego sylwestra w Zakopanem.
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
14 stycznia 2018
CZYTAJ WIĘCEJ