„Czwarta władza”. Ku pokrzepieniu dziennikarskich serc

4 minuty czytania
231
0
Rafał Christ
Rafał Christ
23 lutego 2018
fot. Niko Tavernise/20th Century Fox

Nowy film Stevena Spielberga jest niczym prequel do klasycznych „Wszystkich ludzi prezydenta”. „Czwarta władza” kończy się w punkcie wyjścia do opowieści snutej przez Alana J. Pakułę. O ile jednak pierwsza wymieniona produkcja była utrzymana w realistycznym kluczu, drugą można włożyć między bajki, opowiadane na dobranoc osobom próbującym swoich sił w mediach pisanych.

Pakuła pokazał jak od kuchni wygląda praca reportera śledczego. We „Wszystkich ludziach prezydenta” Bob Woodward i Carl Bernstein stopniowo odkrywali szczegóły afery Watergate przede wszystkim poprzez rozmowy z ludźmi. W „Czwartej władzy” na początku podane zostaje, że kolejne rządy okłamywały opinię publiczną w sprawie wojny w Wietnamie, ale bohaterowie nie muszą chodzić od drzwi do drzwi ani wykonywać setek telefonów. Prawdę opisano w tajnych dokumentach nazwanych potem „Pentagon Papers”, wyniesionych z Pentagonu przez Daniela Ellsberga. Zadanie dziennikarzy sprowadza się do zdobycia tego raportu.

To nie jest sprawa dla reportera

Akcja ma miejsce na początku lat 70. Do dokumentów dociera The New York Times. Kiedy dziennik publikuje zawarte w nich treści, na pierwszej stronie The Washington Post pojawia się relacja ze ślubu córki Nixona. Redaktora naczelnego gazety doprowadza to do szału. Ben Bradlee każe swoim podwładnym poruszyć niebo i ziemię, żeby zdobyć rzeczony raport. Dopiero kiedy nowojorski konkurent otrzyma od rządu zakaz dalszego pisania na ten temat, bohaterowie zaczynają rozumieć, że w całej sprawie chodzi o coś więcej, niż jedynie podniesienie wyników sprzedaży. Początkowa rywalizacja między tytułami ewoluuje w spektakularny przejaw solidarności środowiska dziennikarskiego walczącego o wolność prasy.

Twórcę o wiele bardziej niż sama reporterska robota interesują rozterki wydawców. Kay Graham, córka założyciela pisma, przejęła The Washington Post po śmierci swojego męża. Musi ona zdecydować czy opublikować materiały dotyczące raportu. To do niej należy ostatnie słowo, a jednak reżyser podchodzi do jej postaci w sposób nad wyraz konserwatywny. Na jej obowiązkową wewnętrzną przemianę niemały wpływ będzie miał mężczyzna. Zanim do niej dojdzie, rola kobiety ograniczona zostaje do reprezentowania tytułu na różnorakich spotkaniach towarzyskich, które nieraz sama organizuje. Kiedy spotyka się z wysoko postawionymi osobami, zostaje wyłączona z ważnych rozmów, wychodząc z dzielącymi się plotkami żonami. Na posiedzeniach zarządu członkowie pytają ją o opinię, ale tak naprawdę nie są nią zainteresowani. Na każdym kroku podkreślane jest jej beznadziejne położenie.

Meryl Streep w Filmie „Czwarta władza” (fot. Niko Tavernise/20th Century Fox)

Decyzja dotycząca publikacji materiałów związanych z raportem będzie miała dla niej dwojakie konsekwencje. Z jednej strony wpłynie na jej reputację w środowisku. Z drugiej natomiast stawia na szali los wchodzącego właśnie na giełdę tytułu. Istnieje ryzyko, że akcjonariusze zechcą się wycofać, a dodatkowo może narazić się rządowi. Pokazanie ciągłej walki o istnienie i zdobywanie funduszy jest nawiązaniem do aktualnej sytuacji prasy.

Wstydź się, Ameryko

Jak zwraca uwagę Michael Atkinson w swoim artykule z 2/2018 numeru Sight & Sound, „Czwarta władza” może być odczytywane jako próba zawstydzenia Amerykanów tym, jak mało zmieniło się w ich mentalności od czasów Pentagon Papers, bo jeszcze nieraz dawali się nabrać na kłamstwa polityków. Film jest jednak fantazją przepełnionego ideałami reżysera. Podejmuje on temat pierwszego poważnego wycieku tajnych dokumentów, którego konsekwencje były o wiele mniejsze niż byśmy sobie tego życzyli. Ówczesny prezydent Richard Nixon zrezygnował z pełnionej funkcji dopiero po aferze Watergate, a wojna w Wietnamie trwała jeszcze przez cztery lata.

Z tego powodu Atkinson proponuje między innymi, aby produkcję uznać za równie naiwną co ludzie, którzy kilkadziesiąt lat temu wierzyli, że sama publikacja prawdy o kłamstwach i manipulacjach polityków doprowadzi do zmian w ich zachowaniu. Odkrycie nadużyć władzy nie daje nic, jeśli obywatele nie zaczynają działać. Biorąc pod uwagę wcześniejsze dokonania reżysera, takie spojrzenie na Czwartą władzę wydaje się właściwe. Filmy Spielberga, nawet te bardziej zaangażowane, były zwykle opowiastkami ku pokrzepieniu serc. Podejmowanie ważkich tematów w charakterystyczny dla niego sposób daje widzom nadzieję na sprawiedliwość i nieco zaklina realia.

Tom Hanks w filmie „Czwarta władza” (fot. Niko Tavernise/20th Century Fox)

Przesłodzona fantazja

Aż ciężko sobie wyobrazić inną obsadę, mającą swoimi egzaltowanymi gestami i mimiką walczyć o demokratyczne wartości, w jakie bezgranicznie i naiwnie wierzy reżyser. Od dawna manieryczna, a jednak z tajemniczych przyczyn nominowana do Oscara, Meryl Streep bywa wręcz nieznośna w tak przerysowanej roli. Nieraz przesadza z wyrazistością, ale kiedy próbuje być bardziej subtelna, wychodzi jej to całkiem nieźle. Z drugiej strony Tom Hanks chyba już od lat nie czuł się tak dobrze w żadnej kreacji. Ta wygładzona interpretacja postaci Bena Bradlee została na niego skrojona na miarę. Aktor potrafi poruszyć, wygłaszając pełne morałów monologi i broniąc wpojonych ideałów. Niestety częściej jednak sprawia wrażenie równie zmanierowanego co jego ekranowa partnerka.

„Czwarta władza” staje się przesłodzoną fantazją o roli prasy w społeczeństwie i mokrym snem osób powiązanych z medium pisanym. W przeciwieństwie do chociażby „Spotlight” nie sprawi, że zechcecie spróbować swoich sił w roli reportera śledczego i być częścią środowiska walczącego o prawdę. Steven Spielberg wymachuje widzom przed oczami Pierwszą Poprawką do Konstytucji Stanów Zjednoczonych i próbuje dać im ważną lekcję dotyczącą demokracji. I chociaż twórca z niego przecież całkiem sprawny, nie do końca sprawdza się w roli nauczyciela. Jego przepełniona naiwnością wizja świata nie jest zaraźliwa, a sentymentalizmem i nagromadzeniem klisz oraz tanich chwytów może wywołać odruch ziewania.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Rafał Christ
Rafał Christ
Filmoznawca, który zamiast z kinem artystycznym, woli spędzać wieczory z horrorami i blockbusterami. Kiedy akurat czegoś nie ogląda, to pewnie czyta komiks albo książkę. Jego przemyślenia na temat popkultury można znaleźć w różnych miejscach w internecie, ale nie zdziwcie się jeśli natkniecie się na nie również w prasie.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Co zamiast „Winchestera”? 10 nawiedzonych filmów

Na ekranach naszych kin gości właśnie “Winchester. Dom duchów”. Zamiast jednak w towarzystwie Helen Mirren i Jasona Clarke’a walczących ze zjawami, prześladującymi spadkobierczynię fortuny Winchestera, proponuję spędzić wieczór, z którąś ze znacznie lepszych produkcji o nawiedzonych nieruchomościach.
Rafał Christ
Rafał Christ
16 lutego 2018
CZYTAJ WIĘCEJ