„Przyjaciele” to nie jest serial o idolach. Ale to serial mistrzowski!

Kto by nie chciał mieć takich kumpli?
5 minut czytania
5471
2
Olga Siemoniak
Olga Siemoniak
25 stycznia 2018

Zarzut, że bohaterowie nie rozprawiają o sztuce, mało czytają, a na paleontologiczne ciekawostki jedynego mądrego Rossa reagują ziewaniem, jest próbą snobowania się, a także dużym nieporozumieniem. Siłą serialu jest to, że bohaterowie śmieją się z siebie nawzajem, a nie snują rozważania na tematy ważkie, przesiadują w samotności albo dumają nad powieścią Kafki.

Po tekście Martyny Kośki pt. „Nudni idole trzydziestolatków. Nie rozumiem fenomenu serialu >>Przyjaciele<<„, w którym uczyniła coming out i przyznała, że nie podziela ogólnego entuzjazmu odnośnie szóstki przyjaciół z Nowego Jorku, zawrzało nieprzeciętnie, a na autorkę wylano wiadro pomyj. Ja wprawdzie nie miałam ochoty wyskoczyć ze swoją redakcyjną koleżanką na solo (trochę miałam!), ale również się uniosłam, czego dowodem poniższa polemika.

To nie jest serial dla trzydziestolatków

Pierwszą rzeczą jaka rzuciła mi się w oczy (ach, te moje przenikliwie oczęta!), był tytuł, w którym Martyna nazywa paczkę z Nowego Jorku „idolami trzydziestolatków”. Pomijam, że bardziej już czterdziestolatków, bo aktualni trzydziestolatkowie mieli raptem sześć lat w dniu debiutu „Friendsów”, to tak naprawdę w serialu nie ma idoli, a są zwykli, przeciętni ludzie, którzy wchodzą w dorosłość i próbują się w niej odnaleźć. Potykają się, popełniają błędy, robią głupoty, mają problemy finansowe, rozwodzą się, żenią, randkują bez powodzenia, tracą pracę, etc. No nie brzmi to jak życie idoli, za to jak życie kogoś z kim możemy się porównać i z kim cudownie byłoby się zaprzyjaźnić. Kto nie marzy lub nie marzył o takiej paczce znajomych?

Bohaterowie nie mają może IQ Dody: Phoebe jest walnięta, Joey nie zna mądrych wyrazów (co próbuje nadrobić kupując encyklopedię – cudowny odcinek!), Rachel jest rozpieszczoną dziewczyną, która miała wieść bezproblemowe życie jako żona lekarza, Monika ma nerwicę natręctw, Chandler ucieka przed emocjami wiecznie żartując, za to Ross użala się nad sobą nieprzeciętnie. Ale mimo wad, to są wrażliwi, kochający, lojalni i po prostu fajni ludzie. Do tego – wbrew temu, co zarzuca im Martyna – robią wielki postęp. Pusta Rachel z pierwszych odcinków zamienia się w niezależną kobietę, która robi sporą karierę (tak, w ciuchach też można!), trzepnięty Chandler, który boi się zagadać do kobiety, staje się oparciem dla Moniki i wymarzonym mężem, a nawet lowelas Joey w pewnym momencie zakochuje się i pokazuje nam inne oblicze. Bohaterowie „Przyjaciół” to nie są płaskie postaci, które czy się obejrzy pierwszy odcinek, czy ostatni – wypadają tak samo.

Komedia ma swoje prawa

Oczywiście każdy z nich jest trochę przerysowany i ma charakterystyczne dla siebie cechy, ale to jest serial komediowy. Na tym polega ekspozycja postaci bohatera komediowego i w przypadku „Przyjaciół” naprawdę nie czuję, że scenarzyści z czymś przeholowali. Nie bardzo też wiem, czemu Martynie zlewają się dwie męskie postaci w jedno. Jak twierdzi, Joey i Chandler są podobni, tymczasem łączy ich to, że mieszkają w jednym mieszkaniu i przyjaźnią się. Chandler ma regularną i nudną pracę i dopiero pod koniec zbiera się na odwagę, by ją zmienić. Jest odpowiedzialny i pochodzi z rozbitej rodziny. Joey to Włoch, który ma od groma sióstr, do tego jest niebieskim ptakiem, który po dorwaniu kasy z serialu, kupuje tonę bzdurnych rzeczy i wynajmuje drogie mieszkanie. Jeden nie umie poderwać kobiety, drugi robi to cały czas. Owszem, obaj kochają rozkładane fotele, pizzę i „Słoneczny Patrol”, ale żeby zlewali się przez to w jedno?

Zarzut, że bohaterowie „Friendsów” mają czelność nie rozprawiać o wartościach, sztuce, mało czytają, nie mają też wielu zainteresowań, a na paleontologiczne ciekawostki jedynego mądrego Rossa reagują ziewaniem, jest według mnie małą próbą snobowania się (wybacz Martyna), a także dużym nieporozumieniem. To jest serial, który bawi, jego siłą jest to, że bohaterowie śmieją się z siebie nawzajem, a nie snują rozważania na tematy ważkie, przesiadują w samotności albo dumają nad powieścią Kafki. Kto by to oglądał, chcąc zobaczyć serial komediowy?!

Wracając do Rossa – zawsze w najbliższym gronie znajdzie się ktoś, kto zanudza nas swoimi zajawkami i tylko w tym naprawdę sprawdzonym możemy pozwolić sobie na demonstracyjne ziewanie czy stanowcze przerwanie mu, gdy przeholuje. Nie zna tego ten, kto nie przyjaźni się z fanatyczką teatru w Gardzienicach, a przez życie nie idzie z miłośnikiem gier i programowania (#truestory!).

Seksizm, homofobia i inne monstra

Martyna w swoim tekście przywołała też te zarzuty, które wytaczają w stronę „Przyjaciół” młode pokolenia, poznające dopiero szóstkę z Nowego Jorku. Według nich to serial rasistowski, bo brakuje w nim czarnoskórych, do tego szerzy homofobię (dowodem ma być strach Chandlera, że ludzie mają go za geja, dystans Rossa do bawiącego się lalkami syna oraz niechęć do niani płci męskiej) seksizm (bo Joey zalicza na potęgę) i jeszcze kilka innych rzeczy.

Choć nie jestem fanką wciskania czarnoskórych do każdej produkcji dla robienia statystyki, to ten zarzut jakoś tam jestem w stanie zrozumieć – co nie znaczy, że się pod nim podpisuję. Cała reszta jednak wydaje mi się kuriozalna. Joey, owszem, przedmiotowo traktuje kobiety, ale też kobiety to nie przedmioty (co jest wielokrotnie w serialu podkreślone) i jeśli dają się jemu poderwać, to raczej wiedzą, co to oznacza i z czym się to wiąże. To nie jest wytrawny amant, który manipuluje i oszukuje, który kręci i daje nadzieję To prosty chłopak, z którym sprawa jest prosta od początku – albo wchodzisz w ten układ albo nie.

Co do śmiania się z tego, że Rossa żona została lesbijką, to wszystkie żarty wymierzone są w Rossa, a nie w nią. Ona z powodzeniem  i u boku swojej nowej żony wychowuje dziecko. Co więcej, to przecież Ross, który we współczesnym odbiorze uchodzi za homofoba, odprowadza swoją byłą żonę do ołtarza, bo jej rodzice nie chcieli pojawić się na ślubie z kobietą! Zarzut, że Chandler obawia się tego, że uchodzi za geja jest głupi, bo Chandler… uchodzi za geja. W pracy ktoś chce go wyswatać z kolegą! Nie widzę w tym nic złego, każdy czasem snuje sobie przypuszczenia o orientacji innych ludzi. Zabawa syna Rossa lalką budzi jego niepokój, ale już cała reszta się z tego nabija. Podobnie jak z tego, że Ross nie chce, by jego córką zajmował się faceta niania.

Choć od debiutu serialu minęły 24 lata, to jestem niemal pewna, że połowa dzisiejszych ojców nie chciałaby by ich dziećmi opiekował się przystojny, młody facet, który płacze co trzy minuty i gra na flecie. To nie znaczy, że taki egzemplarz jest zły, ale oznacza, że takie dylematy są popularne. I to ich uniwersalność, oraz swojskość bohaterów, którzy nie udają lepszych i mądrzejszych niż są, przyciąga mnie do „Friendsów”.

Mogłabym tak jeszcze kilka akapitów, ale czas kończyć i dopomnieć się o konia z rzędem od Martyny, która zaproponowała go temu, kto rozwikła zagadkę „We were on the break!”. Rozwiązanie poniżej, a ja lecę oglądać „Przyjaciół” dumać nad sensem życia i czytać wartościowe książki.

Olga Siemoniak
Olga Siemoniak
Rocznik '86, absolwentka polonistyki, zawodowo klepie teksty, prywatnie i od czasu do czasu – męża. Social media sierota, która prowadzi bloga www.znetawziete.pl.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Kultura

Najbardziej satysfakcjonujące śmierci czarnych charakterów

Gdy giną, odczuwamy dziwną, być może nawet niepokojącą satysfakcję. Bo niby nas wkurzają i rozpalają emocje do białości, ale trochę się z nimi zżyliśmy i głupio tak będzie bez nich. Nie mam na myśli naszych zwierząt domowych tylko bohaterów seriali, którym życzymy nagłego zgonu.
Radek Teklak
Radek Teklak
28 czerwca 2017
CZYTAJ WIĘCEJ