Zamierzam oglądać „Koronę królów”. Z jednego ważnego powodu

Pójdź, dziecię, ja cię uczyć każę!
5 minut czytania
1778
14
Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
4 stycznia 2018
fot. mat. prasowe/tvp.pl

Ten serial to straszny paździerz. Kuleje w nim wszystko, od żenującego poziomu realizacji po rozmaite niedoróbki i błędy merytoryczne. A jednak będę go śledzić, choć niewątpliwie nie jest to polska „Gra o tron„, jak szumnie zapowiadał prezes Kurski.

Ba, to nawet nie jest tureckie „Wspaniałe stulecie”, które miało być głównym punktem odniesienia dla tej produkcji, zapowiadanej jako „serial historyczny”, ale obecnie już anonsowanej ostrożniej jako zaledwie „telenowela kostiumowa”. Tylko że współczesne telenowele przeważnie stoją dużo wyżej pod względem realizacji (jedna kamera? Wyłącznie statyczne ujęcia? „Efekty” i grafika robione chyba telefonem komórkowym i to takim sprzed dekady?), a o kostiumach nawet nie chcę zaczynać mówić, bo wiecie, jestem z zamiłowania mediewistką i mógłby mnie szlag trafić. Co zatem sprawia, że chcę się czymś takim z własnej woli katować, a nawet prawdziwie się cieszę na te codzienne seanse?

Misja: edukacja

Otóż mam córkę, lat dziewięć, uczennicę czwartej klasy. Zaczęła w tym roku szkolny kurs historii i z dziecka ciekawego wiedzy, obdarzonego świetną pamięcią, łykającego książki z pasją młodego pelikana zamieniła się w zblazowaną nastolatkę, która przewraca oczami i mamrocze: „ale nuda”, a przyswajanie zaleconego materiału idzie jej jak po grudzie. Ku mojej rozpaczy ten skrajnie negatywny stosunek dotyczy wyłącznie historii, czyli akurat tej dziedziny, w której chciałabym się wspólnie nurzać i zażywać rozkoszy podsuwania mojej małej tabula rasa rozmaitych tropów i ciekawostek do dalszego eksplorowania.

I tu wchodzi „Korona królów” cała na biało, a raczej na pstrokato i brokatowo, w odprasowanych tkaninach, o których w średniowieczu nikomu się nie śniło. Ale wchodzi, a moje dziecko siada i z rozdziawioną buzią ogląda. A następnie zadaje mi trzy miliony pytań i bez znudzenie wysłuchuje dwugodzinnej tyrady o dynastii Piastów, ze szczególnym uwzględnieniem rozbicia dzielnicowego. Jest zachwycona informacją o tym, że była w jednym z kościołów ufundowanych przez Kazimierza Wielkiego jako akt ekspiacji po zabójstwie księdza Baryczki. Chce wiedzieć wszystko o Henryku VIII, który podobnie jak nasz Kazek miał dużo żon i darł koty z papiestwem. Bulla, ekskomunika, żupy solne – już się nie martwię o edukację córki, bo widzę jak zapisuje na twardym dysku te wszystkie nowe pojęcia i ewidentnie chce więcej!

Jeśli „Korona królów” miałaby spełniać tę jedną jedyną funkcję – edukacyjną w zakresie podstawowej wiedzy o historii Polski – to jest to już wystarczającym powodem jej istnienia. A osób, dla których, podobnie jak dla mojej córki, opowieści o Łokietku i Kazimierzu są bajką o żelaznym wilku (któremu z bohaterów „Korony” przyśnił się żelazny wilk i co z tego wynikło, moje robaczki?) jest naprawdę wiele. I wcale nie są to wyłącznie dziewięciolatki.

Kadr z serialu „Korona Królów” (fot. TVP)

Kudy nam do „Tudorów” i „Wikingów”

Jasne, już słyszę to sarkanie, że gdzie edukować, jak tu tyle błędów, a aktorzy nie potrafią opanować, nielicznych zresztą, łacińskich tekstów i ciągle mylą końcówki (moja nauczycielka łaciny za drzwi by ich wyrzuciła, bez zastanowienia). Że dialogi drewniane i jak ze złego podręcznika, myśl historyczna naiwna, postaci płaskie i szeleszczące papierem, zaś każdy obeznany nieco z realiami średniowiecza płacze, jak na to patrzy. Prawda, płacze. Ale czy myślicie, że jak historyk ogląda „Tudorów” albo „Wikingów”, to nie mówi brzydkich słów na temat autorów tych dzieł? Widocznie nie znacie historyków, straszne z nich nerwusy i szczególarze.

Wierzę, że nawet tak żenująco zła produkcja jak „Korona królów”, której zgrzebną estetyką i (niezamierzonymi w tym przypadku) efektami komediowymi najbliżej chyba do kultowego filmu „Monty Python i Święty Graal”, może pełnić funkcję zaciekawiającą. To taki podstawowy impuls, zmuszający do poszukiwania dodatkowych informacji w książkach czy choćby tylko w Wikipedii.

Ba! Przeczytałam dziś długi, zajadły internetowy flame na temat tego, czy użycie w jednej ze scen modlitwy „Zdrowaś Mario” (po łacinie przynajmniej było, choć aktorka oczywiście się rąbnęła, a jakże) jest anachronizmem czy nie. Bo przecież początek („Ave Maria, gratia plena” itd.) to cytaty z Ewangelii, szeroko używane w średniowieczu, ale znowu pełna wersja modlitwy, to dopiero ustaliła się po soborze trydenckim czyli, bagatelka, dwieście lat z okładem po przedstawianych w serialu wydarzeniach. Cóż za rozkoszna odmiana, jeśli chodzi o tematykę sporów! Dajcie więcej!

Trony i korony we krwi

Naprawdę liczę na więcej, bo historia polskiego średniowiecza jest absolutnie fascynująca, pełna morderstw, dzikich żądz i ambicji, dziwnych sojuszów, zdrad, seksu i wszystkich tych rzeczy, które tak lubią czytelnicy George’a R.R. Martina. Co więcej, mamy autorów takich jak Elżbieta Cherezińska czy Witold Jabłoński (przy okazji polecę nasz redakcyjny wywiad z pisarzem), którzy potrafią z tej historii czerpać garściami i opowiadać ją w sposób wciągający i satysfakcjonujący współczesnego odbiorcę.

Pomysł, by przybliżyć sobie i światu te dawne dzieje Polski za pomocą jakiejś filmowej czy serialowej fabuły jest zacny i godny wspierania, bez względu na to czy patronuje mu Kurski z Kaczyńskim czy Agnieszka Holland. To niewątpliwie jest hitowy materiał, dorównujący wszelkim „Borgiom”, „Białym królowym” (powieści Cherezińskiej z pewnością nie ustępują powieściom Philippy Gregory!) czy „Maksymilianom i Mariom”.Jednak kluczem do sukcesu jest tu budżet. Nie da się tego nakręcić metodą gospodarczą, jak „Korony królów”. Jeśli ma powstać coś dobrego i godnego gotowych już przecież scenariuszy to musi być na wypasie i z wykopem, bo inaczej się nie przebije. To już nie takie czasy, że można nakręcić „Ja, Klaudiusz” jak teatr telewizji, a świat oniemieje z zachwytu (choć to wciąż wspaniały serial, bez dwóch zdań).

Oddając się marzeniom o górze złotych monet (może trzeba od Smauga pożyczyć?), które sfinansuja polską średniowieczną superprodukcję oraz śmiejąc się w duchu serdecznie, że moi rodacy nagle zostali teraz wszyscy ekspertami od średniowiecza, choć jeszcze przedwczoraj pies z kulawą noga się nim nie interesował, idę szykować temat kolejnej pogadanki dla córki. Może coś o pannach Łokietkównach, skoro w kolejnym odcinku pojawia się Kunegunda? W końcu mój Ojciec urodził się w Świdnicy, więc da się wpleść do tej dużej historii także nasze małe rodzinne wątki. A przecież o to chodzi, by splot był gęsty i nici mocne. Fajnie, że jesteś „Korono królów”, naprawdę się cieszę.

 

Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
Od ponad dziesięciu lat "robi w słowie" jako dziennikarka, blogerka, felietonistka. Była redaktor naczelną internetowego serwisu dla kobiet Foch.pl i współzałożycielką BACHORA, humorystycznego magazynu dla sfrustrowanych rodziców. Ma za sobą pracę w prasie papierowej (m.in. Dziennik, Przekrój, Machina), ale bez trudu przeniosła się do internetu i tu czuje się u siebie. Nałogowo ogląda seriale, tłumaczy gry i komiksy, uwielbia przeprowadzać wywiady (i nienawidzi ich potem spisywać). Zwierzę miejskie, matka dzieciom (sztuk dwie) i fanka Davida Bowiego.
Put on your red shoes and dance the blues.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Magazyn

Ragnar Lodbrok, czyli co ty wiesz o wikingach?

Travis Fimmel jako Ragnar Lodbrok w popularnym serialu "Wikingowie" podbił serca widzów i dla wielu stał się powodem, by bliżej zainteresować się historią skandynawskich wojowników. Co w niej jest prawdą a co zmyśleniem? Co wiadomo o Ragnarze? Opowiada Artur Szrejter, autor książek popularnonaukowych, poświęconych m.in. historii walk Słowian nadbałtyckich ze skandynawskimi wikingami.
Jakub Napoleon Gajdziński
Jakub Napoleon Gajdziński
1 października 2018
CZYTAJ WIĘCEJ