Życie w średniowiecznym zamku: romanse z rycerzami, polowania na dziki, nocnik pod łóżkiem

I szklany fallus z Elbląga!
14 minut czytania
1105
0
Ania Ciężkowska
Ania Ciężkowska
27 stycznia 2018
fot. Adam Ciężkowski

Zwiedzaliście jakiś średniowieczny zamek (wycieczka szkolna do Malborka oczywiście też się liczy, nawet jeśli nic z niej już nie pamiętacie) albo z zapartym tchem śledzicie kolejne odcinki “Korony królów” i zastanawiacie się jak naprawdę wyglądało życie codzienne w takim otoczeniu?

Lustro to był prawdziwy luksus, z higieną bywało różnie, rycerze niekoniecznie bywali cni i szlachetni, a dwunastoletnia żona nikogo nie szokowała.

Kto rano wstaje, ten… mieszka na zamku

Średniowieczny zamek budził się do życia nieludzko wcześnie, znaczy o świcie. Pierwszym obowiązkiem służby, która spała na strychach czy w piwnicach, było rozpalenie w kuchni i w wielkim holu (też: hallu) zaraz po przebudzeniu, natomiast rycerze i zbrojna ekipa zmieniali nocną wartę. Pan i pani na zamku również nie pozwalali sobie na leniwy poranek w łóżku. Ponieważ sypiano nago, przed wygramoleniem się z objęć pościeli zakładali bieliznę. On wskakiwał w lniane kalesony, ona w długą koszulę. Po szybkim obmyciu się w misce z zimną wodą (a to czyściochy!) następował ciąg dalszy ubierania.

Na zamku nie było zbyt ciepło, więc wykorzystywano technikę na cebulkę. Zarówno władca, jak i jego dama ubierali się podobnie. Najpierw zakładano tunikę z długim rękawem, wciąganą przez głowę i zapinaną na pod szyją, a na to opończę bądź kolejną tunikę, tym razem bez rękawów lub z bardzo szerokimi, a na koniec jeszcze płaszcz. Całość zapinana na wysokości talii pasem z metalową klamrą. Na nogi wędrowały pończochy i pantofle lub trzewiki. Wśród kolorów ubrań przeważały barwy niebieska, żółta, zielona, purpurowa oraz karmazynowa. Przede wszystkim królowała wełna, chociaż czasem władca zamku sięgał po takie luksusy jak tafta, adamaszek, kamlot (wełna kozia lub wielbłądzia) oraz złotogłów, czyli tkaninę ze złotych nici. Dość popularne było wykorzystywanie futer. Przede wszystkim ofiarą padały wiewiórki, jagnięta, króliki, gronostaje, wydry, kuny, lisy czy sobole.

Zamek w Chęcinach (fot. Adam Ciężkowski)

Po porannej mszy mieszkańcy zamku jedli śniadanie, na które składał się przede wszystkim chleb i wino bądź piwo. Po posiłku wszyscy zabierali się do codziennych obowiązków. Władca odbywał spotkania, jego żona zabawiała gości i pilnowała służby, a w razie nieobecności męża – zarządzała zamkiem i całym majątkiem.

Zapewne zajmowała się również byciem w ciąży lub rodzeniem, biorąc pod uwagę, że zanim kobieta osiągnęła wiek dwudziestu lat miała już bardzo często kilkoro dzieci, a w okolicy trzydziestki zostawała babcią. Oczywiście, o ile udało jej się przeżyć wszystkie porody, co w tamtych czasach nie było łatwe – umierała jedna na cztery rodzące. Dzieci (te, którym również udało się przeżyć poród) odrabiały lekcje i spędzały czas na zabawie. Obowiązywał pakiet gender. Chłopcy doskonalili swoje umiejętności w polowaniu i sokolnictwie, walce, graniu w szachy i jeżdżeniu konno, a w wolnym czasie bawili się bączkami, podkowami, łukami bądź piłkami. Natomiast dziewczynki uczyły się szyć, wyszywać i tkać, a także czytać, pisać, śpiewać i mówić po łacinie, a pobawić mogły się lalkami.

Janie, gdzie moje kalesony?

Służba od rana do wieczora wypełniała swoje obowiązki pod czujnym okiem zarządcy, który nadzorował codzienne wydatki na zamku i prowadził rachunki, czasem oddzielne dla władcy i jego żony. Personel, zwykle dzielił się na zbrojną załogę, czyli rycerzy, giermków, strażników, zbrojnych i odźwiernych, pełniących rolę gwardii oraz na personel administracyjny, nad którym czuwał zarządca. Kapelan lub kanclerz zajmowali się kaplicą, szambelan zawiadywał wielką komnatą, garderobiany dbał o ubrania, kamerdyner lub cześnik opiekował się magazynkiem z alkoholem, klucznik pilnował drzwi, a kucharz oczywiście rezydował w kuchni. Praczka czyściła ubrania, prześcieradła, obrusy i ręczniki, a czasem też myła włosy pana i pani na zamku.

A teraz pójdźcie pocałujcie swoją pralkę, za to jaka jest wspaniała i powiedzcie jej coś miłego, niech się poczuje doceniona. Dlaczego? Otóż na zamku pranie było ciężką pracą fizyczną. Praczka najpierw namaczała brudy w dużej, drewnianej balii wypełnionej mieszanką wody, sody kaustycznej i popiołu drzewnego, a następnie tłukła je i płukała (przypominam, że ta woda to była zimna), by na koniec wszystko rozwiesić.

Zamek w Ogrodzieńcu (fot. Adam Ciężkowski)

Marszałek bądź koniuszy nadzorowali stajnie, a wraz z nimi pracę stajennych, kowali, woźniców i klerków. Odpowiadali oni między innymi za dostarczanie zakupów, transport dostaw, a także wykonywanie podków i gwoździ. Był również stolnik, który między innymi dbał o obrusy (te wyprane przez praczkę), sługa odpowiedzialny za owoce, rzeźnik, piekarz, drobiarz, podczaszowie, piwowar, a także wytwórca opłatków oraz świec. Te ostatnie robiono z wosku bądź łoju i zawieszano w pętlach lub lokowano w naściennych uchwytach bądź kandelabrach. Knot powstawał z sitowia. Najwięcej światła dawały pochodnie oraz lampki olejne w formie czasz na stojakach.

Funkcjonowała też cała rzesza pomocników. Szambelan zatrudniał skarbnika, który odpowiadał za skrzynie z monetami i srebrami, garderobiany nadzorował krawców, a gońcy przenosili między rezydencjami rachunki, towary oraz listy. Istniało również stanowisko jałmużnika, który trudnił się sprawami datków dla ubogich i zbierał resztki ze stołu, po czym dostarczał je potrzebującym. Właściciel zamku (a właściwie pałacu) w Mosznej, Franz Hubert von Tiele-Winckler, zatrudniał natomiast służącego, którego jedynym obowiązkiem było polerowanie klamek. Podobno z jednej strony chciał w ten sposób podkreślić swoje bogactwo, a z drugiej pomóc miejscowej ludności dając dodatkowe źródło utrzymania.

Średniowieczne podręczniki zarządzania gospodarstwem opisują natomiast obowiązki szambelana przygotowującego swego pana do snu w taki sposób: “Zdejmij jego szaty i przynieś mu okrycie, by uchronić go od zimna. Następnie zbliż go do ognia i ściągnij mu buty oraz kalesony […], uczesz mu włosy, pościel łóżko, kładąc prześcieradło pod głowę i poduszki, a gdy Twój pan jest w łożu, zaciągnij zasłony […] Następnie wyprowadź psa lub kota i upewnij się, że misa oraz nocnik są niedaleko pana twego”.

Tam, gdzie król chodził piechotą…

Pan i pani na zamku mieli do dyspozycji uniwersalny nocnik, który w razie potrzeby rano opróżniała służba. Rano, czyli ewentualna zawartość stała sobie pod łóżkiem kilka godzin. Czas więc docenić komfort współczesnych toalet. Wystarczy zacząć od tego, że funkcję papieru toaletowego pełniło często siano. Wykorzystywano też liście, mech lub kłaki wełny. Na pierwszą rolkę papieru toaletowego ludzkość musiała poczekać do drugiej połowy XIX wieku, a jedno z haseł reklamowych brzmiało: „Nie zawiera drzazg!”. Co, o zgrozo, sugeruje, że były takie, które zawierały.

Zamek w Bobolicach (fot. Anna Ciężkowska)

Latryna, nazywana też garderobe (zdecydowanie nie mylić z pomieszczeniem na ubrania), zwykle znajdowała się blisko zamkowej sypialni. Jeśli architektura zamku na to pozwalała latrynę budowano wewnątrz murów, w przyporze, czyli pionowym wzmocnieniu zewnętrznej ściany, na końcu krótkiego korytarza, który załamywał się pod kątem prostym. Czasem jednak garderobe była wysunięta poza linię murów i zawieszona nad fosą lub rzeką okalającą twierdzę. Tak było na przykład na Zamku w Bobolicach. Bywało, że latryna znajdowała się nad długim szybem sięgającym prawie do ziemi, ale to rozwiązanie mogło okazać się zgubne w przypadku oblężenia zamku. Zdeterminowani napastnicy mogli dostać się do fortecy wspinając się właśnie tunelem odprowadzającym nieczystości z latryny. Historia zna takie mało apetyczne przypadki (atak na Chateau Gaillard, zamek Ryszarda Lwie Serce). By tego uniknąć w późniejszych czasach ujście kanału bywało zabezpieczone murem.

Oczywiście to nie jest tak, że ludzie w średniowieczu nie mieli nosów. Dobrze usytuowana i skonstruowana latryna była na tyle ważna, że nawet królowie zaprzątali sobie nią głowę:  “Jako, że ustęp […] w Londynie usytuowany jest w nieprzystosowanym i niewłaściwym miejscu, co sprawia, że źle pachnie, rozkazujemy Wam w imię wiary i miłości, jakie jesteście nam obowiązani, byście bez uchybienia wystawili nową latrynę […] nawet gdyby to miało kosztować 100 funtów, w taki sposób, by wszystko było gotowe […] zanim tam przybędziemy” – pisał zdeterminowany władca Anglii, Henryk III. A wszystko to w imię wiary i miłości!

Wanna z baldachimem?

Stosunkowo łatwy dostęp do wody, zarówno do pitnej jak i tej do mycia, zapewniały na zamkach punkty czerpania umieszczone na każdym piętrze. Źródłem była oczywiście studnia. W przypadku twierdz, które zbudowano na wzniesieniach, jak na przykład zamek w Ojcowie, konieczne było wykopanie studni liczącej kilkadziesiąt metrów głębokości, by dostać się do wód gruntowych. Budowano również zbiorniki na wyższych piętrach warowni. Wodę dystrybuowano na niższe kondygnacje rurami, a przepływ był regulowany za sprawą miedzianych bądź brązowych kurków. Obecność umywalek, zwanych lawaba, sugeruje, że czyste ręce nie były pojęciem zupełnie obcym.  W Polsce ich ślad można znaleźć na zamku w Gołańczy. Czasem do mycia rąk służyła zwykła niecka z wystającą rynną, wbudowaną we wgłębieniu przy wejściu do pomieszczenia.

Gród na Górze Birów (fot. Adam Ciężkowski)

Stała łazienka nie była zamkowym standardem, a raczej luksusem. Kąpano się w drewnianej balii, osłoniętej namiotem lub baldachimem, by uniknąć przeciągów, a dla zwiększenia komfortu taka wanna była wysłana płótnem. Warunki kąpieli zależały od pogody. Latem i w ciepłe dni balia była umieszczana w ogrodzie, a w zimne w komnacie, oczywiście jak najbliżej kominka. Gdy władca wybierał się w podróż „wanna” wyruszała razem z nim i to w zestawie ze sługą, który był specem od przygotowywania kąpieli. Natomiast Henryk III w swojej posiadłości w Westminsterze miał nie tylko dom kąpielowy, ale też kurki z bieżącą zimną i ciepłą wodą. Splendoru dodawały kafelki i maty chroniące stopy przed zimnem.

W ramach dbania o urodę damy zażywały nie tylko kąpieli (nie takich znowu częstych), ale też stosowały kosmetyki, jak owczy tłuszcz, róż oraz wybielacze do cery. Wbrew stanowisku Kościoła (a na pewno, ku uciesze szatana, którego przecież bardzo interesują owłosione kobiece nogi) stosowały specyfiki do depilacji.

Spanie z żoną ratuje życie

W pierwszych zamkach władca z najbliższą rodziną spał z tyłu holu, tuż za podestem, a taką prowizoryczną sypialnię oddzielała od reszty pomieszczenia jedynie zasłona lub parawan, a tylko czasem stałą drewnianą ścianką. W takich warunkach o intymności raczej nie mogło być mowy. Wraz z rozbudową zamków ich właściciele zapragnęli więcej prywatności, a co za tym idzie – pojawiły się sypialnie w oddzielnych komnatach. Głównym elementem umeblowania było oczywiście wielkie łoże z ciężką drewnianą ramą i lnianymi zasłonami, które chroniły od przeciągów. Spało się na puchowym materacu i prześcieradłach, a pod kołdrami i skórzanymi przykrycia. Tego typu łóżka bywały rozkładane na części i zabierane w podróż. Służący i wojskowi sypiali w wieżach, piwnicach, holu, przybudówkach bądź osobnych barakach. Słowem: gdziekolwiek.

Zamek w Mosznej (fot. Adam Ciężkowski)

Najzamożniejsi panowie oraz ich żony miewali osobne sypialnie. W takiej sytuacji oczywiście dama spała w towarzystwie swoich dwórek. Wiadomo, że kobieta zostawiona samotnie w sypialni z miejsca sprowadzi sobie kochanka! Spanie z żoną mogło mieć również taką zaletę, że ratowało życie. Pewnej nocy w 1238 roku morderca uzbrojony w sztylet odwiedził sypialnię Henryka III Plantageneta (to ten od wypasionego domu kąpielowego) w celu dość konkretnym, bo zabicia króla. Pechowiec został schwytany nim zdążył wykonać misję, bo władca akurat spał z królową.

Czyste paznokcie i brudny obrus

Codzienny obiad podawano między dziesiątą rano a południem (ja wtedy jadam śniadanie!) i składał się on z dwóch, trzech dań. Kolacje serwowano późnym popołudniem. Kolejność potraw wnoszonych przez służbę miała oczywiście znaczenie i była nadzorowana, tak samo jak zachowanie personelu, przez panią zamku. Na stole pojawiało się mięso wieprzowe, wołowe, baranie, czy drobiowe, a także dziczyzna. Mięso było cięte nożem, a następnie jedzono je palcami. Zwykle dwie osoby dzieliły danie między siebie, przy czym ta o słabszej pozycji miała za zadanie usługiwać znamienitszemu towarzyszowi, czyli między innymi łamać chleb i podawać napoje. Generalnie usadzenie przy stole odzwierciedlało pozycję społeczną, a oczywiście Im wyższy status, tym lepsze miejsce. Serwowano również owoce, jak jabłka, śliwki, gruszki czy brzoskwinie, a do tego ser, orzechy i wafle. W czasie postu na stołach królowała ryba. Zawsze można było liczyć na doprawione wino (niestety nie zwracano zbytnio uwagi na jego jakość) i piwo.

Podręczniki etykiety funkcjonujące w średniowieczu kładły nacisk na to, by uczestnicy uczty nie zostawiali łyżek w zupie, nie kładli łokci na stole, nie czkali, nie pili z pełnymi ustami oraz nie jedli zbyt zachłannie. Pełna jedzenia buzia nie była ok, ale wycieranie rąk w obrus już tak. Zwracano szczególną uwagę na czystość rąk i paznokci, zalecano wycieranie sztućców zaraz po użyciu i wycieranie ust przed napiciem się, a maczanie mięsa we wspólnym naczyniu z solą było bardzo źle widziane.

Obiadom towarzyszyły czasem dodatkowe atrakcje takie jak opowiadanie historii, śpiew, występy muzyków, aktorów czy błaznów, którzy byli gotowi posunąć się do takich żartów jak rzucanie w ludzi jedzeniem i kamieniami lub wyciskanie soku z niedojrzałych winogron prosto w oczy. Przednia zabawa doprawdy.

Zamek w Czersku (fot. Adam Ciężkowski)

Sokoły na sznurku i turnieje rycerskie

Jedną z popularniejszych rozrywek na zamkach były polowania i sokolnictwo. Drapieżne ptaki były jednym sposobem na upolowanie ptactwa, które latało poza zasięgiem łuków i kusz. Każdy szanujący się władca twierdzy miał sokoły, a co za tym idzie jednym z niezbędnych zabudowań zamkowego dziedzińca były specjalne klatki, gdzie ptaki te mogły żyć i odpoczywać.

Dobrze wyszkolony sokół był drogi przede wszystkim z uwagi na czasochłonny i wymagający trening. Ptaki, które potem towarzyszyły możnym w trakcie polowań pozyskiwano wykradano jako pisklaki z gniazd lub łapano w sieci młode osobniki, które dopiero opuściły gniazdo. Szkolenie nie było przyjemne, a już na pewno nie dla ptaków. W ramach przygotowanie ptaka do tresury obcinano ostre końcówki pazurów, a oczy czasowo zaszywano. Dookoła nóg wiązano skórzane sznurki z metalowymi kółkami na końcach i przyczepiano dzwoneczki. Sokoła w takim stanie stopniowo przyzwyczajano do kaptura. Pierwszą lekcją była nauka utrzymania się na nadgarstku. Na początek sokolnik delikatnie nosił drapieżnika w ciemności i uczył go przechodzenia z ręki do ręki, cały czas głodząc zwierzę. Drugiego dnia ptak dostawał nóżkę kurczaka. W czasie karmienia był głaskany, a opiekun mówił do niego lub śpiewał, zachowując niezmienną tonację głosu. Stopniowo przywracano wzrok zwierzęciu, ale człowiek musiał przy tym mieć się na baczności i nie pokazywać ptakowi swojej twarzy. Wierzono, że jest ona dla sokoła nadzwyczaj odrażająca. Cóż, po takich szkoleniu zapewne tak.

Polowanie było sportem i zabawą, ale też sposobem na dostarczenie jedzenia do zamkowej spiżarni. Z lasu pochodziło nie tylko mięso, ale też orzechy, jagody, grzyby i dziko rosnące jadalne rośliny, a chociaż w średniowieczu nie interesowano się ekologią to dostrzegano, że tereny zalesione lasy są wartościowym źródłem zasobów i prawnie ograniczano wycinkę oraz kłusownictwo, ustanawiając rezerwaty dla zwierząt.

Wiele uciechy mieszkańcom zamków i okolicznych wsi dostarczały również ceremonie pasowania na rycerza oraz turnieje. Świeżo zaprzysiężeni rycerze pokazywali swoje umiejętności przypuszczając atak na manekiny uzbrojone w kolczugi i tarcze. Czasem widzowie mogli również liczyć na pozorowaną walkę z innymi rycerzami. Warto jednak wiedzieć, że pomimo intensywnego wpajania wojownikom chwalebnych zasad kodeksu, to jednak wielu z nich nie było zainteresowanych ratowaniem dziewic, modleniem się, czy pomaganiem kobietom w potrzebie. Wielu z nich pomijając zbroję i konia nie posiadało nic więcej. System dziedziczenia majątku przez najstarszego syna skazywał młodszych braci na brak dochodów i tułaczkę oraz imanie się jakiegokolwiek zajęcia, które mogło być źródłem dochodu. Najbardziej opłacalnym dla rycerza źródłem wzbogacenia się pozostawał okup od zamożnej osoby wziętej do niewoli. W trakcie wojen mężni kawalerowie zaciągali się do armii, a w czasach pokoju jeździli od zamku do zamku i brali udział w turniejach. Zmagania rycerskie podczas turniejów średniowiecznych były w rzeczywistości zawziętą i często bezlitosną walką na śmierć i życie. Dopiero w czternastym i piętnastym stuleciu walkę zbiorową zastąpiono pojedynkami, w wyniku których wyłaniano zwycięzcę.

Zamek w Pieskowej Skale (fot. Adam Ciężkowski)

Szach mat, chodź się całować!

W średniowieczu szachy były bardzo popularną rozrywką nie tylko dlatego, że ta “wojna na niby” idealnie wpisywała się w etos rycerza, ale również dlatego, że gra stała się idealnym sposobem na… flirt. Nikogo nie powinno więc dziwić, że na początku piętnastego wieku w Europie szaloną popularność na dworach zdobył poradnik „Księga Szachów Erotycznych”, gdzie miłość tłumaczono jak partyjkę szachów.

Towarzyski charakter gry sprzyjał pojedynkom pomiędzy kobietą, a mężczyzną. Partyjka nad szachownicą była więc często wykorzystywana jako pretekst do spotkania lub poznania się lepiej. Pamiętajmy, że na średniowiecznym zamku panowały dość sformalizowane zasady dotyczące stosunków damsko-męskich (a może raczej damsko – rycerskich?).  Wszystko to zadziałało na wyobraźnie pisarzy i szachy trafiły do romansów jako sposób na zdobycie kochanki. Na kartach literackiej fabuły wynik gry mógł decydować o tym, czy dama spędzi noc z wielbicielem. W romansie z trzynastego wieku do saraceńskiej twierdzy przybywa rycerz o imieniu Huon, który znany jest z tego, że bardzo dobrze gra w szachy. Ambity saraceński władca chcąc go sprawdzić, proponuje wojownikowi rozgrywkę ze swoją zjawiskowo piękną córką – mistrzynią szachową. Huon podejmuje wyzwanie, pomimo iż stawka jest wysoka. Jeśli rycerz zwycięży może spędzić z dziewczyną noc, jeśli przegra, zostanie zabity. Gra jest wyrównana, ale w końcu szala zwycięstwa zaczyna przechylać się na stronę kobiety. Na szczęście dla mężczyzny jego przeciwniczka zakochuje się w nim i pozwala mu wygrać, by mógł ocalić głowę. Rycerz świadomy, że wygrał w mało uczciwy sposób rezygnuje z nagrody.

Czyżby nadszedł dzień, w którym odszczekam wszystkie mniej lub bardziej publiczne deklaracje, że szachy mnie nudzą?

Wystawa na zamku w Ciechanowie (fot. Adam Ciężkowski)

Miłość dworska

Poważnym elementem życia na zamku były opowieści o miłości dworskiej. Chociaż w Polsce była ona mniej rozpowszechniona niż na zachodzie Europy to mimo wszystko łakomych kąsków nie brakuje. W “Kronice Wielkopolskiej” z XIII wieku znajdujemy opowieść o Walterze i Helgundzie. Rzeczona Helgunda pomimo iż była narzeczoną pewnego księcia, zakochała się w rycerzu o imieniu Walter i uciekła z nim do Tyńca, gdzie wzięli ślub. Niestety piękna kobieta rychło zdradziła męża z księciem Wisławem. By dodać dramatyzmu całej opowieści pojmany podstępem rycerz został zmuszony do obserwowania jak niewierna małżonka i książę “oddają się uciechom miłosnym” w sali jadalnej. Upokorzony Walter zostaje uwolniony przez brzydką i niepełnosprawną siostrę Wisława (brat obiecał jej męża, ale nie dotrzymał słowa, tak więc sam się prosił), po czym zabija kochanków przebijając ich mieczem, gdy się migdalą. Czyli telenowela mediewalna, moi mili, i nie wiem czy nadal wypada śmiać się z “Mody na sukces”, o “Koronie królów” nie wspominając.

Miłość dworska była średniowiecznym ideałem literackim (i może też lekką obsesją), ale z rzeczywistością nie miała raczej zbyt wiele wspólnego. Istnieją przypuszczenia, że idea ta powstała po części, by złagodzić brutalne i obcesowe zachowanie rycerstwa względem kobiet. Tak czy inaczej w kwestii niewierności małżeńskiej obowiązywały wyraźnie podwójne standardy. Królowie, baronowie, a nawet rycerze mieli dość oficjalnie utrzymanki oraz nieślubne dzieci, natomiast zdrada popełniona przez kobietę była mocno piętnowana i karana. Niewierna żona była hańbiona i oddalana od męża, a kochanka w najlepszym wypadku okaleczano. Przypadki samosądów, a w rezultacie kastracji nie były odosobnione. Romans z żoną seniora czy pana zamku, był postrzegany jak zdrada stanu i mógł kosztować życie.

Jeden z polskich przekazów opowiada historię o władcach śląskich zamków Bobolice i Mirów, które położone są od siebie o zaledwie półtora kilometra. Należały do braci, Bobola oraz Mira, którzy zawsze się wybornie dogadywali. Niestety obaj zakochali się w tej samej kobiecie – pięknej brance, którą jeden z braci przywiózł z wojennej wyprawy z Bolesławem Krzywoustym. Nie widząc innego wyjścia, rzucili monetą i za sprawą losu kobieta została żoną Bobola, pomimo że była zakochana w Mirze. Niestety jakiś czas później Bobol przyłapał brata ze swoją ślubną w akcji dość jednoznacznej. W gniewie zabił Mira, a swoją niewierną małżonkę zamurował w jednym z zamkowych tuneli. Pewnie całej sytuacji można by uniknąć, gdyby tylko zapytali nieszczęsnej kobiety z kim ONA chciałaby być.

A gdyby tak dorzucić do tego wszystkiego średniowieczne szklane fallusy (znaleziono takie w Elblągu) czy flandryjskie odznaki, które pokazują męskie organy płciowe pieczone na rożnie (nic mnie już nie zdziwi), to może się okazać, że codzienne życie na zamku średniowiecznym nabiera rumieńców…

Ania Ciężkowska
Ania Ciężkowska
Zawodowo siedzi w marketingu od 2010 roku. W wolnych chwilach konfabuluje, czyta i zwiedza zamki. Wielbicielka tatara, wciąż szuka tego idealnego. Słoń nadepnął jej na ucho, nie ufa gołębiom, lubi pociągi i jeść śniadania na mieście. Przed każdą podróżą samolotem spisuje testament. Żałuje, że nigdy nie pozna Tove Jansson i nie pójdzie na koncert The Beatles.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Ragnar Lodbrok, czyli co ty wiesz o wikingach?

Travis Fimmel jako Ragnar Lodbrok w popularnym serialu "Wikingowie" podbił serca widzów i dla wielu stał się powodem, by bliżej zainteresować się historią skandynawskich wojowników. Co w niej jest prawdą a co zmyśleniem? Co wiadomo o Ragnarze? Opowiada Artur Szrejter, autor książek popularnonaukowych, poświęconych m.in. historii walk Słowian nadbałtyckich ze skandynawskimi wikingami.
CZYTAJ WIĘCEJ