Pięć pomników rodzicielskich wpadek według Bachora

Wiadomo, że wszystko robicie źle, ale to jest najgorsze
6 minut czytania
14031
21
Madame de Bachory
Madame de Bachory
12 stycznia 2018

Zamierzam zdemaskować okrutne przewinienia beznadziejnych płodzicieli bachorów. Są to przykłady mrożące krew w żyłach, wiedzcie więc drodzy nieudacznicy, że za każde z tych srogich zdarzeń należy się waszym szatańskim pomiotom co najmniej jakaś reparacyjka albo chociaż pomniczek.

Potwory, znane także powszechnie pod nazwą dzieci, są bezlitosne i bezwzględne, jednak mało kto wie, że również ich rodzice potrafią działać w sposób wyrachowany i podły. Sami rozumiecie, nie urodzi kruk gawrona, a szatan nie wydali z siebie anielskiego pyłu.

Pomnik znikniętego obrazka

Niezależnie od stopnia nieudolności, większość rodziców zna doskonale ten stan przedziwnej konsternacji, gdy pacholęta zaczynają wyrażać się artystycznie. Nie mam tu oczywiście na myśli stwierdzeń “ożeszkur#@jakiezajeb%$&e!”, tylko chodzi o takie ten, mniej dosłowne wyrażanie się, w sensie: kartki, kredki – te klimaty.

Pierwszy haust euforii, że oto taki mały gówniak, a jednak trzyma kredkę i coś tam bazgra przez dwie godziny („O! zobacz! ten kłębek drutu z wystającym badylem to mamusia, a te dwie koślawe baryły to tatuś!”), dość szybko zostaje przytłumiony przez powódź sztuki niekonkretnej. I tak z oszczędnego w dostarczaniu efektów finalnych Vermeera przeradza się w prawdziwego potwora masowej produkcji, który w swej wydajności nie ustępuje Andy’emu Warholowi.

Niezależnie od stopnia nieudolności, większość rodziców zna doskonale ten stan przedziwnej konsternacji, gdy pacholęta zaczynają wyrażać się artystycznie

Efekt końcowy jest taki, że najsampierw dzieła trafiają do magicznego pudła z napisem “Jak kiedyś zostanie sławny, wystawimy je na aukcję i będziemy bogaci, niahahahaha”. Z czasem część prac zaczyna lądować też w tajemniczym segregatorze z naklejką “Jak kiedyś przyprowadzi do domu dziewczynę, to jej to pokażemy, aby uciekła z obłędem w oczach, niahahaha”. Ostatecznie jednak zdecydowana większość cudnych pejzaży, studiów detalu, ilustracji  o tematyce motoryzacyjnej, florystycznej, faunistycznej i bałwanistycznej zostaje schowana w bezpiecznym miejscu zwanym śmietnikiem, a następnie oddala się do bezkresnego archiwum potocznie określanego mianem wysypiska.

I WTEM!

Bachor zadaje wam to najtrudniejsze z pytań: “A gdzie ta moja prześliczna laurka z jednorożcem, którą trzy tygodnie temu dałam wam na przechowanie, ta dla babuni?”. No  i dupa. Pozostaje wam kłamać i wymuszać nowe arcydzieła. Za to wszystko, oraz za bezczeszczenie cudzego mienia należy się pomniczek.

Statua utraconej zabawki z rolki papieru toaletowego

Świat jest pełen psychopatów, którzy twierdzą, że najlepsze zabawki dzieci robią sobie samemu. Żyjemy w kraju wystarczająco bogatym, by zabawki dla dzieci mogły nam robić inne dzieci, które mieszkają tak daleko, że nie trzeba się martwić, ani mieć wyrzutów sumienia. Można tylko czasem westchnąć, że ach, och, a kiedy mój bachor znajdzie wreszcie robotę. Ja jednak nie o tym.

Są więc tacy zwyrole, najczęściej płci żeńskiej, którzy z obłędem w oczach i przerażającym uśmiechem na twarzach będą prezentowali kolejne pomysły na rewelacyjne zabawki. Któż z was nie widział pornograficznych wręcz w swej sile wymowy filmików, w których pokazane są sposoby na zrobienie autka z butelki po płynie do płukania tkanin? Kogo ominęły cudowności w postaci lampek z makaronu typu lasagne? A kto nigdy nie wypierdzielił do przepastnego schowka (tak, tego znanego jako śmietnik) tych wszystkich motylków, aniołków, mikołajków, auteczek i innych duperszwancy wykonanych na bazie nikczemnej rolki po papierze toaletowym? No kto? Jeśli są wśród was, beznadziejni, tacy śmiałkowie, którzy odważyli się zachować te wspaniałości po wsze czasy, cóż, możecie pomóc innym rodzicom we wznoszeniu ich totemów hańby.

Obelisk zeżartego słodycza

Dzieciom limitujecie. Ustalacie twarde zasady. Czekoladowe wtorki, cukierkowe soboty, godzina ostatniego chipsa i tym podobne ostateczności. Słodycze rekwirujecie szybciej, niż babcia z dziadkiem zdążą odnotować fakt, że zawsze-za-chude wnusie najukochańsze otworzyły już torebkę prezentową skrywającą fontannę cukrów z tłuszczami  trans, owiniętą w tandetne pazłotko. Zamykacie te słodycze w sekretnych szafkach, oszczędnie rozdysponowujecie zgromadzone zasoby, relokujecie zapasy tak, by zawsze być o krok przed wścibskimi łapkami nigdy nie nasyconych bestyj, a gdy już bachorzęta zasną i nadchodzi czarna godzina…

Czekoladowe wtorki, cukierkowe soboty, godzina ostatniego chipsa

Ach, któż to wyżera tę czekoladę o smaku Oreo? Kto łakomie odgryza kolejne pagórki Kinder Bueno? Kto to tak zachłannie upycha do paszczy kolejne M&M’sy i niczym pelikan łyka całymi kulami? No wy, oczywiście! Matki zwłaszcza. No to teraz pora na vendettę brutto. Obelisk trzeba wznosić. A wysokością dorównywać ma waszej pazerności, czyli raz-dwa rekonstruujcie maszt w Gąbinie.

Monument zdefraudowanego hajsu

Nie jest fajnie być dorosłym. Jeszcze bardziej niefajnie jest być dorosłym i mieć jakieś małe pasożyty na utrzymaniu. Wiecie, takie, co to się je samemu urodziło i w ogóle. Niby to szczęście wiekuiste i najcelniejszy z celów życiowych, sensu wszelkiego nadanie i tak dalej, i tak dalej, a jednak… Nie każdemu 500+ pomaga przetrwać trudne momenty, bo też nie każdy uległ  zachętom rządowym i odpowiednio pomnaża dobro i piękno zwane dziećmi.

Dlatego większość z was, beznadziejniuchy, po prostu tylko czeka, aż się nadarzy jakaś Okoliczność. Na przykład urodziny bachora, święta zmartwychwstania, czy inne komunie, a wtedy calusieńki hajsik “Daj, kochanie, ja ci przechowam, to dużo pieniążków, a ty zgubisz”. EHE, EHE. Jasne. A potem te “pieniążki” zostają wydane na jakieś pierdolety, chleby, masła, rachunek za internet, papierosy dla tatunia, antydepresanty dla mamuni… Kiedy zaś już zdefraudujecie wszystko, wasza najsłodsza fasolinka wypowie magiczne słowa:

– Możemy kupić te klocki?

– Ależ kochanie, one kosztują dużo pieniążków – odpowiecie protekcjonalnym tonem.

– Ale dostałam od babci 200 złotych, pamiętasz, masz je przecież…

Wtedy wszystkie rodzicielskie padalce dostają ataku kaszlu, po czym burczą coś o zadaniach domowych i sprzątaniu, rany, rany, gdzie moja karta płatnicza. NO WŁAŚNIE. Za takie krzywe akcje należy się co najmniej złoty Kolos z Pieniądzos albo inne monstrum przypominające o przewinach.

” Ale dostałam od babci 200 złotych, pamiętasz, masz je przecież…”

Mauzoleum wessanych klocków

Jak śpiewali starożytni górale, każde pokolenie ma własny czas, każde pokolenie chce zmienić świat, tra la la, natomiast odkąd w paczkach z UNRY zaczęto zrzucać te małe pomioty Belzebuba, każde pokolenie ma też własną Dunkierkę.

Jeśli jeszcze nie wiecie o czym mówię, to pozwólcie, że nakreślę taką piękną scenkę rodzajową. Jest już noc. Poczwary chrapią w swoich legowiskach. Kroczycie sekretnie w stronę kuchni, by ukoić zszargane nerwy majonezem, albo innymi używkami, AŻ TU NAGLE! Ożeszkur#@. Wróg na szóstej! Oberwaliście w stopę. Bez szans na wsparcie Medevacu, bez opcji na szybki zgon, bo oto dosięgła was Zemsta Duńczyka, co boli bardziej od napalmu o poranku i sieje spustoszenie większe niż pięć ajdików rozrzuconych na trasie z Bagram do Kabulu. Znaczy chodzi mi teraz konkretnie o te małe, zasrane klocuszki, co to miały być posprzątane i przecież były posprzątane, oj mamotato.

Ach tak. Jak mawiali ludzie Stalina, dajcie mi Lego, a człowiek sam się przyzna do winy. No bo kto nie wdepnął w Lego ni razu, ten nie zna stanu rodzicielskiego i nie ma prawa nazywać się matką (i “ojcę”. oj, oj).

Jest jednak pewna sekretna broń, której skutki rażenia potrafią zapierać dech w piersiach. Zwłaszcza młodych. Nazywamy ją odkurzaczem. I czasem, gdy jest nam smutno i źle, a w koło leżą porozsypywane klocki-pułapki (z tych już niby posprzątanych), odpalamy narzędzie szatana płosząc wszystkie koty, wrony i mężczyzn o słabych nerwach i… Ojejku, coś się wessało. CO TO MOGŁO BYĆ? (szaleńczy śmiech). No dobrze. To jest wasz czas, wsysacie sobie te klocuszki. Podśpiewujecie. Jest super, jest super.

Potem zaś następuje czas zapłaty, a brzmi on: “Mamomamomamo/ tatotatotato, nie mogę znaleźć mojego zielonego kryształka z zestawu Lego Zesrago! Bez niego już nigdy nie pójdę do szkoły! A gdzie jest ta czerwona skrzyneczka z Legosrensów? Bez niej moje życie  nie ma sensu”.

No i co teraz? No nic. Plujecie sobie w brodę, palicie głupa, udajecie poszukiwania godne zaginięcia Mony Lizy, po czym siadacie późną nocą z wiadrem majonezu i kilkoma plasterkami boczku, by oddać hołd wszystkim poległym na polu walki klockom, haniebnie wessanym przez wasze machiny zła, wziętym z zaskoczenia, pokonanym i spoczywającym gdzieś w zakłaczonych trzewiach Lewiatana 2500. No mauzoleum jak nic. Najlepiej gdzieś w widocznym punkcie, żeby wszystkie bachory w okolicy wiedziały, jak bardzo jesteście beznadziejni.

Madame de Bachory
Madame de Bachory
Detoks lukrowy, odczulanie na fasolinki, pierwsza pomoc w beznadziejnym rodzicielstwie - to moje motto, a referencje? Kobieta stara, przemądrzała i dość intensywnie doświadczana przez bachory (wiek różny). Jeśli nasuwa Wam to skojarzenie z legendarnym magazynem dla beznadziejnych rodziców "BACHOR", to niech nasuwa dalej.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Cokolwiek zrobisz – będzie źle. Rzecz o rodzicielskim poczuciu winy

Jeśli jesteś rodzicem, znasz poczucie winy bardzo dobrze. Co byś nie zrobił, zawsze masz sobie coś do zarzucenia. To normalne, wszyscy tak mamy, więc odetchnij, rozluźnij ramiona – wszystko robisz dobrze.
Luca
Luca
27 listopada 2017
CZYTAJ WIĘCEJ