Polska tu i teraz, widziana oczami laureatów Paszportów Polityki

Komentarz po gali wręczenia nagród
6 minut czytania
121
0
Robert Skowroński
Robert Skowroński
11 stycznia 2018

Z desek Teatru Wielkiego mówiono w nawiązaniu do bieżących wydarzeń, że “rząd nominuje ministrów, a my artystów”. I chyba faktycznie, Polityka, rzecz jasna ta do poczytania, nie do toczenia jadu, wypadła w kwestii trafnych wyborów lepiej.

Paszporty Polityki przyznawane są już od ćwierćwiecza. Tym razem wydarzenie połączone było z obchodami 100-lecia istnienia ZAiKS-u, instytucji, która jak podkreślano ze sceny, jest niezwykle ważna dla polskiej kultury. Z tej okazji laureaci Paszportów odbierali nagrody z rąk twórców, którzy zostali wyróżnieni przez Stowarzyszenie Autorów za całokształt swoich artystycznych dokonań. Kim są ci, którzy zawojowali rodzimą kulturę w minionym roku? A co ważniejsze, czy łączy ich jakiś wspólny mianownik, który pozwala wyczuć, co jest ważne i nośne obecnie w Polsce?

Jasny dzień dla kina

W kategorii “Film” Paszporty w roku 2016 były dużo bardziej przewidywalne. Wtedy “Ostatnia rodzina” Jana P. Matuszyńskiego wzięła szturmem kina i serca widzów. Przy tegorocznej edycji wynik nie wydawał się już taki oczywisty. Każdy z nominowanych filmów narobił przecież niemałego zamieszania na ostatnim Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Główną nagrodę odebrał tam Piotr Domalewski za “Cichą noc”, ale głośno komentowano także debiuty Pawła Maślony (“Atak paniki”) oraz Jagody Szelc (“Wieża. Jasny dzień”). Dzieła skrajnie od siebie różne jeżeli chodzi o zakres użytych środków czy przynależność gatunkową, ale mające ze sobą wspólne to, że próbowały uchwycić dzisiejszą Polskę w skali mikro.

„Atak Paniki” (fot. Akson Studio)

Faworytem (przynajmniej według mnie) wydawała się “Cicha noc”, obraz już nagradzany, mający w sobie elementy kina Wojtka Smarzowskiego czy rumuńskiej “Sieranevady”, piętnujący nasze małe grzeszki i słabości. Film wybitny, choć nie tak oryginalny jak “Wieża. Jasny dzień”, czyli tegoroczny laureat Paszportów Polityki. Dzieło Jagody Szelc zostało nagrodzone za “niezależność, świeżość spojrzenia i artystyczną konsekwencję”. Faktycznie, jest to obraz brawurowy, rzecz, której polskie kino nie widziało od dłuższego czasu. W onirycznej poetyce miesza się tu ze sobą psychodrama, kino filozoficzne i… horror. Skojarzenia z dokonaniami Larsa von Triera (do inspiracji twórczością Duńczyka Szelc się zresztą jawnie przyznaje) są w pełni na miejscu, ale “Wieża. Jasny dzień” to i tak jakość oraz klasa same w sobie.

“Dobrze, że literatura istnieje”

Wręczający nagrodę w kategorii “Literatura” Wiesław Myśliwski przyznał, że największym sukcesem tej dziedziny sztuki jest to, że wciąż żyje skoro poziom czytelnictwa w Polsce jest tak niski. A jest przecież czym nasycić duszę. Nominowani w tym roku byli Anna Cieplak za „Lata powyżej zera”, Paweł Sołtys, w świecie muzyki znany jako Pablopavo, za “Mikrotyki”, a także Marcin Wicha za “Rzeczy, których nie wyrzuciłem”. To właśnie ostatniego z wymienionych postanowiono “nie wyrzucać”, przyznając mu nagrodę.

Autor w swoim dziele stworzył osobisty esej o zmarłej matce. Całość została opowiedziana przez pryzmat pozostawionych przez nią rzeczy, wśród których znajdują się książki, zbiory mówiące o tym kim chcielibyśmy być. “Rzeczy, których nie wyrzuciłem” w pewien sposób rymują się z obrazem Jagody Szelc, gdyż i książka Wichy stanowi podróż, w której dowiadujemy się kim jesteśmy jako ludzie, ale też jako Polacy. Książka, jak już zostało wspomniane, osobista, ale przecież w takim samym stopniu uniwersalna, a przy tym dogłębnie poruszająca.

Okładka książki Marcina Wichy

Filmem w sztukę

25. gala Paszportów Polityki orbitowała wokół X Muzy. Przykładowo w kategorii “Teatr” nagrodę (w końcu, bo to już jego czwarta nominacja) odebrał Michał Borczuch, który przecież tak chętnie sięga w swojej twórczości po techniki znane z kina. Zresztą sam zainteresowany na wydarzeniu nie mógł być obecny, gdyż w tym czasie znajdował się właśnie na planie filmowym. Doceniono go za realizacje z ostatnich dwóch lat, czyli „Wszystko o mojej matce”, „Zew Cthulhu” na motywach prozy H.P. Lovecrafta, oraz „Moją walkę”, adaptację autobiograficznej powieści Karla Ove Knausgårda.

Także “Photon” Normana Leto, zwycięzca w kategorii “Sztuki wizualne”, to rzecz łącząca w sobie różne dziedziny – video art, program naukowy i film. Dzieło z rolą Andrzeja Chyry mogłoby znaleźć miejsce zarówno w galeryjnej przestrzeni, jak i na ekranach kin – zawędrowało na drugie z wymienionych. W “Photonie” udała się rzecz niezwykła, oto wymykające się optyce prawa biologii i fizyki kwantowej zostały ubrane w obrazy. “Photon” poprzez swoją awangardowość nie jest łatwy w odbiorze, daleko mu do popularnonaukowych programów z anteny Discovery Channel. To hipnotyczna podróż przez świat nauki opowiedziana poprzez intrygujące graficznie animacje, gdzie z czasem wkraczają też wątki z pogranicza antropologii, filozofii i psychologii. Geneza wszechświata ujęta w 107 minutach.

Zaledwie drugi raz w historii przyznano Paszport za kulturę cyfrową. A ten wręczono tym, którzy zadali pytanie o to jak będzie wyglądała V Rzeczpospolita Polska? Krakowiacy z Bloober Team odpowiedzialni za grę „Observer” przedstawili mroczną, dystopijną wizję stolicy małopolski, w którym cyberpunk miesza się z rodzimym socrealizmem. To kolejny tytuł, na który silny wpływ miała popkultura z naciskiem na komiks i film. Observer to jak przeniesienie na polskie poletko “Blade Runnera” Ridleya Scotta. Inspiracji, wpływów i bodźców można by było z pewnością szukać jeszcze wiele, by wspomnieć tylko tak ikoniczną rzecz jak “Ghost in the Shell”, ale Bloober Team poprzez „Observera” z miejsca awansował do pierwszej ligi twórców elektronicznej rozrywki. No właśnie, czy tylko rozrywki? Zasłużona nagroda.

Poważnie i haniebnie

Śpiewaczka operowa i sopranistka – Joanna Freszel. To ona triumfowała w kategorii “Muzyka poważna” wygrywając z Piotrem Sałajczykiem i Arturem Zagajewskim. Nagrodzono ją za “wszechstronność, kreatywność, precyzję, sceniczny wdzięk i swobodę śpiewania w najrozmaitszych stylach muzycznych”. Tego wieczoru dla Freszel zatoczyło się pewne koło. Jak przyznała, na deskach Teatru Wielkiego stawiała swoje pierwsze kroki, a teraz po latach stoi tu ponownie, ale z jedną z najważniejszych nagród kulturalnych w Polsce.

Punk w 1937 roku? Kto to słyszał? Usłyszała z pewnością redakcja Polityki nagradzając zespół Hańba!. Gdyby grupa Dezerter wymieniła wzmacniacze i gitary na instrumenty akustyczne, w tym też te znane z zasobów ulicznych kapel okresu międzywojnia, to niewykluczone, że otrzymalibyśmy repertuar jaki wykonuje triumfator w kategorii “Muzyka popularna”. Hańba! w swoim punk-folku stawia duży nacisk na warstwę liryczną, ta zaś nie pozbawiona jest kontekstu społeczno-politycznego. Bojowe teksty odbrązawiające dwudziestolecie międzywojenne, które w ogólnej narracji jest błędnie nazywane czasem pokoju i dobrobytu, połączone są z żywiołowością i surowością muzyki popadającej w klezmerską estetykę. Kiedyś w podobne tony uderzał zespół Lao Che na “Powstaniu Warszawskim” jednak przy użyciu innych środków i dotykając innych czasów. Na “Będą bić” warstwę liryczną stanowią wiersze autorów takich jak Tuwim, Broniewski, Szenwald czy Pasternak, które (niestety) zachowały swoją aktualność, gdyż można je odnieść do dzisiejszych realiów.

Hańba! sięga do przeszłości, aby zrozumieć polskie tu i teraz. Te słowa można odnieść też do wielu spośród tegorocznych laureatów. W świecie napięć poszukują w kulturze tożsamości i próbują zdiagnozować rzeczywistość. Nie jest to łatwy moment dla polskiej kultury (czy kiedykolwiek taki istniał?), ale ta wciąż stoi silna.

Robert Skowroński
Robert Skowroński
Krytyk filmowy i muzyczny związany niegdyś lub wciąż związany z... długo by wymieniać. Ponadto amator kawy i urban exploringu, który już chyba na zawsze pozostanie niespełnionym perkusistą. Prowadzi profil Trochę kultury.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Jerzy Górski: „Najpierw byłem szmatą, potem zostałem mistrzem”

Jerzy Górski jest żywym przykładem na to, że nie ma takiego dna, od którego nie można się odbić. Ponad 14 lat żył na haju, a lekarze nie dawali mu szans na przeżycie. On jednak zaczął uprawiać sport i został mistrzem świata w podwójnym triatlonie.
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
11 listopada 2017
CZYTAJ WIĘCEJ