Oburza cię zakrwawiony płód na billboardzie? Nie narzekaj, bo może być gorzej

Czy o tych sprawach da się w ogóle rzetelnie rozmawiać?
6 minut czytania
928
0
Karolina Kowalska
Karolina Kowalska
12 lutego 2018
Art Babych/Shutterstock.com

Ruch pro-life dociera do pacjentek klinik aborcyjnych nawet w poczekalni. W Irlandii do lobbingu zatrudniono niedawnych doradców Donalda Trumpa. Obrońcy życia poczętego na świecie nie rozmieniają się na drobne.

Polski internet zalała fala reakcji na kolejne antyaborcyjne billboardy. Zadziałały zgodnie z planem: wieści poniosły się w świat, ludzie są oburzeni, ktoś pozrywał plakaty, ktoś zasłonił dziecku oczy. No bo jak wytłumaczyć taki widok pięciolatkowi? Nie trzeba też wielkiej empatii, by wyobrazić sobie co czuje wtedy kobieta w ciąży, lub ta, która ma za sobą poronienie. W kilku miastach Polski organizacje feministyczne odpowiedziały własnymi billboardami z przesłaniem – Nie jesteś sama

Mimo że wspiera ich akurat dobry polityczny klimat, wydaje się że ruchy pro-life w Polsce bronią jednak przegranej sprawy. Według badań CBOS społeczne zrozumienie dla aborcji od lat utrzymuje się na wysokim poziomie – z powodu zagrożenia życia i zdrowia matki dopuszcza odpowiednio 86 proc i 77 proc badanych, w wyniku przestępstwa 79 proc, a wykrycia wady płodu 60 proc. Sondaż OKO.press z marca 2017 r. pokazał, że 42 proc. chce nawet złagodzenia obecnej ustawy antyaborcyjnej.

Ktoś powie: sorry, takie są reguły demokracji, jest miejsce na różne poglądy. OK. Ale czy o aborcji i badaniach prenatalnych nie dałoby się mówić rzetelnie i z sensem? Tak, żeby przechodnie nie odwracali oczu? W tej chwili walka na froncie antyaborcyjnym jest po prostu okrutna.

Znów wraca sprawa aborcji. Jestem, jak już nie raz pisałem, przerażony gdy ktoś mówi "jestem za aborcją". Ale jednocześ…

Opublikowany przez Paweł Sito na 10 stycznia 2018

Modlitwa, stalking, przemoc

Kenya Martin, to działaczka ruchów pro-choice, która dzieli się z innymi kobietami własnymi doświadczeniami z przerwaniem ciąży. Pod koniec stycznia opisała w Huffington Post z czym zderza się na co dzień. W USA, gdzie ruchy antyaborcyjne są szczególnie aktywne, protesty pod klinikami nie są niczym nowym. Ale już znacznie mniej mówi się o napastowaniu pracowników tych klinik, działaczy pro-choice, wolontariuszy.

Przez całe dekady [działacze pro-life – red.] organizowali pikiety, szantażowali a nawet dzwonili do domów pracowników firm medycznych, banków, wszystkich, którzy mieli jakiś związek z budową nowych klinik aborcyjnych, by powstrzymać powstawanie lub działanie tych obiektów – opowiada Kenya Martin. – Ale możecie nie wiedzieć z jak innowacyjnych metod korzystają obecnie by zakłócać porządek.

Mowa m.in. o skandalu ujawnionym przez portal Rewire w 2016 r. Ciężarne pacjentki, czekające w poczekalniach Planned Parenthood (klinik, które oprócz edukacji seksualnej i doradztwa przeprowadzają również zabiegi aborcyjne) widziały na swoich smartfonach reklamy “edukacyjne”. Sponsorzy kampanii, „prolajferzy”, korzystali z tzw. geofencingu. Z tych samych rozwiązań korzystają niektóre sklepy czy kawiarnie – w chwili gdy mijamy te punkty namierzają nasz telefon i wyświetlają swoją reklamę. Kobiety zachęcano tą drogą do “poznania faktów” na temat macierzyństwa a reklamy prowadziły na strony organizacji pro-life.

Polskie forum dla kobiet na temat tabletek wczesnoporonnych zostało zaatakowane w 2013 r. przez Bractwo Małych Stópek. Jej członkowie blokowali dyskusję, zakładali setki fałszywych kont, wysyłali maile z drastycznymi zdjęciami (opisywała to wówczas “Polityka”). Kenya Martin sama wielokrotnie doświadczyła działań ocierających się o stalking – była torpedowana w mediach społecznościowych przez tych samych, powtarzających się użytkowników. Kiedy jeden z nich podszedł do niej na parkingu, poczuła się naprawdę zagrożona.

Nikt nie powinien bać się o swoje życie z powodu pracy na rzecz pacjentów – mówi Kenya. I przypomina, że USA mają smutną tradycję terroryzmu antyaborcyjnego – to przypadki morderstw i porwań lekarzy, pielęgniarek, pracowników klinik, zamachów bombowych na centra aborcyjne, prób otrucia wąglikiem. W 2015 r. w strzelaninie w centrum Planned Parenthood w Colorado Springs zginęły trzy osoby a kilkanaście zostało rannych. Dr George Tiller został w 2009 r. śmiertelnie postrzelony (w kościele), a kilka lat wcześniej przeżył już jeden zamach na swoje życie. Po takich wydarzeniach organizacje antyaborcyjne z reguły odcinały się od ekstremistów.

Jesteśmy pro, nie anty!

Prawdopodobnie bardziej strawny byłby nurt pro-life z naciskiem na “pro” – opowiadający się za życiem, ale bez wywierania presji. Skłaniający do refleksji, ale bez negatywnych emocji. Taki spot, “Focus on the family” udało się kiedyś przemycić na Super Bowl. Matka jednego z zawodników opowiadała w wywiadach, jak rekomendowano jej przerwanie ciąży z powodu ryzyka wady u jej dziecka. Odmówiła, a syn, późniejszy sportowiec, urodził się zdrowy. Emisja spotkała się z poważną krytyką, bo przecież Super Bowl ma być neutralny – film sfinansowały organizacje chrześcijańskie, ale tak naprawdę słowo aborcja nawet w nim nie pada. Podobne przesłanie miała w 2017 r. firma Adrian, producent rajstop znany już z kilku kontrowersyjnych reklam. “Czy nie miałam prawa się urodzić?” – pytała wtedy z billboardów Joyti Amge, Hinduska, zwana najmniejszą kobietą świata.

Ruch pro-life próbuje też wejść do popkultury, gdzie nie jest mile widziany. Kiedy ukazał się komiks Zootopia „I will survive” (na polskim rynku dostępny jest tylko film znany jako „Zwierzogród”), w którym bohaterowie przeżywają rozterki nieplanowanej ciąży, sieć zalała fala przeróbek. W pewnym momencie memy były bardziej popularne od samego komiksu.

„Zootopia”

Schowany problem

To pokazuje, że ruch pro-life jednak odbija się od ściany. W 2016 r. francuski sąd uniemożliwił emisję spotu, w którym występują dzieci z zespołem Downa, szczęśliwe i samodzielne – w uzasadnieniu podano, że może urażać uczucia kobiet, które zdecydowały się na aborcję. Według francuskich danych na taki krok decyduje się 80 proc. kobiet po wykryciu u płodu dodatkowego chromosomu. Przy okazji sąd potwierdził to, co od dawna wiemy – dzieci niepełnosprawne, w tym z zespołem Downa, są w mediach nieobecne.

Ale i to się powoli zmienia. „Millennialsi chcą widzieć w reklamie cały przekrój społeczny, rodziny, pary, singli, ludzi z wszelkimi ograniczeniami” – tak komentował New York Times reklamę zabawek Fisher Price, w której wystąpiła Lili Boglarka Havasi, 2-latka z zespołem Downa. Klient jest bardziej świadomy, a producenci chcą być wiarygodni.

Podobna reklama Johnson’s rozeszła się po sieci z masą pozytywnych komentarzy, a news o odrzuceniu niepełnosprawnego dziecka z castingu do reklamy OshKosh stał się takim viralem, że marka przeprosiła i chłopiec reklamuje teraz dziecięce ubranka. W 2018 r. po raz pierwszy w historii twarzą marki Gerber wygrał kilkulatek z zespołem Downa – Lucas Warren. Tyle, że to wciąż rzadkie przykłady.

 

Fakty i mity

Czy o tych sprawach da się w ogóle rzetelnie rozmawiać?

Można by punktować “prolajferów” za żenujące manipulacje (porównywanie aborterów z Hitlerem) i nieprawdziwe dane – WHO od lat walczy z mitem jakoby terminacja ciąży powodowała raka piersi. Tych, którzy wygłaszają szkodliwe absurdy nie zaszkodziłoby rozliczyć, jak bp Hosera za stwierdzenie, że gwałt powoduje tak silny stres u kobiety, że do zapłodnienia nie dochodzi. Można podważać autentyczność makabrycznych zdjęć. Albo jak prof. Romuald Dębski, ripostować, że widok płodu obarczonego wadą zrobiłby większe wrażenie.

Ale próba dyskusji jest zawsze zderzeniem argumentów z emocjami. Kiedy Kaja Godek mówi do lekarza, położnika “Nie podam panu ręki, jest pan mordercą” to faktycznie, nie ma sensu rozmawiać. A powiedzmy sobie szczerze – ruchy pro-choice nie są tu całkiem bez winy. Odpowiedzią na manipulacje nie mogą być niewiarygodne dane o podziemiu aborcyjnym, ani eskalowanie emocji. Suweren łatwo i chętnie kupi wersję o krzyczących pod sejmem wariatkach. Może więc zamiast kopać się z koniem, należy postawić na edukację i wsparcie dla kobiet, które mają za sobą aborcję, albo stoją przed trudną decyzją. Najnowsza akcja “Nie jesteś sama” pokazuje, że można rozmawiać inaczej.

Karolina Kowalska
Karolina Kowalska
Śledzi trendy i fenomeny zza zawodowych, marketingowych okularów. Ogląda bloki reklamowe i zdarza jej się przy tym pochlipywać. Lubi czytać historie brandów, które poniosły porażkę, a szczególnie jeśli się po tym podniosły. Inspirują ją ludzie, którzy przy śniadaniu wpadli na pomysł, o którym rok później mówił już cały świat. Obecnie pełnoetatowa Matka-Polka.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Opinie

Billboardy proaborcyjne: czy to jest coś, czego potrzebujemy?

W dużych polskich miastach pojawią się billboardy, które mają wesprzeć kobiety po aborcji i przypomnieć im, że nie są z tym problemem same. Na cel zebrano ponad 22 tysiące zł z potrzebnych 30.
Olga Siemoniak
Olga Siemoniak
2 stycznia 2018
CZYTAJ WIĘCEJ