POLexit – czy Polska opuści Unię Europejską?

10 minut czytania
370
0

Od czasu, gdy Komisja Europejska prowadzi swój „dialog” z Polską, w debacie publicznej pojawiły się głosy mówiące o POLexicie. Czy Polska rzeczywiście szykuje się do wyjścia ze Wspólnoty? Może to Komisja Europejska chce nas wypchnąć z Unii?

Na początku wypada mi przeprosić Czytelnika. Oczywiście nie odpowiem na postawione powyżej pytania. Moje zdolności przewidywania przyszłości są w powijakach i nic nie zapowiada aby cokolwiek, co przepowiem, miało się spełnić. W artykule chciałbym po prostu spojrzeć na sprawę ewentualnego POLexitu z kilku perspektyw i odkłamać parę stwierdzeń, które pojawiają się w debacie publicznej na ten temat. Zatem, do rzeczy!

Rozmowa o POLexicie, choć na razie nie jest brana zbyt poważnie, pojawia się w polskich życiu publicznym. Jedni twierdzą, że taki jest ukryty cel działań pana Jarosława Kaczyńskiego. Tu już można pójść na intelektualną łatwiznę i samemu wymyślić ciąg dalszy: chodzi o to, aby stworzyć w Polsce narodowo-katolicką dyktaturę, której jedynym władcą będzie „dyktator z Żoliborza”.

Inni przeciwnie: mówią, że to Unia chce się pozbyć Polski, ponieważ, jak to Polacy mają w zwyczaju, ciągle się stawia i nie chce się podporządkować. Zwolennicy takiej wersji wydarzeń dodają, że zaoszczędzone w ten sposób pieniądze, reszta Wspólnoty zamierza wydać na imigrantów.

Czy Polska rzeczywiście szykuje się do wyjścia ze Wspólnoty? Może to Komisja Europejska chce nas wypchnąć z Unii?

Wojna narracji

W moim przekonaniu obie wersje są równie głupie. Platforma Obywatelska i Nowoczesna oraz szeroka gama ich medialnych „wrzeszczących staruszków” wymyśliła sobie, że PiS świadomie prowadzi Polskę do opuszczenia Unii. Chodzi o to, aby mieć w ręku kolejny straszak na Polaków, którzy są w końcu najbardziej prounijnym narodem UE. Taka narracja ma uratować spadające słupki poparcia i dokopać PiS. Zagrywka jak każda inna, nie ma się co przejmować. W dodatku, zamiast zajmować się merytorycznie polityką, można dalej bawić się (zabawa trwa od wyborów w 2005 roku) w „odsuwanie PiS od władzy”.

I odwrotnie: propisowska medialna rada mędrców, mówi, że (a jakże!) to Unia na nas czyha, chce nas pozbawić należnych nam pieniędzy i wypycha nas ze Wspólnoty, aby bez żadnej przeszkody panować nad pozbawioną przywództwa Europą Wschodnią i Środkową. Złamanie Polski to krok konieczny, ale również milowy w podporządkowywaniu sobie „nowej Unii”. Dyktatura Berlina rośnie w siłę, a Polska jest ostatnim bastionem racjonalności w upadającej pod liberalnym butem Europie. Też głupio, ale przynajmniej patetycznie.

Taki przekaz trafia do wielu, zwłaszcza że Polacy kochają występować z pozycji słabszego przeciwko silniejszemu. Przy okazji zahacza to trochę o ideologię „Chrystusa narodów”, który walczy o wolność nie tylko swoją, ale połowy kontynentu.

Sądy, głupcze!

Nasza prounijność jest właśnie wystawiana na próbę. Do tej pory Unia kojarzyła nam się z łatwą kasą, otwartymi granicami oraz przerośniętą biurokracją. Te skojarzenia mogą niedługo odejść do Pana, bo wojna Komisji z PiS-em (lub PiS-u z Komisją) to temat niezwykle medialny.

Wydaje mi się jednak, że przeciwnicy pana Kaczyńskiego trochę przeszarżowali. Uruchomienie artykuły 7 przeciwko Polsce, o ile w ogóle do niego dojdzie, raczej zakończy się wielką klęską Unii, na co zwracali również uwagę niemieccy komentatorzy, apelując do Angeli Merkel, żeby powstrzymała panów Timmermansa i Junckera. Nie chodzi tu tylko o to, że Komisja może mieć problemy z uzbieraniem większości 22 państw w Radzie Europy, żeby przegłosować wprowadzenie artykułu. Próba karania Polski skończyć się może tym, że przekorne polactwo stanie raczej za Kaczyńskim w obronie Polski, niż przeciwko niemu ramie w ramię z europejskimi biurokratami. Mokry sen Platformy może się przemienić w jej najgorszy koszmar, gwarantując PiS-owi kolejną kadencję i spychając nas, siłą rzeczy, w narrację antyunijną, której daleką konsekwencją może być wyjście z Unii.

Jednak nie dokona się to rękami PiS-u, a raczej formacji bardziej prawicowej, która pojawi się, gdy partia pana Kaczyńskiego straci władzę.

Swoją drogą, już widzę jak szefowie państw członkowskich z radością, unijnym hymnem na ustach oraz beztroską podpisują się pod rolą jaką Komisja sobie uzurpuje, kosztem własnej władzy i interesów swoich państw. Procedura ma niewielką szansę na realizację i to nie z uwagi na miłość do Polski. Właściwie wszystkie państwa toczą jakieś spory z Komisją Europejską. Dlaczego miałyby pozwolić KE poniewierać Polską, skoro za chwilę na wokandzie, może znaleźć się ich kraj? Oczywiście, siła polityczna Niemiec nie jest tu bez znaczenia, ale wydaje się, że i ona ma swoje granice.

Na marginesie, warto zwrócić uwagę, że ci, którzy przekonują, że centralizacja władzy w Polsce jest zła i że urzędnik z Warszawy nie powinien decydować o kształcie rzeczywistości w Kostrzynie Wielkopolskim (moim skromnym zdaniem bardzo słusznie), jednocześnie głoszą, że przez nikogo niewybrany urzędnik z Brukseli wie lepiej, jak powinno wyglądać sądownictwo w Polsce. Za cholerę nie da się tego ani połączyć, ani zrozumieć.

W sprawę wdarło się sporo emocji, więc trzeba dodać, że niezależnie jak wiele szat będzie rozdzierać pan Timmermans, kwestia sądownictwa należy tylko i wyłącznie do państwa członkowskiego. Komisja ma w tej sprawie tyle do powiedzenia, ile pan Kaczyński na temat marihuany i konopi – czyli nic. Tak mówią europejskie traktaty, choć Traktat Lizboński jest na tyle niejasny, że pozostawia Komisji furtkę. Chodzi o „niszczenie fundamentów Unii”, jakimi są demokracja oraz państwo prawa.

I tu doszło do bardzo dziwnej sytuacji. Demokratycznie wybrany rząd, cieszący się sporym (jeśli nie ogromnym) poparciem społecznym, jest stawiany pod pręgierzem przez ludzi, na których nikt nie głosował. Swoje stanowiska, podobnie jak nasz rodzimy pan Donaldinho, otrzymali w efekcie układów między państwami i politycznych umów. Niby nie ma w tym nic złego, ale jednak trochę głupio wyszło.

Ci straszni imigranci

No tak, ale główną sprawą jest przecież kwestia imigrantów i polskiego sprzeciwu przeciwko przyjmowaniu ich do kraju. Rząd Ewy Kopacz zgodził się na relokację uchodźców do Polski, łamiąc solidarność Grupy Wyszechradzkiej. Dopiero rząd Beaty Szydło wycofał się z tej decyzji. Unia ma w ręku ten argument, że przecież sami chcieliśmy, więc czemu teraz robimy problemy? Czy w Polsce nie obowiązuje ciągłość władzy?

Przy okazji tej sprawy, politycy opozycyjni często mówią, że to rządowa propaganda przekonała Polaków do strachu wobec imigrantów. Podobnie było już wcześniej – zwłaszcza przed wyborami w 2015 roku. Zarówno Bronisław Komorowski oraz Ewa Kopacz przekonywali wszystkich, że trwa festiwal nienawiści wobec władzy. Pan Komorowski skarżył się na nieprzychylne media, a pani premier informowała, że „chyba ktoś przełożył wajchę” (z czego wynika, że wcześniej była w odpowiedniej pozycji) i teraz PO jest brutalnie atakowane, przez co ludzie się od niej odwracają. Wiadomo oczywiście, kto dokonał tej „zmiany wajchy” – zły Jarosław Kaczyński. Przypomnijmy, że działo się to w czasach, nie tak odległych, gdy wszystkie media, od TVP po TVN, wylewały dziennie tony pomyj na PiS i stawały na głowie, by pokazać cokolwiek pozytywnego na temat władzy. Wtedy nie było KOD, a i Obywatele RP byli zadowoleni ze stanu demokracji i kondycji „niezależnych” mediów. Dla uczciwości trzeba wspomnieć, że w 2007 roku również PiS mówiło, że przegrało przez media.

Czy pójdziemy w ślady odważnych?

Kłamstwa, zwidy i internet

Ludziom Platformy Obywatelskiej wydaje się zupełnie niemożliwe, że Polacy nie są tacy głupi, jak im się wydaje, że są. Podobnie, wydaje im się, że pan Kaczyński jednym ruchem ręki jest w stanie zmienić nastawienie milionów Polaków. Oba twierdzenia są tak prawdziwe, jak prawdziwa była przyjaźń polsko-radziecka.

Nie, Polacy mają dostęp do internetu, gdzie każde kłamstwo TVP, TVN, Gazety Wyborczej lub Polskiej, są w stanie sprawdzić w ciągu kilku sekund. To właśnie tam dowiedzieliśmy się o tym, co wyrabiają na Zachodzie bracia muzułmanie i nie chodzi mi o zamachy terrorystyczne. Jak tak sobie człowiek popatrzy, potem spojrzy na córkę lub żonę i pomyśli, że różne rzeczy mogą ją spotkać, to mu się otwartości na nie zawsze bezpiecznych przybyszów odechciewa. Żadna to propaganda, wajcha lub diabelska potęga Naczelnika.

Zupełnie inaczej ma się rzecz z Ukraińcami. W Poznaniu, gdzie mieszkam, na większości sklepów wywieszone są informacje po ukraińsku, w wielu z nich zresztą Ukraińcy już pracują i mieszkają między nami. Nie słyszałem, żeby ktokolwiek protestował, oprócz pana Tyszki, ale to inna bajka. Jak powszechnie wiadomo, Ukraińcy przyjeżdżają pracować, sporo piją i nie stwarzają problemów – trochę jak my na Zachodzie.

Za to nas nie wyrzucą

Wracając do sedna – nieprzyjmowanie imigrantów, ta sprawa również leży w gestii partia członkowskiego – to nie powód, aby wyrzucano nas z Unii. Problem w tym, że podjęliśmy wspólnie decyzję, a Polska zdecydowała się wyłamać i teraz nie chce przyjąć nawet jednej osoby. Co ciekawe, nikt w całej Unii (poza Maltą) nie przyjął wymaganej liczby imigrantów. Biedniejsze kraje Wschodu, które mają spore problemy w zapewnieniu podstawowego bytu swoim obywatelom, w tym Polska, musiałyby znaleźć pieniądze, by zapewnić taki byt przyjezdnym. To nie może być popularna decyzja dla żadnego premiera.

Tak czy inaczej – Polskę czekają ustępstwa w tej sprawie, czy to się PiS-owi podoba, czy nie. Pewnie premier Morawiecki nie zgodzi się na przyjęcie kogokolwiek, ale w ten czy inny sposób, będziemy musieli za to zapłacić. Wątpliwe jest jednak, aby ta sprawa miała nas wyprowadzić z Unii. Choć warto pamiętać, że Polska to kraj ludzi przekornych – jeśli będą nas zbyt długo nagabywać, różnie to się może skończyć.

Siła mierzona w klientach

Polska oraz cała Grupa Wyszechradzka, są pierwszym partnerem handlowym Niemiec. Nasi zachodni sąsiedzi handlują więcej z nami niż z Francją czy Rosją. Stąd dobra decyzja PiS-u, by Grupa dalej się integrowała i mówiła wspólnym głosem. Żadne, sensownie myślące państwo, nie narazi swojego dobrobytu w imię niejasnych kryteriów oraz fanaberii tego lub innego polityka. Sprawa dotyczy ponad 200 miliardów euro rocznie. Dla porównania: Polska rocznie „otrzymuje” z Unii około 10 miliardów netto.

No właśnie – wcale nie otrzymuje, bo to implikuje, że ktoś z dobrej woli postanowił ot tak, dać nam jakieś pieniądze. Kasa z Unii to „wyrównanie” za otworzenie rynku na zachodnie towary, w większej części niemieckie. Tymi 10 miliardami netto nikt nam łaski nie robi, te pieniądze nam się należą. Nie jest winą Zachodu, że oportunistyczni politycy postanowili te pieniądze wykorzystać na błyskotki i świecidełka, zamiast na rozwój Polski. Dzięki temu udało im się utrzymać u władzy dwie kadencje, a nawet zdobyć lukratywną pozycję w samej Unii. Problem w tym, że na aqua parkach i tym podobnych Polska wiele nie zyskała.

Wróćmy jednak do tematu – sama Polska to duży, 40-milionowy rynek, rozpędzona gospodarka, coraz lepiej oceniana na świecie. Takie są fakty. Ewentualne sankcje nałożone na Polskę, poza wspomnianym wcześniej efektem konsolidacji wymierzonej w Unię, uderzą również w… Niemcy. Ocenia się, że każde euro wydane w Polsce to 0,85 euro centów (według różnych szacunków jest to od 0,81 do 0,87), które wracają do Niemiec. W dodatku Gunther Oettinger, niemiecki komisarz EU, mówi otwarcie, że nie można zmniejszyć dotacji dla Polski, bo te pieniądze idą do niemieckich firm: „Z ekonomicznego punktu widzenia Niemcy wcale nie są płatnikiem netto, a beneficjentem netto”. To jest najlepszy argument za tym, że Polska może spać spokojnie, bo Berlin nie pozwoli przecież skrzywdzić samego siebie.

To zresztą działa w dwie strony – pierwszym kierunkiem, w którym eksportujemy swoje towary, są Niemcy i szerzej Unia Europejska. Wyjście z Unii byłoby dla Polski o wiele trudniejsze niż dla Wielkiej Brytanii. Niezależnie jak interpretujemy polski interes narodowy – wyjście z Unii do niego nie należy. Wręcz przeciwnie – pozostanie w Unii powinno być naszym głównym celem.

Polska rocznie „otrzymuje” z Unii około 10 miliardów netto.

To co się właściwie wydarzyło?

W Unii ścierają się dwie wizje jej przyszłego rozwoju. Jedna z nich, promowana przez Komisję Europejską, to jednolite państwo europejskie, Stany Zjednoczone Europy z centralnym rządem i instytucjami oraz walutą. Druga wizja, reprezentowana przez Polskę i podzielana w dużej mierze przez państwa Środkowej i Wschodniej Europy, to wizja Europy ojczyzn. W tej wizji Komisja Europejska ma dbać nad wspólnym i otwartym rynkiem (co niespecjalnie jej wychodzi, czego przykładem dyrektywa o pracownikach delegowanych wprowadzająca wewnętrzne bariery), pilnować równości szans wszystkich państw oraz decydować o przydziale unijnych środków w zgodzie z decyzjami Rady Europy. Wojna między Polską a KE to nic innego jak starcie obu tych koncepcji. Do tej pory KE walczyła głównie z Wielką Brytanią (nazywaną „wielkim hamulcowym”), ale ta stwierdziła, że ma dość i wyszła z UE. Polska, po zmianie władzy, przejęła schedę po Londynie i stąd konflikt.

Problem w tym, że KE chce działać metodą faktów dokonanych, czyli uzurpować sobie władzę, której z legalistycznego punktu widzenia (jakby jakiś inny się liczył) nie ma. Polska pod rządami PiS zachowuje się jak słoń w składzie porcelany i kompletnie Komisję ignoruje – to musiało się skończyć furią unijnych komisarzy i bezsprzecznie jest porażką rządu. Nie tędy droga.

Czy dojdzie do POLexitu? Raczej nie. Czy na Polskę zostaną nałożone sankcje finansowe? Na pewno nie. Czy walka, starcie idei, będzie trwała? Z pewnością. Czy mamy się czym przejmować? Nie, po prostu wziąć popcorn, rozsiąść się i oglądać operę mydlaną z pewnością ciekawszą niż „Korona Królów”.

Jakub Napoleon Gajdziński
Jakub Napoleon Gajdziński
Rocznik 87, absolwent politologii, historii i dziennikarstwa. Dużo podróżuje, kocha koty i dobre piwo. Tego ostatniego nigdy nie odmawia.
AUTOR

Polecamy

Komentarze