Kupa gołębia, miód i jelito owcy, czyli historia antykoncepcji

Aż dziw, że ludzkość jakoś przetrwała
8 minut czytania
4849
0
Ania Ciężkowska
Ania Ciężkowska
7 stycznia 2018

Arystoteles jako skuteczny środek antykoncepcyjny zalecał mieszankę oliwy z oliwek, olejku cedrowego, gumy arabskiej i pasty ołowiowej, którą kobieta musiała “umieścić w łonie, w miejscu, gdzie gromadzi się nasienie”. Historia antykoncepcji jest pełna fascynujących pomysłów.

Antykoncepcja i rozmnażanie to nie zawsze była (jest?) prosta sprawa. W 1977 roku w angielskim Sunday Times pewna młoda kobieta, która urodziła czarne dziecko ze związku z czarnoskórym, w liście do gazety zastanawiała się, czy jeśli zacznie związek z białym mężczyzną to nadal będzie rodzić czarne dzieci, a inna chciała wiedzieć, czy jedna pigułka wystarczy na dwóch kochanków. Wstrzymajmy jednak karuzelę śmiechu, bo przed nami prawdziwe hity.

Oliwa z oliwek i ból głowy

Arystoteles nie tylko spierał się z Platonem i rozmyślał o podziale nauk, ale też, w obliczu nadwyżki niezamężnych kobiet w Grecji, filozofował na temat seksu i namawiał do ograniczenia przyrostu naturalnego. Jako skuteczny środek antykoncepcyjny zalecał mieszankę oliwy z oliwek, olejku cedrowego, gumy arabskiej i pasty ołowiowej, którą kobieta musiała “umieścić w łonie, w miejscu, gdzie gromadzi się nasienie”. (Tego nie uczą w szkole o starożytnej Grecji, co? Szach mat hejterzy historii, sami jesteście nudni).

Żeby było ciekawiej Arystoteles miał trochę racji, bo dwa tysiące lat później Marie Stopes, propagatorka świadomego macierzyństwa, w swoich badaniach potwierdziła antykoncepcyjne właściwości oliwy z oliwek. Stosowali ją również starożytni Rzymianie. Ze środków antykoncepcyjnych przede wszystkim sięgali jednak po “dziś boli mnie głowa”. Abstynencja seksualna wydaje się najbardziej rozpowszechnioną w Rzymie metodą wymigania się od niechcianego potomstwa, zaraz obok stosunku przerywanego. Córy Koryntu stawiały na heteroseksualne stosunki analne, które zresztą, choć potępiane przez Kościół katolicki, będą się cieszyły popularnością jako środek antykoncepcyjny w średniowiecznej Francji.

Naturalna antykoncepcja?

Ślimacze odchody i podskoki

Pliniusz, starożytny historyk i pisarz rzymski, wyjątkowo płodnym kobietom zalecał środki na obniżenie libido. Biorąc pod uwagę czym były mogę niemal z całkowitą pewnością powiedzieć, że ewidentnie nieszczególnie lubił kobiety. Pożądanie palące trzewia gasiło w jego mniemaniu smarowanie się mysimi odchodami i właściwie to ciężko się z nim nie zgodzić.

Dobre rezultaty w zwalczaniu szalejącej namiętności miało też dać picie winnego bądź octowego roztworu ślimaczych i gołębich odchodów. Pliniusz sugerował dodatkowo rozcieranie na podłodze pod łóżkiem kogucich jąder i krwi, a alternatywą było namaszczenie sobie lędźwi krwią z jąder dzikiego, czarnego byka. Zalecenia musiały być super skuteczne, bo po takich zabiegach najpewniej apetyt na seks nie tyle malał, co wręcz zanikał, razem z chęcią do życia.

Kuszących propozycji było więcej. Grecki lekarz Dioskurides Pedaniusz radził, by kobieta po stosunku umieszczała w pochwie odrobinę pieprzu. Dlaczego? Po co? Nie do końca wiadomo skąd taki pomysł, ale niektórzy podejrzewają, że lekarz poszedł o krok dalej niż jego poprzednicy, którzy zalecali antykoncepcyjne… kichanie, a jak wiadomo, od pieprzu się kicha. Logiczne, prawda?

Lekarz Soranus z Efezu, żyjący na początku II wieku, do kichania dorzucał jeszcze wstrzymywanie oddechu, kucanie i przemywanie po stosunku. Aecjusz z Amidy w VI wieku sugerował natomiast kobiecie: “Noś ze sobą kawałeczek lwiej macicy w pojemniczku z kości słoniowej. To bardzo skuteczne”. Szacowny Aecjuszu, dalsze przekonywania są zbędne, mam zero wątpliwości, naprawdę! Starożytni Hebrajczycy do kompletu drogocennych zaleceń dodali energiczne skakanie po seksie, co w zestawieniu z dziwnym zastosowaniem organów rozrodczych zwierząt lub odchodów zaczyna brzmieć całkiem sensownie.

Jadeitowa Łodyga i Rozkwitająca Peonia

W Chinach było zdecydowanie mniej krwiście i obrzydliwie. W VII wieku stawiano na samokontrolę. Mistrz taoizmu Tung-hsuana twierdził wręcz, że mężczyzna może zapobiec wytryskowi i to względnie łatwo. Wystarczy, by w odpowiedniej chwili “zamknął oczy, skupił myśli, przycisnął język do podniebienia, wygiął plecy i wyciągnął szyję, a jednocześnie otworzył szeroko nozdrza, zamknął usta, sprężył ramiona i wstrzymał oddech. Gdy to uczyni, nasienie wchłonie się do środka”. Bułka z masłem? Nie mam penisa, nie wiem, nie znam się, ale wypowiem się, że opisana metoda to coitus reservatus.

Co więcej, w 1966 roku seksuolodzy Masters & Johnson wysnuli, jakby na poparcie taoistycznej techniki, teorię że orgazm i ejakulacja to dwa odrębne procesy fizjologiczne, a mężczyzna może szczytować nawet kilka razy nim wytrysk zakończy łóżkowe harce.

Druga metoda starożytnych Chińczyków to coitus obstructus, opisana w książce “Ważne sprawy Jadeitowej Komnaty”: ”Kiedy w czasie stosunku mężczyzna poczuje, że zbliża się moment ejakulacji, powinien natychmiast dwoma palcami lewej dłoni – wskazującym i środkowym – uścisnąć mocno krocze między odbytem a moszną, a jednocześnie nabrać głęboko powietrza i kilkakrotnie zacisnąć zęby. Wtedy nasienie nie wydziela się na zewnątrz, lecz cofa się z Jadeitowej Łodygi i płynie do mózgu”. W rzeczywistości taki proceder sprawia, że trafia ono do pęcherza moczowego.

Tym, co jednak szczególnie uwodzi w chińskich tekstach o seksualności są określenia narządów płciowych.  Nie, że fizjologiczne prącie czy pospolity penis, ale Jadeitowa Łodyga, Czerwony Ptak, Koralowy Pień, Kolumna Niebiańskiego Smoka, czy Rosnący Grzybek. Wagina, znienawidzony przeze mnie pęknięty jeż albo infantylne psioszki i inne muszelki? Nigdy! Jest Rozkwitająca Peonia, Złoty Lotos, Otwarty Dzban, a nawet Cynobrowe Wrota. Jaram się jak czarownica na stosie!

W chińskich tekstach o seksualności urzekają określenia narządów płciowych

Kupa kupie nierówna!

Starożytni Egipcjanie mieli łeb na karku, bo nie tylko ogarnęli piramidy, ale wydumali też, że w zapobieganiu ciąży najważniejsze jest niedopuszczenie ejakulatu do macicy. W tym celu stosowali dwie główne metody. Pierwsza polegała na umieszczeniu w pochwie dobrze wsiąkającej tkaniny, druga na zablokowaniu dostępu do szyjki macicy. Brzmi niegroźnie? Spokojnie, zaraz przestanie.

Z pomocą w odtworzeniu odpychających szczegółów przychodzą papirusy. Zapiski z Kahun, zawierające najstarsze ze znanych receptur, to propozycja umieszczenia w pochwie mieszaniny krokodylego łajna i pasty o nazwie ayut. Nie udało się ustalić, czym było tajemnicze ayut, ale czymkolwiek by nie było, to w sytuacji wkładania odchodów do pochwy naprawdę gorzej już być nie może. Zalecano także mieszaninę miodu z sodą amoniakalną oraz gumą ayut. Papirus Ebersa rekomenduje za to aplikowanie dopochwowo kawałka płótna namoczonego w miodzie z kiełkami akacji.

W tym szaleństwie jest metoda? Współcześnie wiemy, że substancje oleiste ograniczają ruchliwość plemników, a kwaśne środowisko, kwas mlekowy czy sól je zabijają. Oleisty i lepki preparat na bazie miodu musiał więc w jakimś stopniu gasić dziarskie zapędy migracyjne plemników. Kiełki akacji zawierają kwas mlekowy, ale jeśli chodzi o antykoncepcyjne właściwości kupy, i doprawdy nie sądziłam, że kiedykolwiek napiszę takie zdanie, to pod względem skuteczności, zdaniem ekspertów lepsze jest łajno słonia, niż krokodyla. To pierwsze ma odczyn kwaśny, drugie alkaiczny. Odchody słonia były zresztą do XIII wieku stosowane w celu uniknięcia ciąży w świecie islamu. Gdyby słonie miały tego świadomość, to obstawiam, że mogłyby czuć się w tej całej sytuacji niekomfortowo.

Niech cię bóg broni przed seksem oralnym!

Generalnie zapobieganie ciąży w średniowieczu, w kulturze chrześcijańskiej, traktowano w kategoriach magii, przesądów i zabobonów. Kościelne nakazy i zakazy, szczególnie na początku średniowiecza, wywierały ogromny wpływ na wszystko co działo się w łóżku i weźcie w ogóle zapomnijcie, że będzie frywolnie. Uprawianie seksu bez myśli o prokreacji i w pozycji innej niż misjonarska (najbardziej płodna zdaniem teologów) to było proszenie się o srogą pokutę. Za wytrysk, który nie miał na celu spłodzenia potomka należało się siedem dni postu, a za masturbację zgarniało się już dwadzieścia.

Najgorszym grzechem w sferze seksualnej była antykoncepcja. Stosunek analny, spożycie napoju wywołującego bezpłodność, albo – o zgrozo! – stosunek oralny były w mniemaniu ludzi kościoła ledwie rzut beretem od ludobójstwa. Stosunek przerywany również wylądował na liście czynności potępionych. Nieco lżejszym grzechem niż karygodne zabezpieczanie się przed ciążą była aborcja przed 40 dniem ciąży, czyli przed błogosławionym momentem, gdy płód zyskuje duszę.

Parasolka bywa nieskuteczna…

Prezerwatywa wiązana na biodrze

Niektórzy historycy twierdzą, że Rzymianie wynaleźli prymitywną prezerwatywę z koziego pęcherza, ale brak na to twardych dowodów. XVII i XVIII wiek to czas, gdy w użyciu były kondomy wielokrotnego użytku (wystarczyło opróżnić, umyć i wysuszyć) wytwarzane z jelit owiec, kóz czy świni.

XIX wieczna prezerwatywa także nie była wygodna, a już na pewno nie tania. Instrukcja dotycząca wytwarzania kondomów z połowy dziewiętnastego stulecia pokazuje, że produkcja nie była najłatwiejsza. Należało “wziąć jelito owcy, wymyć, moczyć dwa dni w wodzie z sodą, zmieniając roztwór co cztery, pięć godzin, następnie usunąć mechanicznie błonę śluzową, przesypać siarką, ponownie wypłukać, a na koniec przemyć w mydlanej wodzie, nadmuchać i powiesić do wyschnięcia, potem przyciąć do stosownych rozmiarów i zaopatrzyć w sznurek lub wstążkę do mocowania na biodrach, żeby się nie zsuwało”. Na listę antyseksów obok podkolanówek można spokojnie wpisać prezerwatywę sprzed 150 lat i nikt złego słowa nie powie.

Całe szczęście ludzkość mimo wszystko nie porzuciła rozkoszy cielesnych, bo bez dramatyzowania, ale patrząc na środki antykoncepcyjne na przestrzeni wieków mogło nam grozić wymarcie. Pod koniec lat trzydziestych XIX wieku opracowano technologię wulkanizacji kauczuku i niedługo potem powstały pierwsze prezerwatywy z gumy. Pięćdziesiąt lat później technologia koagulacji lateksu i automatyzacja produkcji sprawiły że kondomy zaczęły być ogólnodostępne.

Pigułka rozwiązłości

Od niepamiętnych czasów kobiety łykały rozmaite preparaty, zagryzały korzonkami i popijały ziołami, a nawet zjadały pająki, by uniknąć macierzyństwa. W 1960 roku na rynek amerykański weszła pigułka antykoncepcyjna  Wiele krajów obawiało się zmian, jakie przyniesie mały proszek i blokowało wprowadzenie leku, który postrzegano jako zachętę do rozpusty i przyzwolenie na rozwiązłość. W niektórych amerykańskich stanach od 1960 do 1972 roku zabroniono lekarzom przepisywania pigułki niezamężnym kobietom.

Mniej więcej w tym samym czasie, co zbawienna kapsułka skrywająca hormony, na rynku pojawiła się jedna z opcji antykoncepcji długoterminowej – spirala wewnątrzmaciczna. Sporządzana z tworzywa sztucznego lub miedzi i umieszczana jak nazwa wskazuje w macicy, mogła chronić swoją posiadaczkę przed macierzyństwem nawet przez kilka lat. Działanie spirali sprowadza się do wytwarzania warunków utrudniających zagnieżdżenie się zapłodnionego jaja. W 1974 roku w Szwecji pewna dama wytoczyła proces o alimenty magikowi Uri Gellerowi. Geller, bez dotykania, a jedynie za pomocą siły woli, potrafił (chociaż to jest kwestia sporna) wyginać metalowe łyżeczki. Kobieta, która była obecna na jego pokazie, w pozwie sądowym deklarowała, że wygiął nie tylko łyżeczkę, ale też jej spiralę i przez to zaszła w ciążę. Kara boska? Magia? A pomyśleć, że garść pieprzu lub kilka kichnięć i miałaby problem z głowy…

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody

Ania Ciężkowska
Ania Ciężkowska
Zawodowo siedzi w marketingu od 2010 roku. W wolnych chwilach konfabuluje, czyta i zwiedza zamki. Wielbicielka tatara, wciąż szuka tego idealnego. Słoń nadepnął jej na ucho, nie ufa gołębiom, lubi pociągi i jeść śniadania na mieście. Przed każdą podróżą samolotem spisuje testament. Żałuje, że nigdy nie pozna Tove Jansson i nie pójdzie na koncert The Beatles.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Historie

Historia tuszu do rzęs – od krokodylich odchodów do nylonowej szczoteczki

Tusz do rzęs to najbardziej popularny kosmetyk do makijażu. 70 proc. mieszkanek Europy przyznaje, że nie wychodzi z domu bez pomalowanych rzęs. Mogą nie używać podkładów, szminek czy błyszczyków, ale dbają o to, by za pomocą tuszu podkreślić i „otworzyć”oko.
Marta Lewin
Marta Lewin
18 maja 2017
CZYTAJ WIĘCEJ