Zamierzam oglądać „Koronę królów”. Z jednego ważnego powodu

Pójdź, dziecię, ja cię uczyć każę!
5 minut czytania
1797
14
Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
4 stycznia 2018
fot. mat. prasowe/tvp.pl

Ten serial to straszny paździerz. Kuleje w nim wszystko, od żenującego poziomu realizacji po rozmaite niedoróbki i błędy merytoryczne. A jednak będę go śledzić, choć niewątpliwie nie jest to polska „Gra o tron„, jak szumnie zapowiadał prezes Kurski.

Ba, to nawet nie jest tureckie „Wspaniałe stulecie”, które miało być głównym punktem odniesienia dla tej produkcji, zapowiadanej jako „serial historyczny”, ale obecnie już anonsowanej ostrożniej jako zaledwie „telenowela kostiumowa”. Tylko że współczesne telenowele przeważnie stoją dużo wyżej pod względem realizacji (jedna kamera? Wyłącznie statyczne ujęcia? „Efekty” i grafika robione chyba telefonem komórkowym i to takim sprzed dekady?), a o kostiumach nawet nie chcę zaczynać mówić, bo wiecie, jestem z zamiłowania mediewistką i mógłby mnie szlag trafić. Co zatem sprawia, że chcę się czymś takim z własnej woli katować, a nawet prawdziwie się cieszę na te codzienne seanse?

Misja: edukacja

Otóż mam córkę, lat dziewięć, uczennicę czwartej klasy. Zaczęła w tym roku szkolny kurs historii i z dziecka ciekawego wiedzy, obdarzonego świetną pamięcią, łykającego książki z pasją młodego pelikana zamieniła się w zblazowaną nastolatkę, która przewraca oczami i mamrocze: „ale nuda”, a przyswajanie zaleconego materiału idzie jej jak po grudzie. Ku mojej rozpaczy ten skrajnie negatywny stosunek dotyczy wyłącznie historii, czyli akurat tej dziedziny, w której chciałabym się wspólnie nurzać i zażywać rozkoszy podsuwania mojej małej tabula rasa rozmaitych tropów i ciekawostek do dalszego eksplorowania.

I tu wchodzi „Korona królów” cała na biało, a raczej na pstrokato i brokatowo, w odprasowanych tkaninach, o których w średniowieczu nikomu się nie śniło. Ale wchodzi, a moje dziecko siada i z rozdziawioną buzią ogląda. A następnie zadaje mi trzy miliony pytań i bez znudzenie wysłuchuje dwugodzinnej tyrady o dynastii Piastów, ze szczególnym uwzględnieniem rozbicia dzielnicowego. Jest zachwycona informacją o tym, że była w jednym z kościołów ufundowanych przez Kazimierza Wielkiego jako akt ekspiacji po zabójstwie księdza Baryczki. Chce wiedzieć wszystko o Henryku VIII, który podobnie jak nasz Kazek miał dużo żon i darł koty z papiestwem. Bulla, ekskomunika, żupy solne – już się nie martwię o edukację córki, bo widzę jak zapisuje na twardym dysku te wszystkie nowe pojęcia i ewidentnie chce więcej!

Jeśli „Korona królów” miałaby spełniać tę jedną jedyną funkcję – edukacyjną w zakresie podstawowej wiedzy o historii Polski – to jest to już wystarczającym powodem jej istnienia. A osób, dla których, podobnie jak dla mojej córki, opowieści o Łokietku i Kazimierzu są bajką o żelaznym wilku (któremu z bohaterów „Korony” przyśnił się żelazny wilk i co z tego wynikło, moje robaczki?) jest naprawdę wiele. I wcale nie są to wyłącznie dziewięciolatki.

Kadr z serialu „Korona Królów” (fot. TVP)

Kudy nam do „Tudorów” i „Wikingów”

Jasne, już słyszę to sarkanie, że gdzie edukować, jak tu tyle błędów, a aktorzy nie potrafią opanować, nielicznych zresztą, łacińskich tekstów i ciągle mylą końcówki (moja nauczycielka łaciny za drzwi by ich wyrzuciła, bez zastanowienia). Że dialogi drewniane i jak ze złego podręcznika, myśl historyczna naiwna, postaci płaskie i szeleszczące papierem, zaś każdy obeznany nieco z realiami średniowiecza płacze, jak na to patrzy. Prawda, płacze. Ale czy myślicie, że jak historyk ogląda „Tudorów” albo „Wikingów”, to nie mówi brzydkich słów na temat autorów tych dzieł? Widocznie nie znacie historyków, straszne z nich nerwusy i szczególarze.

Wierzę, że nawet tak żenująco zła produkcja jak „Korona królów”, której zgrzebną estetyką i (niezamierzonymi w tym przypadku) efektami komediowymi najbliżej chyba do kultowego filmu „Monty Python i Święty Graal”, może pełnić funkcję zaciekawiającą. To taki podstawowy impuls, zmuszający do poszukiwania dodatkowych informacji w książkach czy choćby tylko w Wikipedii.

Ba! Przeczytałam dziś długi, zajadły internetowy flame na temat tego, czy użycie w jednej ze scen modlitwy „Zdrowaś Mario” (po łacinie przynajmniej było, choć aktorka oczywiście się rąbnęła, a jakże) jest anachronizmem czy nie. Bo przecież początek („Ave Maria, gratia plena” itd.) to cytaty z Ewangelii, szeroko używane w średniowieczu, ale znowu pełna wersja modlitwy, to dopiero ustaliła się po soborze trydenckim czyli, bagatelka, dwieście lat z okładem po przedstawianych w serialu wydarzeniach. Cóż za rozkoszna odmiana, jeśli chodzi o tematykę sporów! Dajcie więcej!

Trony i korony we krwi

Naprawdę liczę na więcej, bo historia polskiego średniowiecza jest absolutnie fascynująca, pełna morderstw, dzikich żądz i ambicji, dziwnych sojuszów, zdrad, seksu i wszystkich tych rzeczy, które tak lubią czytelnicy George’a R.R. Martina. Co więcej, mamy autorów takich jak Elżbieta Cherezińska czy Witold Jabłoński (przy okazji polecę nasz redakcyjny wywiad z pisarzem), którzy potrafią z tej historii czerpać garściami i opowiadać ją w sposób wciągający i satysfakcjonujący współczesnego odbiorcę.

Pomysł, by przybliżyć sobie i światu te dawne dzieje Polski za pomocą jakiejś filmowej czy serialowej fabuły jest zacny i godny wspierania, bez względu na to czy patronuje mu Kurski z Kaczyńskim czy Agnieszka Holland. To niewątpliwie jest hitowy materiał, dorównujący wszelkim „Borgiom”, „Białym królowym” (powieści Cherezińskiej z pewnością nie ustępują powieściom Philippy Gregory!) czy „Maksymilianom i Mariom”.Jednak kluczem do sukcesu jest tu budżet. Nie da się tego nakręcić metodą gospodarczą, jak „Korony królów”. Jeśli ma powstać coś dobrego i godnego gotowych już przecież scenariuszy to musi być na wypasie i z wykopem, bo inaczej się nie przebije. To już nie takie czasy, że można nakręcić „Ja, Klaudiusz” jak teatr telewizji, a świat oniemieje z zachwytu (choć to wciąż wspaniały serial, bez dwóch zdań).

Oddając się marzeniom o górze złotych monet (może trzeba od Smauga pożyczyć?), które sfinansuja polską średniowieczną superprodukcję oraz śmiejąc się w duchu serdecznie, że moi rodacy nagle zostali teraz wszyscy ekspertami od średniowiecza, choć jeszcze przedwczoraj pies z kulawą noga się nim nie interesował, idę szykować temat kolejnej pogadanki dla córki. Może coś o pannach Łokietkównach, skoro w kolejnym odcinku pojawia się Kunegunda? W końcu mój Ojciec urodził się w Świdnicy, więc da się wpleść do tej dużej historii także nasze małe rodzinne wątki. A przecież o to chodzi, by splot był gęsty i nici mocne. Fajnie, że jesteś „Korono królów”, naprawdę się cieszę.

 

Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
Od ponad dziesięciu lat "robi w słowie" jako dziennikarka, blogerka, felietonistka. Była redaktor naczelną internetowego serwisu dla kobiet Foch.pl i współzałożycielką BACHORA, humorystycznego magazynu dla sfrustrowanych rodziców. Ma za sobą pracę w prasie papierowej (m.in. Dziennik, Przekrój, Machina), ale bez trudu przeniosła się do internetu i tu czuje się u siebie. Nałogowo ogląda seriale, tłumaczy gry i komiksy, uwielbia przeprowadzać wywiady (i nienawidzi ich potem spisywać). Zwierzę miejskie, matka dzieciom (sztuk dwie) i fanka Davida Bowiego.
Put on your red shoes and dance the blues.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

14 odpowiedzi na “Zamierzam oglądać „Koronę królów”. Z jednego ważnego powodu”

  1. Potraktowałbym to jako wprawkę do właściwego serialu – ktoś nie dopatrzył i poszło, zresztą po to ściągano Łepkowską, by minimalizować katastrofę. Jest tyle seriali nakręconych w latach 70-tych, że zawsze da się coś pokazać – jest choćby „Znak Orła” – nie pokazywany chyba dawno.

    Nie oglądałem „Wspaniałego Stulecia” od początku, później doraźnie ze względu na kontekst historyczny i jak pokazywano i mówiono o sprawach drugorzędnych z punktu widzenia większości widzów tego serialu. W Turcji też nie posiadano wszędzie żelazek, a i sztuczna skóra nie była dostępna, ale czy to ma znaczenie?

    Jest kilka polskich seriali nakręconych ostatnio, które wyraźniej się rozkręciły po kilku startowych odcinkach – nie ma w tym niczego dziwnego chyba…

  2. ‚… ciągle mylą końcówki (moja nauczycielka łaciny za drzwi by ich wyrzuciła, bez zastanowienia).’

    W takim razie proszę sto razy przepisać: ‚zażywać rozkoszy podsuwania mojej małej tabulae rasae rozmaitych tropów i ciekawostek do dalszego eksplorowania.’ 😉

    Jeśli ktoś w swojej krytyce historycznych/kostiumowych produkcji filmowych czy telewizyjnych skupia się na anachronizmach i innych nieścisłościach, to powodzenia. Discoverowsko-Netflixowy ‚The Frontier’ z drewnianym mięśniakiem Jasonem Momoa osadzony w nie-realiach kanadyjskiej dziczy okresu rządów HBC aż kipi od ahistorycznych absurdów, począwszy od istnienia odrębnych bytów państwowych Anglii i Szkocji wtedy, kiedy Stany Zjednoczone Ameryki uzyskały już niepodległość, poprzez umundurowanie i uzbrojenie zebrane z przestrzeni przynajmniej stu lat, a na traperach klnących niczym raperzy i barmankach cytujących Nietzchego skończywszy. Ten powszechny zabieg fantazjowania na temat przeszłości, kostiumowy dramat na małym ekranie sprowadzający do współczesnej bajki o rycerzach i smokach przeciętnego polskiego widza anglojęzycznych produkcji nie razi, bo co on w sumie wie o Kompanii Zatoki Hudsona czy Aktach Unii z 1707 i jak jest w stanie dosłyszeć amerykanizmy przełomu XX i XXI wieku w dialogach zagłuszanych głosem lektora? Dopiero kiedy polska telewizja naśladując ten renesans kostiumowych seriali produkuje coś w ten deseń, to nagle dostrzega się, że król jest nagi… No i reżymowej stacji to sprawka, infantylne rączki zacierają redakcje opozycyjnych mediów. Co mnie najbardziej bawi w całej tej hecy.

        • Tu mi kaktus wyrośnie, jak coś takiego się stanie…
          W Szwecji spotkałem ludzi, dla których „Czarne chmury” są wspaniałym serialem _do_dziś_. Ze specjalnym wskazaniem na muzykę i role żeńskie (muzyka z czołówki serialu jako dzwonek na telefonie w grupie, gdzie jako jedyny mówiłem po polsku!). Jaki współczesny serial ma szansę zrobić wrażenie gdziekolwiek poza Polską?

      • „Przyłbice i kaptury” czy „Czarne chmury” uważasz za lepiej zagrane, czy historycznie akuratniejsze? Co do pierwszego zgoda, PRL-owskie pokolenie polskich aktorów i aktorek to warsztatowo nie ta liga, co dziś i praktycznie każdy film z tamtych lat grany jest bardziej przekonująco, nawet jeśli maniera już trochę trąci myszką i technika realizacji poszła do przodu. Interesujący stosowano wtedy zabieg aktorskiego slumsienia, tj. mieszania aktorstwa wysokiego, kształconego w szkołach teatralnych ze szczerym naturszczykowstwem (duet Maklakiewicz-Himilsbach się kłania m.in.). Co do historyzmu, to można się spierać długo i namiętnie…

        • Co do realiów historycznych to nie będę się upierał, czy Dowgird powinien walczyć kordelasem z gardą prostą, czy potrójną zdobioną, bo aż tak się nie znam. Po prostu do „Czarnych chmur” mam wielki sentyment jako do porywająco opowiedzianej historii z fantastycznymi rolami; wachmistrz Kacper i panna Domaradzka (Anna Seniuk w wydekoltowanej sukni!) to duet, który aż skrzył się od temperamentu i charakterności. Profesjonalnie zrobione pojedynki na broń białą, demonicznie inteligentne i wysublimowane czarne charaktery, Fronczewski jako narrator! Wspaniałe plenery na zamkach i w ich wnętrzach (Baranów Sandomierski – kto nie był osobiście, niech już teraz planuje długi weekend w maju).
          Stąd moja teza, że do takiego serialu nic ze współczesnych wypierdów nie zbliży się nawet na odległość rzutu kamieniem przydrożnym. Pozostaje tylko zakończyć cytatem. Podczas jednego z pojedynków pułkownik Dowgird obiecuje przeciwnikowi, że jeśli ów wygra pojedynek – zostanie puszczony wolno. Oficer wątpi w swoje szanse na ujście z życiem i mówi: „Ale jak ja pana zabiję, to pana wachmistrz mnie zastrzeli”. Na to wachmistrz Kacper głębokim basem i tonem wskazującym, że nie może się już tego doczekać: „Jak Bóg na niebie…”.

          • Dekolt Anny Seniuk w zasadzie zamyka dyskusję, bo to rzeczywiście duet, który skrzył się od temperamentu i charakterności. ;o)

            Co do plenerów i wnętrz, to chyba ogólnoświatowy trend z rosnącą niedostępnością/kosztownością takowych, szczególnie jeśli chodzi o produkcje historyczne.

          • Wobec tego niech robią teatr telewizyjny, a nie szarpią się na coś, na co ich nie stać. To może kolejny będzie serial o stacji kosmicznej – ale z braku funduszy na realistyczne filmowanie nieważkości, sceny z kosmosu będą robione na trzepaku z aktorami wiszącymi głową w dół?

          • No cóż, mimo niebotycznych funduszy w jednej z najnowszych superprodukcji hollywoodzkich dano sobie spokój z nieważkością i próżnią, więc bez problemu rebelianckie bombowce kosmiczne zrzucają w kosmosie bomby na gwiezdne niszczyciele Nowego Porządku. A właściwie to z problemem, bo mimo dysponowania technologią pozwalającą na skoki w nadprzestrzeń przy jednoczesnym utrzymywaniu dupleksowej komunikacji bez żadnych opóźnień, zaczepy bombowe zwalniać trzeba wielkim mechanicznym dynksem z guzikiem, który czasem lubi upaść i trzeba po niego się schylić, ryzykując przy tym wypadnięcie przez otwarty luk. Do tego latające bez skafandra księżniczki, niesione niczym innym jak tylko Mocą… zawieszenia niedowierzania.

            No tak, kwestia obranego stylu. Oglądam na Netflixie kostiumowy sitcom BBC o perypetiach Williama Shakespeara. Anachroniczność zamierzona, teatralność gry również. Za to nadkrojony bochen chleba na stole wyląda nad wyraz realistycznie.

          • E, hrabio Frytko Marchewkowa, mieszacie – porównujecie gruszki z pistacjami. Owa produkcja z Hollywood nie rości sobie pretensji do bycia opowieścią realistyczną, to tylko baśń dla dużych chłopców. Przy całym moim braku szacunku do nowych Gwiezdnych Wojen – nie próbują nikogo przekonywać, że to ma coś wspólnego z realiami, nie robią konkurencji „Grawitacji” ani się na tym filmie nie wzorują.

            A już porównanie do produkcji BBC to kopanie leżącego.

Dodaj komentarz

Zobacz też

Magazyn

Ragnar Lodbrok, czyli co ty wiesz o wikingach?

Travis Fimmel jako Ragnar Lodbrok w popularnym serialu "Wikingowie" podbił serca widzów i dla wielu stał się powodem, by bliżej zainteresować się historią skandynawskich wojowników. Co w niej jest prawdą a co zmyśleniem? Co wiadomo o Ragnarze? Opowiada Artur Szrejter, autor książek popularnonaukowych, poświęconych m.in. historii walk Słowian nadbałtyckich ze skandynawskimi wikingami.
Jakub Napoleon Gajdziński
Jakub Napoleon Gajdziński
1 października 2018
CZYTAJ WIĘCEJ