Zrzutki pracownicze: zacieśniają więzy czy wkurzają?

Ile to nas kosztuje?
6 minut czytania
1954
0
Olga Siemoniak
Olga Siemoniak
29 stycznia 2018

Teoretycznie mają być wyrazem tego, że praca to nie tylko miejsce, do którego chodzimy zarobić, ale też takie, w którym po prostu czujemy się dobrze. W praktyce bywają zmorą i ością w gardle. Czy lubimy się składać na prezenty dla współpracowników i na jakich zasadach robimy to najchętniej?

O zrzutki na prezenty zapytałam znajomych, a także ludzi na kilku grupach na Facebooku – odpowiedzi dostałam od około trzydziestu osób. Wniosków jest kilka.

Zrzucenie się na prezent dla lubianego kolegi z pracy nie jest problemem, mniej chętnie robimy to, kiedy akurat urodziła żona najstraszniejszego typa w biurze. Niechętnie podchodzimy też do ściepy z okazji urodzin prezesa oraz do takiej, która zbyt mocno atakuje nasz portfel.

5, 10 czy 20 złotych raz na jakiś czas jest kwotą, którą większość pracujących akceptuje. Gdy w biurze pracuje około dziesięciu osób, wychodzi maksymalnie po 200 zł rocznie (o ile świętujmy tylko urodziny, a nie każdą możliwą okazję), i za tyle też mniej więcej dostajemy prezent. Jak są to karty upominkowe do naszych ulubionych sklepów, to jesteśmy zadowoleni. Gorzej, jak wydawaliśmy raz na miesiąc 20 zł i dostajemy coś absolutnie głupiego i bezużytecznego. Wówczas nerwy nam puszczają. Zdarza się, że puszczają wcześniej – na przykład, gdy zrzutka przekracza granice rozsądku.

Najbardziej wkurza nas, gdy kwota zrzutki jest zbyt wysoka

Ile można na to wydawać?

No dobra, tylko co to są granice rozsądku? Ile to dokładnie jest?! 30, 40, 50 złotych?! Jedna z moich rozmówczyń przyznała, że odkąd zmieniła pracę i przeprowadziła się do Warszawy, biurowe zrzutki, które kiedyś sama z ochotą inicjowała, zaczęły ją – cytując – wkurwiać. – Mam w biurze 12 osób i mam dość. Owszem, pewnie na urodziny zgarnę jakiś fajny prezent, ale szczerze mówiąc wolałabym za tą kasę kupić coś sobie sama. Składamy się po 40, 50, 60 złotych, w zależności od tego, co akurat danej osobie wymyślimy na prezent. A tu urodziny, a tu ktoś obchodzi pięciolecie na swoim stanowisku, do tego śluby, chrzciny, awanse wewnątrz firmy. Dla mnie to przesada, a kwoty są na tyle duże, że odczuwam te zrzutki – przyznaje.

Reszta moich rozmówców na wieść, że gdzieś są tak wysokie zrzutki, puka się w głowę. Do 20 złotych ma to sens, choć raczej przeważają odpowiedzi, że 10 złotych brzmi bardziej rozsądnie. Część uważa, że urodziny to wystarczający powód do kupienia komuś prezentu, a inni, że lepszym pomysłem jest składanie się w jakichś wyjątkowych chwilach, jak ślub czy narodziny dziecka. Sporo pytanych przeze mnie osób było zdania, że zrzutki – w rozsądnych kwotach – zacieśniają więzy i integrują współpracowników. Jasne, że czasami wkurzają, bo zawsze w grupie są antypatie, ale tak czy inaczej, póki składają się wszyscy, jest to uczciwe.

Skąpstwo czy rozsądna oszczędność?

Jednak zawsze znajdzie się taki, który nie dorzuci się do prezentu. Gdy mówimy o grupce 6-7 osób, to grupowy zbieracz-komornik dopomni się o zaległość, ale jeśli mamy akcję „co łaska dla kolegi, bo mu się dziecko urodziło”, to zwykle parę osób się wymiguje. Jak zaznacza jedna z moich rozmówczyń, to zwykle ci, którzy się nie składają najgłośniej śpiewają „Sto lat” albo pierwsi składają życzenia. Fakt, że ja się dorzuciłem, a ktoś inny nie – ewidentnie irytuje. O ile jednak ktoś robi to jawnie, nie mamy z tym wielkiego problemu. Gorzej, jak jest ostatni do zrzutki, a pierwszy do składania życzeń i wypytywania, jak podoba się prezent.

Wróćmy jednak do tych, którzy się nie składają, bo im się to nie podoba, bo nie mają ochoty wydawać pieniędzy na prezenty dla współpracowników lub po prostu ich na to nie stać. I mówią o tym jawnie, a nie udają, że nie mają drobnych w portfelu. Jedna z pytanych przeze mnie osób przyznała, że nie zawsze się zrzuca, a jak to robi, to raczej dokłada tyle, ile uważa za stosowne, a nie tyle, ile ustaliła grupa. Jak przyznaje, raczej uchodzi za dziwadło. Inna z kolei opowiada, że kiedyś w jej pracy składano się, ale z racji zróżnicowanych pensji w obrębie zespołu, powoli wykruszały się osoby chętne do składek i tak tradycja umarła.

Prezenty zawsze są miłe, ale jednak nie każdego chce się obdarowywać – zwłaszcza w pracy

Wstyd nie dać?

Choć niekoniecznie lubimy zrzucać się na prezesów, którzy zarabiają najwięcej, robimy to, bo wypada. Zresztą częściej składamy się, bo wypada niż dlatego, że czujemy taką potrzebę. Choć jej nie czujemy, to dokładamy się, nawet jak kwoty są trochę za duże. Trudno nam się przyznać, że szkoda nam kasy na współpracowników, a jeszcze trudniej powiedzieć, że jest się pod kreską i takie zrzutki nadszarpują budżet i odbywają się kosztem czegoś.

Ja osobiście uważam, że zrzutka na prezenty w pracy to pomysł średni. Jeśli chcemy być z kimś blisko, to spotykamy się po pracy, zapraszamy tego kogoś do naszego życia i wtedy robimy sobie prezenty. W przeciwnym razie to dość sztuczna sytuacja. Do tego uważam, że dużo fajniejsze jest dostanie filmiku zmontowanego przez ekipę, z którą się pracuje, wywołanie wspólnych zdjęć, a nie dostanie bonu na zakupy, za który się wcześniej zapłaciło przez zrzucanie się na prezenty dla innych. Ważne jest też wzięcie pod uwagę, że ludzie różnie zarabiają, mają wydatki, o których nie zawsze wiemy i inicjowanie zbiórek pieniędzy trzeci raz w miesiącu może być ponad czyjeś siły. A bardzo trudno jest się tego przyznać. Do pracy chodzimy zarabiać i jeśli zintegrujemy się z kimś naprawdę mocno, to sami chętnie kupimy mu prezent. Myślę, że rolą szefa czy lidera danego zespołu jest ustalenie zasad, że zrzutki jeśli muszą być, to naprawdę symboliczne. Całkowicie nieetyczne jest według mnie zrzucanie się na prezent szefa – jest tyle opcji zrobienia kreatywnego i niemal darmowego prezentu, że docenienie szefa, jeśli musimy to zrobić – może odbyć się po kosztach.

Olga Siemoniak
Olga Siemoniak
Rocznik '86, absolwentka polonistyki, zawodowo klepie teksty, prywatnie i od czasu do czasu – męża. Social media sierota, która prowadzi bloga www.znetawziete.pl.
AUTOR

Polecamy

Komentarze