Hektolitry piwa, gwiazdy i testosteron. Za co Amerykanie kochają Super Bowl?

Rzecz nie będzie wcale o sporcie
6 minut czytania
5299
0
Karolina Kowalska
Karolina Kowalska
4 lutego 2018
fot. Jeff Bukowski / Shutterstock.com

Na wiele dni przed wielkim finałem rozgrywek w futbolu amerykańskim trwają spekulacje na temat szans obu drużyn. Ale nie tylko sportowe emocje targają Amerykanami. Równie ważne są kwestie takie, jak choreografia Justina Timberlake’a, pytanie czy wykonanie hymnu przez Pink przejdzie do historii i najważniejsze: czym w tym roku zaskoczy Budweiser?

Nawet jeśli nie jesteś fanem sportu, szczególnie sportów kontaktowych, prawdopodobnie kojarzysz Super Bowl. W tym roku finał ligi futbolu amerykańskiego odbywa się 4 lutego (w Polsce w nocy z niedzieli na poniedziałek). W tzw. Super Sunday na stadionie w Minneapolis zmierzą się drużyny Philadelphia Eagles i New England Patriots. To nie tylko pokaz siły, szybkości i ładunek pierwotnych męskich emocji ale i emanacja amerykańskiej pewności siebie – Amerykanie twierdzą, że finał sezonu NFL ogląda cały świat, podczas gdy w rzeczywistości tylko średnio 2 proc. widzów pochodzi spoza Ameryki Północnej. Zwycięzca krajowych rozgrywek otrzymuje tytuł Mistrza Świata, z czego podkpiwają sobie europejscy dziennikarze.

Piwa i igrzysk

Ale nie ma wątpliwości, że jest to prawdziwe amerykańskie święto sportu, rozrywki i konsumpcji, niekoniecznie w tej kolejności. Wystarczy powiedzieć, że w ilości spożywanego jedzenia, wyprzedza je tylko Święto Dziękczynienia.

Za to niemal każde Super Bowl gromadzi przed telewizorami największą widownię ze wszystkich sportowych rozgrywek w Stanach – rekord to 111,4 mln widzów, a to tak, jakby mecz oglądał niemal co trzeci Amerykanin. W tym miejscu fani UEFA mogliby się żachnąć, że przecież finały Champions League elektryzują trzykrotnie większą widownię. Za to Super Bowl jest wyceniana przez „Forbes” jako najcenniejsza marka sportowa świata, wyprzedzając igrzyska olimpijskie, FIFA, F1 i NBA.

Zwycięzca krajowych rozgrywek otrzymuje tytuł Mistrza Świata, z czego podkpiwają sobie europejscy dziennikarze (fot. Jeff Bukowski/Shutterstock.com)

Wszystko zaczęło się w 1966 r. kiedy to konkurujące ze sobą ligi National Football League i American Football League zawarły porozumienie o wspólnych rozgrywkach. Pierwszy finałowy mecz pod nazwą “AFL-NFL World Championship Game” (choć brały w nim udział tylko drużyny z USA) odbył się 15 stycznia 1967 r. jako podsumowanie sezonu 1966 r. Od początku finały mają numerację rzymską, przy czym od lat 70. już tylko pod egidą NFL. Tegoroczne mistrzostwa to 52. edycja.

Od orkiestry do Lady Gagi

Część widzów wcale nie czeka na efektowne podania, szarże i przyłożenia, a na koncert w przerwie meczu, tzw. halftime show. Od lat króluje głównie muzyka pop, choć nie zawsze tak było. Przez prawie trzy dekady na murawie występowały uniwersyteckie orkiestry marszowe. Przełom nastąpił dopiero we wczesnych latach 90. z występem New Kids on The Block, a potem rozsypał się worek z gwiazdami.

Na Super Bowl grali najwięksi artyści swoich czasów: Michael Jackson, Stevie Wonder, Aerosmith, Prince, Rolling Stones, Madonna czy Phil Collins. Na początku XXI w. organizatorzy dostarczali dokładnie tej rozrywki, która była akurat na fali. Swój występ miała więc Britney Spears, P Diddy, N’Sync i No Doubt. Niektóre przeszły do historii, jak amerykański hymn śpiewany przed meczem, w aranżacji Whitney Houston w 1991 r.. Wielu krytyków uznało wykonanie za jedne z najlepszych w dziejach, “legendarne” i “poruszające”, pisano, że trafiło wprost do serc narodu w trakcie wojny w Zatoce Perskiej, że przypomniało o sprawach znacznie ważniejszych niż sport. Dochód ze sprzedaży singla “Star Spangled Banner” artystka przeznaczyła zresztą na pomoc charytatywną.

Dla Amerykanów takie narodowe akcenty to nie są puste gesty, ale istotna, wrażliwa materia. Na przykład koncert U2 w 2002 r. był w całości dedykowany ofiarom ataków 11 września. Z kolei kiedy Kid Rock wyszedł na scenę w ponczo z amerykańskiej flagi, po czym rzucił ją w tłum, okrzyknięto go profanatorem. Jak to w świecie rozrywki, lista kontrowersji jest dłuższa – P Diddy łapał się za krocze, a Mickowi Jaggerowi wyciszano mikrofon. Ale nic nie przebije tego, co spotkało Janet Jackson.

Najsłynniejszy sutek Ameryki

Podczas pamiętnego koncertu w 2004 r. w Houston, w konserwatywnym Teksasie, Justin Timberlake w pewnym momencie zbyt energicznie szarpnął ubranie Janet Jackson, niefortunnie odsłaniając jej nagą pierś. Zdjęcie powiększonego sutka znalazło się zaraz we wszystkich mediach, a reputacja Jackson w jednej chwili legła w gruzach. Mieszkańcom starego kontynentu może się to wydać po prostu głupią wpadką. Jednak afera sutkowa, tzw. Nipplegate, całkowicie zantagonizowała komentatorów. Jedni widzieli w tym upadek obyczajów (niebotyczna liczba skarg po emisji), inni wierzyli w cynicznie rozegrany scenariusz, w którym notowania muzyków mają wzrosnąć. Przeprosiny i tłumaczenia Jackson niewiele pomogły. Jej utwory znalazły się na czarnej liście wielu stacji muzycznych, a sprawę komentowała nawet pierwsza dama Laura Bush.

Incydent doczekał się niezliczonych parodii i przeróbek. Hasła i obrazy związane z Janet Jackson należą do najczęściej wyszukiwanych kiedykolwiek w internecie, a twórca kanału You Tube twierdzi, że to właśnie ten skandal zainspirował go do stworzenia serwisu. Wszystko to świadczy tylko o mocy Super Bowl.

 

Timberlake’owi oberwało się najmniej, nazywano go nawet za to ironicznie “człowiekiem z teflonu”. Po incydencie nastąpił krótki zwrot w stronę weteranów (Bruce Springsteen, The Who), ale w ostatnich latach na scenę wróciły “współczesne” gwiazdy jak Missy Elliot, Black Eyed Peas czy Katy Perry. Być może ponowny wybór Timberlake’a i Pink, to jaskółka powrotu do artystów z początku lat 2000.

Najdroższy prime time świata

Cały ten medialny szum powoduje, że reklamodawcy są gotowi wyłożyć nawet 7,7 mln dol. za 30 sekund obecności na Super Bowl (kilkakrotnie więcej niż podczas Oskarów!). Wiedzą co robią – według badań nawet 51 proc. widzów twierdziło, że w całym meczu najbardziej ciekawią ich reklamy. Tradycja unikalnych spotów sięga dopiero lat 80. W 1984 r. Apple pokazał podczas meczu przygotowaną specjalnie na tę okazję reklamę nowego Macintosha – apokaliptyczną etiudę “1984” w reżyserii Ridleya Scotta.

Od tamtej pory na Super Bowl po prostu wypadało się pokazać. Reklama musiała być mistrzowska, niezapomniana. W innym przypadku reklamodawca właśnie wyrzucił pieniądze w błoto. Miała bawić, umiejętnie grać na  emocjach i pokazywać celebrytów, ale wszystko w granicach dozwolonych przez NFL.

W 2012 r. Chrysler idealnie wykorzystał nastrój kryzysu gospodarczego, by przekazać przesłanie na tle upadających fabryk Detroit. “It’s Halftime in America” mówi w spocie Clint Eastwood, “To czas by się zjednoczyć, odbudować”. Brzmi to niemal jak power speech, a według “Time” to jedna z najbardziej pamiętnych i wpływowych reklam w dziejach.

Równie trafnie w narodową nutę uderzyła Coca-Cola w 2014 r. W spocie osoby różnych narodowości i języków śpiewają „America the beautiful”. Z kolei Airbnb rozpoczęła wzywającą do tolerancji reklamę „#WeAccept”. Obie zostały odczytane jako manifest polityczny, co jest formalnie zabronione.

Ale brawa zdobywały przecież i reklamy dalekie od patosu. Reklama Coca Coli z lat 80. “Hey kid, catch”, uznawana już za ikoniczną, a przez niektóre rankingi za najlepszą w dziejach Super Bowl, to w gruncie rzeczy prosta, pozytywna historia o chłopcu który spotyka słynnego zawodnika. Doczekała się wielu przeróbek, a pomysł rozwinęło NBC w godzinnym filmie fabularnym.

De Vito pływa w czekoladzie a weterani wzywają do bojkotu

Czyżby Super Bowl już się zaczął? – pytali komentatorzy, kiedy na początku roku pojawiły się pierwsze przecieki reklam. Wiemy, że w 2018 r. Danny De Vito zareklamuje M&M’s, Matt Damon w reklamie piwa Stella Artois namawia do pomocy krajom trzeciego świata, na ekrany wraca Cindy Crawford, a Budweiser chwali się wsparciem dla ofiar huraganów.

Wiadomo też, że media społecznościowe od tygodni żyją akcją #PleaseStand i wzywają do bojkotu Super Bowl, po tym jak spot amerykańskiej organizacji weteranów nie został zatwierdzony przez NFL. Reklama, odrzucona jako “polityczna”, apelowała o wysłuchanie narodowego hymnu na stojąco. Użytkownicy Twittera garściami podają przykłady innych reklam, które jednak przeszły, a NFL obrzucają błotem: działa na szkodę Ameryki.

 

Pozostaje jeszcze czekać, jak całe show odnajdzie się w cieniu równie aktualnej akcji #MeToo, wobec pytań o seksizm i dyskryminację. Tłumaczenie, że to tradycyjne męskie święto może nie wystarczyć…

Karolina Kowalska
Karolina Kowalska
Śledzi trendy i fenomeny zza zawodowych, marketingowych okularów. Ogląda bloki reklamowe i zdarza jej się przy tym pochlipywać. Lubi czytać historie brandów, które poniosły porażkę, a szczególnie jeśli się po tym podniosły. Inspirują ją ludzie, którzy przy śniadaniu wpadli na pomysł, o którym rok później mówił już cały świat. Obecnie pełnoetatowa Matka-Polka.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Nasze produkty to zło i lepiej ich nie kupuj. Kiedy reklama budzi konsternację

Tytoniowy gigant Philip Morris International chce pomóc Brytyjczykom zerwać z nałogiem. A konkretnie, ma dla nich zdrowszą alternatywę. To nie pierwszy raz, gdy jakaś firma próbuje się wybielić, ale pierwszy tak nietypowy. Nastanie moda na rachunki sumienia?
Karolina Kowalska
Karolina Kowalska
19 stycznia 2018
CZYTAJ WIĘCEJ