Rosalie: “Ludzie nie przychodzą na twój koncert, żeby powiedzieć ci, że jesteś do dupy”

“Flashback” Rosalie to debiut roku
7 minut czytania
380
0
Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
28 stycznia 2018
fot. Aleksander Kienitz

Jest nadzieja w naszym narodzie. Nadzieja na porządne r’n’b. Gatunek, w którym, mówiąc delikatnie, nie byliśmy najmocniejsi, wreszcie doczekał się znakomitej artystki, która wokalem spokojnie może się mierzyć z Beyonce. Rosalie jeszcze przed wydaniem debiutu słyszała, że ten rok będzie należał do niej. “Flashback” to płyta, której trzeba posłuchać!

Wojciech Przylipiak: Jeszcze zanim twoja płyta „Flashback” trafiła do sklepów już można było przeczytać zdania typu: „to będzie debiut roku” albo „ten rok będzie należał do niej”. Nie masz problemu z taką presją? Na dzień dobry musisz się zmierzyć z dużym ciśnieniem?

Rosalie: Trochę mnie ten szum omija, choć mam świadomość, że tak ludzie piszą, trochę też się nim nie przejmuję. Teraz już nic z płytą nie zrobię. Wiem, że dałam na niej z siebie wszystko i teraz mogę tylko czekać na reakcję. Jeżeli okaże się, że nie jest do debiut roku a grupa moich fanów się nie powiększy, to nic złego się nie wydarzy. Ja i tak będę dalej z niej dumna. Jeżeli zachwyci, to będę najszczęśliwszą osobą na świecie.

Ale sama mówisz o sobie, że jesteś marudą i panikarą, to znaczy, że wyzbyłaś się tego przy premierze tego albumu?

Do końca pewnie nigdy się tego nie pozbędę. Prawdopodobnie jak będę staruszką to będę marudzącą zrzędą (śmiech). Staram się jednak nad tym panować. Muszę się również zmierzyć z tym, że jestem leniuchem, lubię pospać. Przygotowywanie płyty pozwoliło mi trochę powalczyć ze słabościami.Także ze strachem przed występami.

Ale koncertów zagrałaś już mnóstwo.

W zeszłym roku było ich ponad 40, co jak na osobę, które nagrała tylko epkę, wydaje mi się całkiem sporo. I to obycie ze sceną na pewno dodało mi pewności siebie. Nauczyłam się rozmawiać z ludźmi ze sceny, ale też po zejściu z niej, dojrzałam do relacji ze słuchaczem. Zrozumiałam, że ludzie nie przychodzą na twój koncert, żeby powiedzieć ci, że jesteś do dupy, tylko żeby powiedzieć, że podoba im się to, co robisz. A to powoduje, że muszę i chcę dawać z siebie zawsze sto procent. Teraz mój wcześniejszy stres stał się bardziej podjaraniem. Przedtem źle interpretowałam nerwy towarzyszące wyjściu na scenę.

Szkoła muzyczna nie przygotowała cię do zmierzenia się z tym stresem?

Właśnie z niej go wyniosłam. Stres kojarzył mi się ze szkołą muzyczną, z grą na fortepianie. Jako dziecko nienawidziłam występów, długo zajęło mi zrozumienie, że jednak lubię to robić. To się zmieniło, kiedy w moim życiu pojawiła się muzyka r’n’b. Klasyka odeszła na bok, a śpiewanie kojarzące się do tej pory z czymś narzuconym, z nauką – okazało się przyjemne. Muzyka stała się nie wysiłkiem, tylko pasją i przyjemnością. W szkole zniechęcało mnie śpiewanie w chórze. Byłam w grupie, niczym się nie wyróżniałam. A jak już, to raczej tym, że robię coś niepoprawnie. Często się mówi, że jeżeli masz za sobą szkołę muzyczną, podstawy muzyki klasycznej, to ona bardzo rzutuje na to, co robisz później. Że można zostać w pewien sposób klasycznie „skażonym”. Wydaje mi się, że udało mi się od tego uciec i wykorzystać to, czego się nauczyłam: słuchu, tworzenia melodii, śpiewania w wielogłosach, poznawania dźwięków. Nie mam za to naleciałości wokalnych jeśli chodzi o śpiew klasyczny. Miałam, co prawda, problem z oddechem, który sprawiał, że nie chciałam wychodzić na scenę, ale zanim zaczęłam projekt Rosalie poszłam na naukę techniki oddychania zwanej techniką Alexandra. Dzięki niej nauczyłam się śpiewania z przepony.

Długo powstawała ta płyta. Pewnie regularna praca nie pomagała w nagrywaniu?

Dlatego jakieś dwa miesiące temu zrezygnowałam z pracy. Postawiłam na muzykę. Zrozumiałam, że nie da się połączyć regularnej pracy księgowej z koncertami w weekendy i nagrywaniem nowego materiału. Byłam po prostu zmęczona. Zwyczajnie brakowało mi sił na pisanie nowych numerów i ich nagrywanie. Do tego nie miałam życia między pracą, a muzyką. A jednak bardzo ważne są dla mnie kontakty z najbliższymi, poznawanie nowych ludzi, chłonięcie innej sztuki. W tym bardzo pomogły mi koncerty i potem spotkania z fanami. One dodawały mi energii. To niesamowite jak ludzie potrafią być otwarci, podzielić się swoimi przemyśleniami, bólem. To może trochę dziwne, ale na scenie nie boję się śpiewać, ale już podejść do kogoś, kto śpiewa niekoniecznie.

Twój pomysł na zaproszenie tak dużej grupy muzycznych gości, też na pewno nie sprzyjał szybkiemu nagraniu płyty.

Jak ktoś mnie pyta, dlaczego pracowałam nad „Flashback” z tyloma producentami, to zawsze odpowiadam, a dlaczego miałabym pracować z jednym? Kilkunastu współpracowników pomogło mi wcielić się w różne role. Każdy z producentów słyszy mnie inaczej, do tego robi trochę inną muzykę i dzięki temu raz mogłam wcielić się w rabusia, jak w numerze „The Killing” z 1988, albo zostać delikatną dziewczyną – „Spokojnie” z Suwalem. To bardzo ciekawe, móc sprawdzić się w różnych wydaniach. Moje różne wcielenia w jedną całość złożył znakomicie Envee, doskonały wuja.

Wuja?

To takie określenie, którym w poznańskim nazywamy bliskie osoby, znajomych.

A ty jesteś dla nich ciotka?

Nieee (śmiech), tak mówi do mnie tylko pomagający mi w pisaniu polskich tekstów Michał Wiraszko. On też jest wuja. Inni mówią na mnie Roska, Rozalia, Rosalie. Ale ciekawe, że po imieniu zwracają się do mnie dopiero od dwóch lat, kiedy na dobre zajęłam się muzyką. Nawet siostra mówi dziś do mnie Rozalia (śmiech).

Chciałbym bliżej zapytać o dwa teksty. Pierwszy  do utworu „Po co” z linijką : „Od wielu lat mam wyjebane na ciebie… Więc po co piszesz mi, nie wiem. Numer telefonu wywołuje zimny pot”. Mało jest u nas tekstów de facto o miłości, a jednak tak prawdziwych, a nie przesłodzonych i banalnych.

Wszyscy mnie pytali czy na mojej płycie będą fity [fit – z ang. featuring, czyli artystyczna współpraca. przyp. red.] z raperami. Ja też się zastanawiałam z kim mam nagrać fita. Jedyną osobą, z którą poczułam, że chcę to zrobić, szybko okazał się Mateusz z Bitaminy. Ma coś w głosie co mnie porusza, przepiękną barwę. Co ciekawe, okazało się, że ma bardzo podobną historię do mojej, tylko u niego wydarzyła się w drugą stronę. Ja urodziłam się w Berlinie, po paru latach wylądowałam w Poznaniu. I długo trwało zanim dobrze nauczyłam się polskiego. On z kolei jako dzieciak przeniósł się do Berlina i chodził do tamtejszego przedszkola wciąż mówiąc po polsku. Nie było łatwo… Z naszej współpracy powstał tekst o związkach, które nam nie wychodzą albo wychodzą nie tak jak chcemy. To był pierwszy numer, którego słuchając, popłakałam się. Jest dla mnie tak prawdziwy. Oczywiście, może niektórych oburzą wulgaryzmy, ale przecież one towarzyszą każdemu z nas na co dzień, więc nie rozumiem zdziwienia. Choć moja mama po przesłuchaniu spytała: “Rozalia, ale po co tam to >>wyjebane<<?” (śmiech). Odpowiedziałam, że tak jest po prostu szczerze, takie są emocje.

A tekst finałowego numeru na płycie, „Enuff”? Pokazuje, że nie unikasz, nawet nie politycznych spraw, ale społecznych.

Tekst powstał latem, kiedy chodziłam na protesty kobiet. Niesamowite było, że była nas taka masa, a jednak okazało się, że nie miało to kompletnie znaczenia. Numer wynikł więc z buntu. Wierzę, że jest w nas siła, ale musimy trzymać się razem, nie poddawać. Nie chcę się angażować politycznie, ale pewnych rzeczy nie mogę nie widzieć. Po prostu śpiewam o tym, o czym należy.

Zaczynasz jako „debiut roku”, a gdzie widzisz siebie za pięć, dziesięć lat?

Mam różne pomysły na siebie, także na kolaboracje. Na pewno będę tworzyć z nowymi osobami, ale jeszcze za wcześnie na konkrety. Zobaczę co wyjdzie z tej płyty. Myślę, że za rok będzie super, bo ani ja, ani nikt nie da mi osiąść na laurach. Śpiewanie było moim marzeniem i bez względu na przyjęcie tej płyty z niego nie zrezygnuję. Konkrety zna jednak mój menedżer i przyjaciel Łukasz Kowalka, który prowadzi mnie trochę jak dziecko we mgle (śmiech). Ja wiem co będę robiła za tydzień, on wie na pół roku do przodu. Mimo że jestem panikarą to nie obawiałam się kierunku, w którym pójdzie moja kariera. Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy artyści mają taki komfort, mogę więc chyba nazwać siebie szczęściarą.

Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
Dziennikarz, przede wszystkim muzyczny. Zbieracz zabawek, komiksów i innych przedmiotów z epoki Commodore i Składnic harcerskich. Wszystko trzyma w domu - nie jest łatwo. Prowadzi bloga Bufet PRL.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Pjus, twórca słów – rozmowa z autorem “ghostwriterskiego” albumu “Słowowtóry”

Zachwyca słowotwórstwem. Całe szczęście, że został raperem, bo wszyscy możemy poznać jego doskonałe neologizmy. Niestety choroba, w wyniku której stracił najpierw słuch, a teraz traci głos, nie pozwoliła mu na rapowanie własnych tekstów na nowej płycie. Robią to zaproszeni goście: Tymon Tymańki, Pablopavo, Eldo, Wdowa i wielu innych. Oto Pjus, muzyk wyjątkowy i jego “ghostwriterski” album “Słowowtóry”.
Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
9 listopada 2017
CZYTAJ WIĘCEJ