Już wkrótce nowy Kodeks pracy. Dużo niewiadomych, sporo obaw

8 minut czytania
764
1
Martyna Kośka
Martyna Kośka
16 lutego 2018

26 dni urlopu dla wszystkich, bez względu na staż pracy, rezygnacja z umów cywilnoprawnych i etat dla każdego? To tylko niektóre rozwiązania, nad którymi dyskutują prawnicy, którzy piszą zupełnie nowy Kodeks pracy. Na razie więcej pogłosek i niedomówień niż konkretnych zapowiedzi, ale mimo wszystko warto prześledzić najważniejsze propozycje.

Prawdopodobnie pod koniec marca dowiemy się, jak będzie wyglądała najważniejsza dla wszystkich pracujących ustawa, czyli nowy Kodeks pracy. Obecnie obowiązujący zbiór przepisów przyjęto w 1974 roku, a więc w zupełnie innej rzeczywistości. Oczywiście, poszczególne przepisy były w różnych momentach nowelizowane, ale kodeks jest po prostu przestarzały.

Nad czym pracuje komisja?

Komisja kodyfikacyjna prawa pracy pracuje od kilkunastu miesięcy i od samego początku jej członkowie, profesorowie prawa reprezentujący uniwersytety z całej Polski, są bardzo wstrzemięźliwi gdy chodzi o dzielenie się z opinią publiczną swoimi pomysłami. Żaden oficjalny dokument nie ujrzał jeszcze światła dziennego, za to od czasu do czasu do mediów przedostają się różnego rodzaju plotki i przecieki.

Rozpalają one wyobraźnię dziennikarzy, którzy na co dzień komentują zmiany legislacyjne – oraz osób, które zawodowo związane są z rynkiem pracy, bo wszytko wskazuje na to, że nowe przepisy będą bardzo, ale to bardzo różnić się od obecnych. Ma być z jednej strony bardziej elastycznie i nowocześnie, ale jednocześnie pracownicy mają mieć gwarancję zatrudnienia w oparciu o stabilne umowy o pracę. Komisja bardzo chciałaby wyeliminować umowy cywilnoprawne, czyli zlecenia i umowy o dzieło i uszczęśliwić wszystkich etatem. Czytam o tych pomysłach z niemalejącym zdziwieniem, bo w moim przekonaniu ma to bardzo niewiele wspólnego z nowoczesnym podejściem do potrzeb rynku. Prawdę powiedziawszy, im więcej dowiaduję się o kierunku prac komisji, tym bardziej boję się ostatecznych rezultatów.

Naprawdę mam nadzieję, że obawy, którymi się podzielę, są na wyrost.

Po pracy jest czas na urlop – i tu pierwsza niespodzianka

Pod koniec września opinię publiczną rozpaliła propozycja zmian dotyczących udzielania urlopów. Komisja rozważała ustanowienie nakazu wykorzystania urlopu w tym roku, za który się on należy. Intencją Komisji było „wzmocnienie wypoczynkowego charaktery urlopu” – a nie trzeba być bacznym obserwatorem, by wiedzieć, jak wielu pracowników przesuwa kilka zaległych dni na kolejny rok. Niektórzy planują długi wyjazd, inni czasochłonny remont, jeszcze innym zabrakło pomysłu, jak wykorzystać kilka pojedynczych dni.

Prawnicy z komisji uznali, że to źle, bo skracając urlop, pracownik nie może dostatecznie odpocząć. Może ta troska jest w jakiś sposób uzasadniona, ale trudno mi wyobrazić sobie, by konieczność wzięcia wolnego w szare grudniowe dni (bo w przeciwnym razie przepadnie) miała sprawić, że człowiek zyska radość  i wigor i tym chętniej później rzuci się w wir obowiązków.  Branie wolnego „na komendę” nijak nie łączy mi się z realizacją „wypoczynkowego charakteru” urlopu.

Sen, rodzina, życie towarzyskie, kultura, sport – wybraliście już, z czego zrezygnujecie, jeśli Sejm uchwali nowy kodeks…

Opublikowany przez Razem na 9 lutego 2018

To nie koniec troski, którą członkowie komisji przykładają do jakości naszego odpoczynku. Komisja rozważała wprowadzenie zakazu wykonywania pracy zarobkowej w trakcie udzielonego urlopu. Chodzi o sytuacje, gdy pracownik poświęca czas na świadczenie usług dla innej firmy, na przykład na co dzień uczy geografii, a latem wyjeżdża jako pilot biura podróży.

Taki pracownik nie wypocznie, więc komisja rozważała odgórny zakaz.  W jaki sposób miałby on być egzekwowany (kontrole Państwowej Inspekcji Pracy, oświadczenia pod rygorem kary finansowej?) nie dowiedzieliśmy się, gdyż komisja jednak odcięła się od tego pomysłu. Zrobiła to jednak już po tym, jak informacja dostała się do mediów, a dziennikarze zachodzili w głowę, czy remontowanie własnego domu (a co dopiero pomoc w remoncie domu rodziców!) też zostanie zakwalifikowane jako praca, która stoi w sprzeczności z celem urlopu. Dodajmy, że efektem tych rozważań było wiele artykułów, które w jawny sposób wyśmiewały komisję.

Niezrozumiała była intencja umożliwienia pracodawcy skrócenia podstawowego wymiaru urlopu z obecnych 26 dni do nie mniej niż 20. Miało to działać też w drugą stronę, to znaczy pracodawca mógł wydłużyć urlop, ale łatwo zgadnąć, że mało który byłby skłonny rozważać tę drugą możliwość. Za to skrócić – jak najbardziej.

Pojechał na urlop i nie było go przez miesiąc

Wszystkie powyższe pomysły oceniam jednoznacznie źle. Nie znaczy to, że w dzisiejszym Kodeksie nie ma przepisów, nad którymi warto się pochylić. Przykładowo sugerowałabym usunięcie anachronizmu zawartego w art. 152 par. 1. Stanowi on o tym, że urlop powinien być wykorzystany w sposób ciągły, tzn. Pracownik jednorazowo powinien wykorzystać przyznane mu 26 dni wolnego. Na szczęście nieobecność w pracy przez ponad miesiąc nie jest obowiązkiem – art. 162 umożliwia rozbicie go, na wniosek pracownika, na mniejsze części, przy czym co najmniej jedna część wypoczynku powinna trwać nie mniej niż 14 kolejnych dni kalendarzowych.

Mamy więc zasadę (wykorzystanie urlopu w całości) i przewidziany od niej wyjątek (urlop może zostać podzielony na części, ale tylko z inicjatywy pracownika), a równocześnie – zakaz dowolnego korzystania z wyjątku, czyli rozdrabniania urlopu.

Biorąc pod uwagę, że z innych przepisów wynika, że urlop jest prawem, a nie obowiązkiem pracownika, uważam że te przepisy nadmiernie ingerują w swobodę podejmowania decyzji dotyczących organizacji czasu wolnego.

W tym zbiorze pomysłów, które dyktują pracownikom, jak mają spędzać czas wolny, jest jeden,  który popieram. Dotyczy on przyznania wszystkim pracującym urlopu w wymiarze 26 dni. Dziś młody pracownik może liczyć na 20 dni wolnego, bo prawa do urlopu nabywa się z każdym kolejnym miesiącem zatrudnienia.

📊W styczniu br. stopa bezrobocia wyniosła 6,9%. To o 0,3 pkt. proc. więcej niż miesiąc wcześniej i 1,6 pkt. proc. mniej…

Opublikowany przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej na 7 lutego 2018

Komisja chce zerwać z fikcją, że młodzi ludzie potrzebują mniej wypoczynku niż ci z dłuższym stażem, i z dziwnym przekonaniem, że  przyznanie im już na starcie tylu wolnych dni co pozostałej części zespołu spowoduje, że się rozleniwią. Organizacje pracownicze były bardzo przeciwne ujednoliceniu wymiaru urlopów – dla firm oznacza to bowiem pewne koszty związane z nieobecnością najmłodszych stażem pracowników przez 6 dni w roku więcej. W wypowiedziach reprezentanci tych organizacji podkreślali, że urlop to pewien przywilej, na który trzeba sobie zapracować. Przedziwne, skoro z przepisów i doktryny, czyli opinii wybitnych prawników wynika, że żaden tam przywilej, ale zwykłe prawo…

Cała Polska etatowa

Komisja postawiła sobie za cel wyeliminowanie świadczenia pracy w oparciu o umowy cywilnoprawne, czyli umowę zlecenia i umowę o dzieło. W zamyśle – każdy ma być na etacie. Umowy cywilnoprawne byłyby dopuszczalne w kilku bardzo wyraźnie określonych sytuacjach.

To rewolucja w kraju, w którym blisko trzy miliony ludzi miesiąc w miesiąc wykonuje obowiązki w oparciu o umowy cywilnoprawne. Precyzyjna liczba jest trudna do określenia, ale zdecydowanie jest to tendencja malejąca. Jeszcze kilka lat temu, a więc gdy na korytarzach wszystkich firm jak Polska długa i szeroka pobrzmiewał refren „Awans, podwyżka? Przykro mi, mamy kryzys”, zlecenie to już było coś. W czasach wysokiego bezrobocia dawało jakieś tam poczucie bezpieczeństwa i mało kto mógł sobie pozwolić na wybrzydzanie w tym zakresie.

Od jakichś dwóch, trzech lat obserwujemy renesans umów o pracę. Sytuacja na rynku zmieniła się tak dalece, że firma, która ma do zaoferowania wyłącznie umowy zlecenia, musi się liczyć z przeogromną rotacją pracowników. Tak się jakoś stało, że więcej jest stanowisk do obsadzenia niż kandydatów do pracy, więc ci mogą stawiać coraz wyższe oczekiwania i stabilna umowa zdecydowanie otwiera listę żądań.

Jasne, że umowa o pracę daje większe poczucie bezpieczeństwa (okres wypowiedzenia, ochrona w trakcie ciąży, płatne urlopy), ale nie oznacza to, że umowy cywilnoprawne niczemu nie służą i jako takie powinny trafić na śmietnik!

No właśnie, skojarzenia ze śmieciami odgrywają w rozważaniach o umowach cywilnoprawnych kluczowe znaczenie. Powszechnie określa się je mianem „umów śmieciowych”, a to dlatego, że w gruncie rzeczy niewiele dają zleceniobiorcy czy wykonującemu dzieło: ot, raptem zobowiązanie, że firma zapłaci w określonym terminie za zamówioną usługę. Bardzo razi mnie jednak uogólnienie polegające na traktowaniu każdej umowy cywilnoprawnej jak nic nie znaczącego kawałka papieru. Gdy wykorzystywane są one zgodnie z przeznaczeniem, a więc jako podstawa dla wykonania dzieła (np. wyremontowanie mieszkania) czy zlecenia (np. przeprowadzenie kursu językowego), obie zaangażowane strony odnoszą korzyść.

🗓To był dobry rok dla pracy ➡ https://goo.gl/baPG9G

Opublikowany przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej na 14 lutego 2018

Nie każde zlecenie to „śmieciówka”

Patologią  jest nie samo ich istnienie, ale nadużywanie przez pracodawców dla których oznaczają niższe koszty i łatwiejsze zakończenie współpracy. Patologią jest również to, że państwo przez lata nie poradziło sobie z tym procederem. Państwowa Inspekcja Pracy i sądy pracy okazały się bezsilne w starciu z chciwością firm.

Czy w tej sytuacji komisja kodyfikacyjna proponuje wzmocnienie narzędzi w rękach PIP i sądów? Wprowadza zachęty dla firm, by dostrzegły jednak, że umowa o pracę to nie jest frajerstwo? Nic z tych rzeczy. Nie dość, że eliminuje umowy cywilnoprawne, to jeszcze chce, aby każde wykonywanie zleceń dla innej firmy niż „podstawowy” pracodawca odbywało się wyłącznie pod warunkiem, że zleceniobiorca zarejestruje wcześniej działalność gospodarczą bądź zostanie przez tę firmę zatrudniony.

W praktyce oznacza to, że jeśli zatrudniony w  liceum nauczyciel języka obcego będzie chciał w weekendy prowadzić kursy w prywatnej szkole językowej, będzie musiał albo założyć firmę albo mieć nadzieję, że placówka zaproponuje mu jakąś ułamkową część etatu.

Inny przykład: nic to, że dla IgiMaga piszę trzy artykuły miesięcznie. Gdyby pomysł komisji wszedł w życie, musiałabym zarejestrować działalność (i z tego tytułu ponosić koszty, których nie ponoszę dziś jako strona umowy o dzieło, która opłaca się  i mnie, i redakcji) bądź umówić się na jakąś 1/30 etatu.

W założeniu miałoby to służyć temu, bym czuła się bezpieczniej (zdaniem komisji moje prawa nie są dostatecznie chronione, gdy podstawa współpracy jest marna umowa cywilnoprawna), ale musi chodzić o coś więcej. Kontrolę? Zwiększenie wpływów do budżetu? Uczynienie z Polski lidera przedsiębiorczości (i tak będzie, gdy każdy dorabiający wieczorami będzie musiał, chcąc nie chcąc, stać się przedsiębiorcą). Niewykluczone jednak, że ten nauczyciel z przykładu uzna, że w obliczu nowych obowiązków praca dodatkowa mu się zwyczajnie nie opłaca i jej zaniecha. On starci dodatkowe źródło zarobku, szkoła językowa będzie musiała zmierzyć się z odpływem kadry. Chyba że strony dogadają się bez umowy, czyli po prostu na czarno. To ryzykowne rozwiązanie, ale eksperci nie mają wątpliwości, że eliminacja umów cywilnoprawnych w odniesieniu do pracy dodatkowej przyczyni się do powiększenia szarej strefy.

Czy nowy Kodeks pracy rzeczywiście będzie rozwiązywał omawiane kwestie w taki sposób, dowiemy się już wkrótce. Na razie opierać się możemy tylko na strzępkach informacji i jakichś przeciekach. Być może finalny dokument wcale żadnej rewolucji nie wprowadzi i utrzymany będzie w duchu obecnie obowiązującej ustawy. Pozostaje mieć nadzieję, że komisja kodyfikacyjna stworzy nowoczesny, przemyślany akt prawny, dzięki któremu zyskają i pracodawcy, i pracownicy.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Martyna Kośka
Martyna Kośka
U progu dorosłości marzyła o uporządkowanym życiu i oglądaniu miasta z wysokiego piętra przeszklonego wieżowca, więc ukończyła prawo. Nie zdążyła jednak zastukać obcasami na korytarzu sądowym, bo przekonała się, że znacznie ciekawszy świat czeka na mnie gdzie indziej.
Jest dziennikarzem gospodarczym, jej analizy można przeczytać w kilku popularnych serwisach finansowych - ale po godzinach pracy praktycznie nie używa słów typu "inflacja", "nowelizacja" i "jurysdykcja krajowa", lecz pisze dużo bardziej reportażowo, życiowo.
Czyta reportaże, ogląda polskie dramaty obyczajowe, wybiera schody zamiast windy.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Dziecko

Alimenty podstawowe – kolejny pomysł Ministerstwa Sprawiedliwości, by uporać się z dłużnikami alimentacyjnymi

Niska ściągalność alimentów w Polsce wciąż jest powodem do wstydu, choć powoli sytuacja zaczyna się zmieniać na lepsze, dzięki kolejnym zmianom w prawie. Czy alimenty podstawowe będą jeszcze jednym krokiem w dobrym kierunku?
Martyna Kośka
Martyna Kośka
15 stycznia 2018
CZYTAJ WIĘCEJ