Nudni idole trzydziestolatków. Nie rozumiem fenomenu serialu „Przyjaciele”

Czym tu się zachwycać?
7 minut czytania
2211
21
Martyna Kośka
Martyna Kośka
21 stycznia 2018
©NBC/Netflix

Pozbawieni ambicji i życia wewnętrznego, prowadzący niekończące się rozmowy na kanapie w kawiarni. Poważnie, to byli serialowi idole dzisiejszych trzydziestolatków?

Każde pokolenie po swojemu kształtuje zastaną rzeczywistość – i dobrze, bo świat nie może stać w miejscu. Młodzi nie tylko budują coś na nowo, ale też krytycznie odnoszą się do tego, co było ważne dla pokolenia ich rodziców, czy choćby starszych kuzynów: wyśmiewają nasze gusta („no nie wierzę, że dorośli ludzie nosili ogrodniczki!”), pytają, jak mogliśmy wierzyć w jakiś tam porządek polityczno-społeczny. Z jednej strony włączają się wtedy mechanizmy obronne („bo z perspektywy czasu zawsze łatwo jest być mądrym!”), z drugiej – do pewnego stopnia przyznajemy im rację. I niezaprzeczalnie – konfrontacja z młodszymi od nas sprawia, że czujemy się bardzo, ale to bardzo staro.

Hej, trzydziestolatku, lata dziewięćdziesiąte to początek twojej podstawówki. Żadna tam prehistoria, to ledwie wczoraj było. No, może przedwczoraj. Nic z tego. To już ponad dwie dekady, w których świat naprawdę się zmienił.

Jak bardzo, dają nam odczuć dwudziestokilkulatkowie, którzy dzięki Netfliksowi dowiedzieli się niedawno, że jest taki serial jak „Przyjaciele” i że w ostatnich latach poprzedniego wieku zyskał miano kultowego. Oglądają, niedowierzają i pytają, jak to być mogło, że miliony ludzi pasjonowały się życiem jakiejś dziwnej paczki z Nowego Jorku. A my powinniśmy im to jakoś zgrabnie wyjaśnić. Na szczęście ja nie czuję się wyciągnięta do tablicy, bo „Przyjaciół” nie lubię i nie rozumiem ich fenomenu.

Nudna szóstka z Manhattanu

Na początek trochę historii. 1 września 1994 roku. Rozpoczęłam naukę w pierwszej klasie podstawówki. 3 tygodnie później miało miejsce coś, co wyznaczyło nowy kierunek rozwoju formatów telewizyjnych na kolejne lata: wyemitowano pierwszy odcinek „Przyjaciół”. W sumie było ich 236, a ich emisja zajęła równe 10 lat.

Byłam za mała, by pasjonować się przygodami „szóstki z Manhattanu”, a ilekroć skacząc po kanałach przypadkiem zatrzymywałam się na Canal+, który kupił prawa do tej żyły złota, szybko przełączałam, bo już jako dziewięciolatka wiedziałam, że serial, w którym wypowiedzi bohaterów co chwila przerywane są śmiechem z puszki, jest co najmniej podejrzany.

Kiedy już dowiedziałam się, że świat kocha „Przyjaciół”, ignorowałam serial z powodu niechęci do oglądania tego, co wszyscy. Do 27 urodzin mnie korciło mnie, by dowiedzieć się, kim są ludzie z tego charakterystycznego zdjęcia, na którym piją koktajle z wysokich szklanek. Płaciłam za to pewną cenę – nie rozumiałam wielu dowcipów i skojarzeń, które na dobre weszły do popkultury.

Złamałam się, bo chciałam potrenować angielski. Oglądanie komedii w oryginale jest dość trudne, bo dialogi są wartkie, a jak nie usłyszysz końcówki zdania, to zagłuszy ją śmiech z puszki.

Phoebe wysadziłabym z jadącego pociągu

Obejrzałam kilka pierwszych odcinków i pomyślałam, że nawet to fajne. Po obejrzeniu paru kolejnych miałam nieodparte wrażenie, że ja już te dowcipy słyszałam i kręcimy się w kółko, wyśmiewając te same cechy i zachowania bohaterów, którzy są przy tym tak stypizowani i nienaturalni, że aż zęby bolą.

Bohaterowie seriali komediowych zawsze są przerysowani, ale umiar jest ważny – i w życiu, i przy pisaniu scenariusza. Kogo więc tu mamy? Zacznijmy od dziewczyny, której nie zniosłabym w realnym świecie dłużej niż 5 minut, czyli Phoebe. Roztrzepana, niepoukładana emocjonalnie i życiowo (utrzymuje się z dorywczych prac), niedojrzała. Przez lata babcia wmawiała jej, że jej ojcem jest mężczyzna, którego podobizna znajdowała się w sprzedawanych w supermarketach ramkach do zdjęć. Phoebe to dziewczyna o bardzo małym rozumku, więc w nie takiego kalibru bajeczki była skłonna wierzyć.

Następnie Monika, właścicielka bardzo dużego mieszkania z wielkimi oknami, w którym przyjaciele spędzali większość czasu (pierwsze miejsce niepodzielnie zajmuje kanapa w Central Perk). Cierpi na różnego rodzaju nerwice natręctw. Kocha gotować i szuka swojego miejsca w mniejszej i większej gastronomii. Na polu uczuciowym ponosi klęskę za klęską. Dalej Rachel, którą poznajemy, gdy uciekła sprzed ołtarza i przybiegła do Central Perk (gdzieżby indziej), by znaleźć swoją przyjaciółkę z czasów liceum i szukać u niej ratunku. Córka bogatych rodziców, która miała bogato wyjść za mąż i być ozdobą męża. Po tym, jak zwiała w sukni ślubnej, może liczyć już tylko na siebie, więc zaczyna pracę (co jest trudne dla kogoś, kto nie potrafi nic). O ile w przypadku Phoebe i Moniki mogę się dopatrzyć jakiegoś strumienia przemyśleń, tak w przypadku Moniki nie widzę go za grosz. Rachel lubi ładnie wyglądać i chodzić na zakupy.  Żadnych głębszych potrzeb raczej nie posiada (w czym nie jest wyobcowana, ale o tym później).

Ludzie bez pasji?

Wybaczcie, ale Joey i Chandler mocno zlewają mi się w jedno. Joey to aktor-amator bez osiągnięć, Chandler robi karierę w banku, a po pracy najbardziej lubią siedzieć w fotelach z funkcją masażu i oglądać telewizję.

I wreszcie Ross, facet-zjawisko (a w każdym razie zjawiskowo prezentuje się na tle swoich chaotycznych przyjaciół). Ma rozum i nie boi się go używać – tylko nie bardzo ma z kim prowadzić dysputy. Ilekroć chce powiedzieć coś mądrego, przyjaciele ze znudzeniem machają ręką i każą mu wyluzować. Zakochany w Rachel z którą raz jest, a innym razem definitywnie nie jest – do tego dochodzi jeszcze stan pośredni pod tytułem „zrobiliśmy sobie przerwę”. Konia z rzędem komuś, kto to ostatnie zrozumie.

Sześcioro przyjaciół czymś się niby na co dzień zajmuje, ale większą część dnia zdaje się zabierać im przesiadywanie w kawiarni i prowadzenie rozmów o innych ludziach – nigdy o książkach filmach czy czymś z pogranicza wartości. O nie! Nasi bohaterowie kiszą się w swoim sosie, choć o dziwo, ilekroć organizują imprezę w wielkim mieszkaniu Moniki, przychodzi tabun ludzi. Kim oni są, skoro Przyjaciele na co dzień rozmawiają tylko we własnym, wąskim gronie – pojęcia nie mam.

Niedoścignione marzenia polskiej aspirującej klasy średniej

To nie jest jedyna rzecz ze świata Przyjaciół, której nie rozumiem. Niby w cudzy portfel nie należy zaglądać, ale wątpliwości co do tego, skąd bohaterowie, z których tylko Ross, Chandler i od czasu do czasu Monika mają stabilne zatrudnienie, mają pieniądze na życie w dużych mieszkaniach w najdroższym mieście w USA, są tematem dziesiątek internetowych (i pewnie nie tylko) dyskusji fanów. Monika mieszkanie wprawdzie odziedziczyła, ale utrzymanie takiego metrażu w Nowym Jorku raczej przekracza możliwości osoby, która pracę zmienia dość regularnie.

To jednak szczegół, bo bohaterowie seriali (również polskich) z reguły mieszkają w dużych, przestronnych mieszkaniach. Takie pewnie lepiej wyglądają w kadrze. Tym, co męczy mnie w naszej szóstce, jest ich miałkość. Oni naprawdę nie mają żadnych zainteresowań ponad to, by posiedzieć w kawiarni i pogadać (w swoim gronie), ewentualnie siedzieć i gadać w mieszkaniu Moniki (a jakże – w swoim gronie). W jednym z odcinków widzimy jak troje zarabiających idzie na koncert (pozostali nie mogli sobie na to pozwolić – czyli bezwzględne prawa ekonomii dotykają też nasza szóstkę wspaniałych!), ale na tym ich zainteresowania kulturalne się właściwie kończą.

Swoją drogą, nie macie tak czasem, że chcecie pobyć sami? Poczytać książkę, poleżeć na kanapie, nie słyszeć i nie wiedzieć innych? No właśnie, nawet ekstrawertycy tego niekiedy potrzebują. Tymczasem serialowi przyjaciele wszystko robią w stadzie, a co najmniej – w parze.

Na sam koniec zostawiłam sobie zarzuty najcięższego kalibru. Tak po prawdzie, mojej złości i niezrozumienia nie wywołały, ale szybka lektura artykułów w internecie wyjaśnia, że wspomniani na początku millenialsi właśnie to odbierają jako podstawowe nadużycia twórców. Nie mogę nie oddać im głosu.

Chłopiec w latach 90. bawił się lalką? Wysoce podejrzane

Młode pokolenie, które, jak rozumiem, wychowane jest w umiłowaniu równości, postrzega „Przyjaciół” jako serial promujący seksizm i homofobię. Celnie punktuje to brytyjski portal The Independent. Chandler (który spotyka się wyjątkowo nielubianą przez jego Przyjaciół dziewczyną, Janice, a gdy akurat jest singlem, rozgląda się za innymi partnerkami – i z reguły dostaje kosza), obawia się tego, że jest postrzegany jako homoseksualista. Joey Tribbiani postrzega każdą kobietę jako seksualną zdobycz, lubi komentować seksapil kobiet i kreuje się na klasycznego macho.

Z kolei Ross (ten, który najwięcej myśli, ale jak widać, i jemu zdarzają się gorsze momenty) ma problem z zaakceptowaniem, że niania jego córki może być mężczyzną. Szukając jakiegoś wyjaśnienia dla tej krępującej sytuacji pyta nawet, czy aby nie jest on gejem.

Do tego pojawiające się od czasu do czasu żarty z powodu nadwagi Moniki, osób transpłciowych, no i dużo, dużo stereotypowego myślenia o rolach kobiet i mężczyzn. Ross jest bardzo zmartwiony, że jego syn bawi się lalkami i obwinia za ten stan rzeczy fakt, że wychowują go dwie lesbijki (pokrętna historia, nie warto).

Jak wspomniałam, te zarzuty nie bolą, bo uważam, że każdy serial o tematyce społecznej (nawet jeśli to sitcom), coś nam mówi o czasach, w których dzieje się akcja. A lata 90. to okres sprzed nastania politycznej poprawności, kiedy śmiać się można było praktycznie ze wszystkiego. Przecież nie oczekujemy od Netfliksa, by wyciął fragmenty, które są nie w smak rozmiłowanym w równości genderowej widowni…

Bo też umówmy się – te żarty nie były wulgarne, było o prostu…. Nie, nie wiem czy śmieszne, bo serial zbyt wiele razy wydawał mi się żenujący, bym mogła go uznać za śmieszny. I bardzo się cieszę, że nikt nie wpadł na pomysł nakręcenia nowych serii, bo aż strach pomyśleć, jak ci głośni i chaotyczni bohaterowie odnaleźliby się w drugiej dekadzie XXI wieku. Rachel pewnie wciąż wrzucałaby zdjęcia kolejnych stylizacji na Instagram, a Joey prowadził kanał na YouTube. Miliony ludzi oglądałyby sześcioro paplających nieustannie ludzi, którzy popijając sojowe latte (bo nie wierzę, by byli odporni na ten trend) próbują nadal być zabawni. Dalibyście radę to oglądać? Tak z ręką na sercu? Bo do pewnych rzeczy fajnie jest wracać tylko we wspomnieniach.

Martyna Kośka
Martyna Kośka
U progu dorosłości marzyła o uporządkowanym życiu i oglądaniu miasta z wysokiego piętra przeszklonego wieżowca, więc ukończyła prawo. Nie zdążyła jednak zastukać obcasami na korytarzu sądowym, bo przekonała się, że znacznie ciekawszy świat czeka na mnie gdzie indziej.
Jest dziennikarzem gospodarczym, jej analizy można przeczytać w kilku popularnych serwisach finansowych - ale po godzinach pracy praktycznie nie używa słów typu "inflacja", "nowelizacja" i "jurysdykcja krajowa", lecz pisze dużo bardziej reportażowo, życiowo.
Czyta reportaże, ogląda polskie dramaty obyczajowe, wybiera schody zamiast windy.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.