Przed nim nie było niczego. Elvis Presley pozostaje królem rock’n’rolla

Elvis has never left the building!
6 minut czytania
285
0
Elvis Strzelecki
Elvis Strzelecki
16 stycznia 2018

Nie jestem królem. Jezus Chrystus jest królem. Ja jestem  tylko wokalistą – powiedział przed śmiercią Elvis Aaron Presley, jeden z najważniejszych piosenkarzy XX wieku. Ponieważ niedawno minęła kolejna rocznica jego narodzin, uczcijmy jego pamięć.

Elvis Presley był prawdopodobnie jednym z pierwszych artystów muzyki popularnej, który połączył światy czarnoskórych i białych, konserwatystów i liberałów, grzecznych chłopców i buntowników. Gdyby żył, 8 stycznia skończyłby 83 lata.

Ikona popkultury

Elvis był gigantem i inspirował każdego w tym biznesie – powiedział kiedyś Isaac Hayes. Inny posiadacz głębokiego głosu, Barry White, będąc w więzieniu usłyszał piosenkę Presleya „It’s Now Or Never” i jak głosi legenda, postanowił po wyjściu na wolność zająć się na poważnie muzyką. John Lennon z kolei rzekł kiedyś, że „przed Elvisem nie było niczego”. Trudno się z tymi słowami nie zgodzić, wszak przed tym urodzonym w Tupelo posiadaczem charakterystycznego barytonu nie było nikogo, kto tak swobodnie potrafiłby łączyć odległe światy muzyczne Afroamerykanów i białych. W utworach Elvisa słychać było bowiem elementy gospel, bluesa, country, rock’n’rolla oraz muzyki popularnej. Dodatkowo tego młodzieńca wyróżniały charakterystyczne ruchy sceniczne, stroje oraz fryzura. Tak właśnie narodził się nowy symbol popkultury, ulubieniec Ameryki – Elvis Presley.

Przyszedł na świat równe 12 lat przed Davidem Bowiem, 8 stycznia 1935 roku. Jako młody chłopak udzielał się w kościelnym chórze, a jego idolami byli wówczas tacy artyści, jak Mississippi Slim czy Jake Hess. W wieku 13 lat przeniósł się wraz z rodzicami do Memphis. To tam usłyszał od nauczyciela muzyki, że nie ma talentu (następnego dnia, Elvis zaśpiewał w szkole piosenkę „Keep Them Cold Icy Fingers Off Me”, by pokazać nauczycielowi, że niesprawiedliwie go ocenił). Tam też w 1954 roku, w studiu należącej do Sama Phillipsa wytwórni Sun Records zarejestrował swoją wersję utworu Arthura Crudupa „That’s All Right (Mama)”. Był to strzał w dziesiątkę! Kawałek stał się hitem lokalnej rozgłośni, a po pewnym czasie obiecującego wokalistę dostrzegł „Pułkownik” Tom Parker, dzięki któremu podpisał on kontrakt z wytwórnią RCA.

Wtedy też rozpoczął się dla Elvisa bardzo płodny okres. Lansował przebój za przebojem (pierwszy wielki hit Presleya to „Heartbreak Hotel”), występował w takich filmach, jak m.in. „Kochaj mnie czule” czy „Król Kreol”, a przede wszystkim uwodził na scenie. Zmysłowy śpiew i ruchy biodrami podobały się kobietom, które oszalały na punkcie gwiazdora. Zachowanie artysty stało się synonimem młodzieńczego buntu, co nie było jednak na rękę konserwatywnym kaznodziejom, zarzucającym Elvisowi deprawowanie młodzieży. Wywodzący się z zielonoświątkowego środowiska muzyk, dla którego wiara w Boga była ważną częścią życia, nie czuł się z tym komfortowo. Kiedy więc w 1958 roku otrzymał powołanie do wojska, nie wahał się ani chwili. Zarówno on sam, jak i jego manager wiedzieli, że może w ten sposób zaskarbić sobie sympatię konserwatywnej części amerykańskiego społeczeństwa. Poza tym Presley, jak na typowego mieszkańca Południa przystało, odebrał solidne wychowanie patriotyczne. Traktował więc całą sytuację niczym dar od losu.

W wojsku Elvis cieszył się sporymi przywilejami u przełożonych. Po krótkim pobycie w koszarach na terenie miasteczka Friedberg, przeniósł się do hotelu w Bad Nauheim, gdzie dołączyli do niego najbliżsi. Wraz z babcią oraz ojcem (matka zmarła w sierpniu 1958 roku na zapalenie wątroby) wynajęli nawet dom, a Elvis spędzał wolny czas w towarzystwie pięknych kobiet oraz przyjaciół. To właśnie będąc w Niemczech poznał swoją przyszłą żonę, Priscillę Ann Beaulieu (wzięli ślub w maju 1967 roku w Las Vegas, a w lutym 1968 przyszła na świat ich córka, Lisa Marie). Warto również dodać, że swoje wynagrodzenie z armii artysta oddawał na cele charytatywne, a baza wojskowa, w której przebywał dzięki niemu wzbogaciła się o dodatkowe mundury oraz telewizory.

Po powrocie do Stanów Zjednoczonych, z powodzeniem kontynuował swoją karierę. Wystąpił w kolejnych filmach (m.in. w „Błękitnych Hawajach”, „Zabawie w Acapulco” i „Wielkich kłopotach”), nagrywał nowe utwory („Suspicious Minds”, „In The Ghetto”, „Don’t Cry Daddy”) i albumy, a jego koncerty przyciągały ogromną publiczność. Nie był już co prawda uroczym buntownikiem, ale i tak udało mu się podtrzymać popularność w czasach Dylana, Stonesów i Beatlesów. Elvisa wyróżniono też trzema nagrodami Grammy – za albumy utrzymane w stylistyce gospel – „How Great Thou Art” i „He Touched Me” oraz za wykonanie na żywo utworu „How Great Thou Art” 20 marca 1974 roku w Memphis. Za wybitny wkład w muzykę popularną otrzymał również Grammy Lifetime Achievement Award (1971 r.).

Upadek i śmierć „Króla”

Choć koncertował i tworzył muzykę do końca swoich dni, to ostatnie lata jego życia nie były usłane różami. Po rozwodzie z Priscillą w 1973 roku, przybrał na wadze, uzależnił się od leków oraz narkotyków. Na koncertach często bełkotał, kładł się na scenie. Stał się parodią samego siebie. Obecność kochanek i przyjaciół, których obdarowywał drogimi prezentami nie zastąpiła mu szczerego wsparcia oraz bliskości. Czas wolny spędzał na oglądaniu swoich dawnych występów oraz skeczy Monty Pythona. Z trudem opuszczał łóżko, a pod prysznicem stawiano mu fotel.

Artysta zmarł 16 sierpnia 1977 roku w swojej posiadłości Graceland. Mimo, iż za oficjalną przyczynę śmierci 42-letniego gwiazdora uznano rozległy zawał serca, osobisty lekarz Elvisa ma na ten temat inne zdanie:

–  Po śmierci Elvisa Presleya, mieliśmy wątpliwości, co do jej przyczyn. Prowadziłem w związku z tym badania i skonsultowałem się z wieloma niezależnymi kolegami po fachu, zajmującymi się zaparciami i ich następstwami. Dopiero wyniki sekcji zwłok pokazały, jak poważna była dolegliwość chronicznego zatwardzenia, na jaką cierpiał Elvis. Sądziliśmy, iż był to efekt uboczny lekarstw na bóle kręgosłupa i na bezsenność – powiedział lekarz w wywiadzie dla Foxnews.com.

Bez względu na to, co mówi się o śmierci Presleya i jego życiu prywatnym, pozostaje on niekwestionowaną legendą muzyki popularnej i rock’n’rolla. Elvis był człowiekiem, który stawiał na różnorodność, łącząc gatunki, a co za tym idzie również ludzi. To on utorował drogę przyszłym gwiazdom popu pokroju Michaela Jacksona (był mężem jego córki w latach 1994-1996, przyp. red.). Był buntownikiem, patriotą, symbolem seksu, ikoną popkultury i osobowością, której nie dało się podrobić. Choć nie ma go już z nami prawie 41 lat, jego posiadłość jest ciągle oblegana przez wiernych fanów, a muzyka, którą tworzył przekazywana kolejnym pokoleniom słuchaczy.

Elvis przybyszem z kosmosu?

Wokół „Króla Rock’n’Rolla” narosło wiele mitów, które jednych bawią, a drugim spędzają sen z powiek. Dobrym przykładem jest tutaj teoria dotycząca relacji Presleya z kosmitami. Według najbardziej szalonych fanów, wokalista był reprezentantem obcej cywilizacji, który przybył na ziemię ze specjalną misją i tak naprawdę nigdy nie umarł, tylko powrócił do swoich. Można by zbyć to śmiechem, gdyby nie fakt, iż życiu gwiazdora towarzyszyło wiele tajemniczych zjawisk. Wszystko miało rozpocząć się 8 stycznia 1935 roku, w dniu narodzin artysty. Według relacji jego ojca, Vernona, którą przytoczył kiedyś Larry Geller – przyjaciel oraz fryzjer Elvisa, to właśnie wtedy nad ich rodzinnym domem pojawiło się tajemnicze światło.

–  Powiedział, że podczas porodu wyszedł ok. 2 w nocy na papierosa i kiedy spojrzał w niebo, dostrzegł, że jest nienaturalnie niebieskie. Wiedział, że to znak, iż dzieje się coś niezwykłego… – czytamy w artykule serwisu strefatajemnic.onet.pl pt. „Celebryci, którzy widzieli UFO”.

Sam Elvis twierdził, iż w wieku ośmiu lat doświadczył kontaktu z istotami pozaziemskimi, które przekazały mu telepatycznie wizję dotyczącą jego przyszłej kariery. Choć tego typu opowieści możemy traktować jako fanaberię artysty, który chciał podkręcić zainteresowanie swoją osobą, to fascynacja piosenkarza fenomenem UFO była faktem. Posiadał on bowiem specjalną biblioteczkę na ten temat. Miał również obserwować wraz z Gellerem tajemnicze świetlne obiekty w pobliżu swojej posiadłości Graceland oraz nad pustynią Nevada.

Elvis nie był też jedynym muzykiem, który wierzył w UFO. Do innych entuzjastów „obcych cywilizacji” zaliczyć można Davida Bowie, Dave’a Grohla i Robbiego Williamsa. Nie wiem jak w kosmosie, ale na Ziemi gwiazda Elvisa lśni wśród tych nazwisk najmocniejszym blaskiem. Choć nie maleje liczba naśladowców Elvisa, to wszyscy wiedzą, że król był tylko jeden!

Elvis Strzelecki
Elvis Strzelecki
W stałym związku ze słowem pisanym od 2011 roku. Domator, miłośnik muzyki, wieczorów przy czerwonym winie, poezji, szalonych lat 90. i kultury rave. Anty-gadżeciarz poszukujący normalności we współczesnym świecie. U innych ceni poczucie humoru oraz dystans do siebie.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Pjus, twórca słów – rozmowa z autorem “ghostwriterskiego” albumu “Słowowtóry”

Zachwyca słowotwórstwem. Całe szczęście, że został raperem, bo wszyscy możemy poznać jego doskonałe neologizmy. Niestety choroba, w wyniku której stracił najpierw słuch, a teraz traci głos, nie pozwoliła mu na rapowanie własnych tekstów na nowej płycie. Robią to zaproszeni goście: Tymon Tymańki, Pablopavo, Eldo, Wdowa i wielu innych. Oto Pjus, muzyk wyjątkowy i jego “ghostwriterski” album “Słowowtóry”.
Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
9 listopada 2017
CZYTAJ WIĘCEJ