Tęczowa ucieczka. O filmach pozytywnie kolorowych

Filmy, które poprawiają humor, a nawet rzeczywistość
4 minuty czytania
778
1
Gabriel Krawczyk
Gabriel Krawczyk
6 stycznia 2018
©PIXAR/Walt Disney

Przed państwem filmowe barwy nie z tej ziemi: dla zdrowia, na poprawę humoru, dla zamydlenia oczu, wcale nie jak na lekarstwo, lecz w ilościach hurtowych. Do rozgonienia smogu i szarych chmurzysk nie trzeba wiele – czasem wystarczy mądry wybór przed wieczornym seansem.

Choć gorszy rok powoli odchodzi w zapomnienie, nie oszukujmy się – ten nowy póki co nie przedstawia się w tęczowych barwach. Jeszcze przez jakiś czas nie przymrużymy oczu w ciepłych promieniach słońca, nie położymy się na łące, a praktycznej czerni długo nie zastąpimy jasną bluzką i zielonymi leginsami. Pora na odskocznię. Choć na chwilę z obezwładniającej szarości ucieknijmy do kolorowej Nibylandii. Najlepiej tej ekranowej.

Over the Rainbow…

Wszystkim domowym kinomanom, dla których „film” znaczy „eskapizm”, przekornie zaproponujmy cofnięcie się do Ameryki niepokojącego roku 1939. Choć magia tytułowego „Czarnoksiężnika z krainy Oz” w finale filmu okazuje się najmniej istotna, to podróż przez opanowaną przez niego krainę faktycznie porównać można do eskapady po cudownie  zmaterializowanej tęczy.

Już w prologu klasyka Victora Fleminga razem z małą Dorotką uciekamy z nieurodzajnej prerii ciemnobrunatnego Kansas do wyśnionej przez dziewczynkę, powodującej oczopląsy, zabarwionej Technicolorem krainy Oz. Konia z rzędem temu, kto wymyśli trafniejszą metaforę kina – przygodowego snu i dwugodzinnych wakacji w jednym! W „Czarnoksiężniku…” wściekła żółć szlaku prowadzącego ku tęczy działa jak endorfinowy dopalacz; kolory iskrzące na horyzoncie stanowią obietnicę lepszego jutra, a Szmaragdowy Gród wieńczący tę dziwaczną fantazję jest miejscem, w którym jawa bierze górę nad kuglarstwami czarodziejów i czarownic. Ironia polega na tym, że odkrycie przez bohaterów ich prawdziwej – a nie sztucznie wzmacnianej za pomocą kolorowej magii – siły pozwala każdemu z nich ujrzeć samego siebie w znacznie lepszym świetle.

Dorotka miała swoją krainę Oz, Alicja – krainę czarów, a miłośnicy Pixara nie tak dawno temu zawędrowali do innej szalonej Nibylandii – umysłu dorastającej 11-latki. W animacji „W głowie się nie mieści” wspomnienia przyjmują fizyczną formę, burza (w) mózgu ma siłę tornada, a umysł przypomina wielkiego flippera. Całość sprawdza się nie tylko jako historia o mechanizmach dojrzewania i podświadomości, ale także jako niepozbawiony słusznego morału wykład z psychologii koloru i synestezji. Tu każda emocja ma określoną barwę, a każda rzecz odbija się w świetle zmaterializowanych barwnych wspomnień.

Szekspir w Toskanii

Czasem ucieczka do innych uniwersów wcale nie jest konieczna i sama zmiana szerokości geograficznej wystarczy, by poprawić widzom humor. Wymiana lokacji w komedii „Wiele hałasu o nic” z opisanej przez Williama Szekspira Sycylii do słonecznej Toskanii pozwoliła Kennethowi Branaghowi stworzyć nastrój istnej sielanki.

To doskonałe tło dla nieśmiertelnego motywu, jakim jest komediowy romans dwojga upartych i pyskatych, lecz – jak się zaraz okaże – stworzonych dla siebie osób. Iskry lecą na wszystkie strony, gdy słowne riposty jeszcze-nie-zakochanych trafiają celu, lecz w tych okolicznościach przyrody, w tych oślepiających promieniach słońca miłość musi ostatecznie zwyciężyć. Na twarzach aktorów pojawiają się rumieńce, jasne loki lśnią w promieniach słońca, soczysta zieleń rozległych pól każe odetchnąć pełną piersią, a wiekowe kamienice przypominają ciastka z karmelu i miodu. Tak mógłby wyglądać Eden, gdyby pomieścić w nim trochę humoru i odrobinę namiętności.

Różowe okulary

We „The Florida Project” na świat patrzymy przez różowe okulary dziecięcego optymizmu. Nieskrępowana troskami dorosłych 6-letnia Moonee oprowadzając nas po swoich raju dzieciństwa nadaje filmowej Florydzie pastelowych barw kojarzących się z różowo-pistacjowym domkiem dla lalek. Motel, w którym Moonee pomieszkuje z matką, przypomina fioletowy zamek z lukru. Florydzkie przedmieścia – biedujące i niepozbawione społecznych patologii – nabierają rzadko w kinie spotykanej zmysłowości. Fluorescencyjna wizualność zdaje się – wzorem nieopadającej na duchu bohaterki – przekrzykiwać problemy dorosłych. A od problemów tych ostatnich reżyser Sean Baker wcale nie ucieka. Choć patrzy na świat oczami pierwszoplanowej kilkulatki, to równocześnie ma w sobie coś ze skupionego dokumentalisty, czułego i wrażliwego na krzywdy osób, którzy nie mogli dalej śnić swojego amerykańskiego snu. Tym większa zasługa Bakera, że choć jest realistą opowiadającym o nędzy i nieziszczalnych marzeniach, jego film eksploduje pozytywną energią swojej bohaterki, skąpanej w słońcu i kolorach.

Podobnie jak Moonee, bohater „Sekretnego życia Waltera Mitty” przekształca rzeczywistość zgodnie z własnym widzimisię. Prawdziwą fanatyczką pozytywnego myślenia jest jednak „Amelia”, pełna życia dziewczyna, której filmowy świat wydaje się odzwierciedlać jej sposób postrzegania innych. Nasycone barwy, śmiałe żółcie i równie intensywne zielenie wywołują wrażenie, jak gdyby nadmiarem słonecznego światła Amelia, dyskretnie puszczająca oczko, chciała rozweselić i nas.

Tutti frutti

By nie snuć tej filmowej litanii w nieskończoność, wspomnijmy o pomarańczowej eksplozji „Thelmy i Louise”. Filmowane na tle zachodzącego słońca najserdeczniejsze buntowniczki kina zwalniając hamulce, zwalniają nas z myślenia: zarażają pragnieniem absolutnej wolności. Seans kończymy w przekonaniu, że każdy z nas powinien jej kiedyś zakosztować.

Animowany „Odlot” to tytuł cokolwiek zobowiązujący, lecz bez obaw – sprosta waszym oczekiwaniom. Gdy wspomnicie podniebny lot odbywany bez wychodzenia z domu i przyjaźń, która łączy pokolenia – wasze buzie natychmiast się uśmiechną a oczy zaszklą ze wzruszenia. Od tego seansu byle kolorowy balon będzie dla was zapowiedzią przygody większej niż życie.

Są tu miłośnicy lat 80.? „Thor Ragnarok” i druczęściowi „Strażnicy Galaktyki” są wam pewnie znani. Wszystkim amatorom neonowej estetyki polecamy z ręką na sercu. Z kolei intelektualistom i dandysom tęskniącym za przenosinami bibliofilskiego Instagrama na ekran, przypominamy o barwnej twórczości Wesa Andersona. Kult rekwizytu i gadżeciarstwo na klatkę filmową przekracza tu wszelkie normy, lecz przyzwoitość zostaje zachowana – to najpiękniejsze filmy-fetysze, ułożone przez wizualnego perfekcjonistę i estetę. I, jakże by inaczej, fanatyka kolorów, który podładuje wasze baterie i pozwoli przeczekać zimę.

Gabriel Krawczyk
Gabriel Krawczyk
Jeśli wierzyć opiniodawcom, był już błaznem, kombinatorem, niedoszłym księdzem, przyszłym jazzmanem. Jeśli wierzyć faktom, bywa kurierem rowerowym, okazjonalnym redaktorem w Sejmie, a w internecie - recenzentem filmowym, publicystą kulturalnym i blogerem. Publikuje lub publikował m.in. w Korporacji Ha!art, Magazynie Gazety Wyborczej „Osiem Dziewięć”, Kulturze Liberalnej, Ekranach i na portalu Esensja.pl.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Tęczowa ucieczka. O filmach pozytywnie kolorowych”

  1. Odrębny artykuł napisać można na temat żmudnej realizacji kolorowej techniki w „Czarnoksiężniku” – dzieła, które śmiało uznać można za tryumfalny demonstrator możliwości filmu barwnego, choć oczywiście nie był to pierwszy film kolorowy, ani nawet technicolorowy. Olbrzymie, hałaśliwe kilkusetkilogramowe kamery pryzmowe rozbijające wiązkę światła na barwy składowe rejestrowane na trzech odrębnych negatywach, później łączone w kolorową całość w procesie transferu barwników (Process 4), niska światłoczułość filmu wymagająca użycia tak mocnego oświetlenia, że temperatury na planie dochodziły do 40 stopni Celsjusza, ciągła korekta balansu bieli… No i w ramach progresywnej narracji wspomnieć można o niebagatelnej roli Natalie Kalmus, konsultant kolorystycznej Technicolora, prywatnie małżonki jednego z współzałożycieli Technicolor.Inc

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz też

Kultura

Pięć franczyz filmowych, które powinny zniknąć z ekranów kin

Nie wyobrażam sobie popkulturowego życia bez filmowych franczyz, chociażby bez Bonda, Marvel Cinematic Universe, "Planety Małp" (zwłaszcza w zrebootowanej wersji), nawet „Szybkich i wściekłych” - miewają swoje wzloty i upadki, ale wciąż sprawiają frajdę. Po drugie, oczywiście, nikt nie każe mi oglądać kiepskich filmów. Ale lubię się nad nimi pastwić.
Jakub Demiańczuk
Jakub Demiańczuk
1 lipca 2017
CZYTAJ WIĘCEJ

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akcetuję ją.