Poznaniak o aparycji wampira. Sekrety i tajemnice Tommy’ego Wiseau

6 minut czytania
746
1
Robert Skowroński
Robert Skowroński
9 lutego 2018
@New Line Cinema

Stosunki międzynarodowe Polski w ostatnim czasie nie mają się najlepiej. Cegiełkę do tego stanu rzeczy dorzuciła ostatnia gala rozdania Złotych Globów. Obrazili tam Polaka! Naszego Tomka, drugi obok rogali symbol Poznania. W świecie znany jako Tommy Wiseau, ale przecież to pochodzący z krainy pyr i gzika Tomasz Wieczorkiewicz.

Elegancja połączona z sado-maso, okulary przeciwsłoneczne i farbowane na czarno opadające na twarz długie włosy. Tak prezentuje się wizerunek najgorszego reżysera świata, przy którym nawet Ed Wood wydaje się być poetą kina. Tommy Wiseau przeżywa teraz swoje pięć minut w blasku fleszy i na czerwonych dywanach, a to za sprawą “Disaster Artist” Jamesa Franco. Obraz o powstawaniu pociesznego “The Room” z 2003 roku powalczy o Oscara za scenariusz adaptowany i zdołał już zdobyć Złoty Glob za kreację Franco.

To właśnie przy tej okazji Wiseau została odebrana okazja (prawdopodobnie jedyna) do tego, aby przemówić podczas tak prestiżowej imprezy. James Franco zebrał już za to baty w mediach społecznościowych, ale prawda jest taka, że kochający się w paskach z ćwiekami i obdarzony groteskowym śmiechem Tommy nie miał do przekazania nic odkrywczego. Po gali wyznał mediom, co miał zamiar powiedzieć – oprócz słów nakłaniających do obejrzenia “The Room” pojawiły się też te wyrażające wiarę w amerykański sen. No właśnie, ale gdzie zaczęła się droga Wiseau do jego spełnienia?

Polskie go wydało plemię

Ustalenie tego wcale nie jest takie łatwe, bo opisywany grafomański filmowiec to człowiek uszyty z tajemnic, który zdołał zbudować wokół siebie szereg mitów. Tommy w wywiadach podkreśla, że jak bądź na świat przyszedł w Europie Wschodniej, to czuje się Amerykaninem, obywatelem Luizjany, a dokładniej Nowego Orleanu. O jego polskich korzeniach przebąkiwano od lat za sprawą wnikliwych poszukiwań internautów. Sprawę próbował też zbadać Greg Sestero, aktor i autor książki “The Disaster Artist: My Life Inside the Room”, na podstawie której James Franco nakręcił swój film. Odtwórca roli blondwłosego Marka z “The Room” udał się nawet do Polski i Czech w poszukiwaniu korzeni Wiseau/Wieczorkiewicza, ale ambitne plany spełzły na niczym.

Potwierdzenie polskiego rodowodu Tommy’ego znalazł dopiero Rick Harper, filmowiec z Kanady odpowiedzialny za dokument „Room Full of Spoons”.  Przyjechał do stolicy Wielkopolski, gdzie rozmawiał nawet z bratankiem Wiseau. W zebraniu odpowiednich dokumentów potwierdzających rodowód twórcy “The Room” mieli mu też pomóc studenci poznańskiego Uniwersytetu Adama Mickiewicza. Dorzućmy do tego wcześniejsze ustalenia internautów, którzy dotarli do nekrologów z Nowego Orleanu i znaleźli wśród nich te dotyczące małżeństwa Stanleya i Katherine Wieczor (takie same imiona nosiło wujostwo Tommy’ego), a będziemy mieli już pewność, co do pochodzenia filmowca i będziemy mogli uciąć spekulacje o tym, że jest on Cajunem, czyli przedstawicielem francuskojęzycznej grupy etnicznej zamieszkującej południowe tereny Luizjany. No tak, ale z tą Francją to jeszcze nie koniec…

Długa droga

Wiseau utrzymuje, że po opuszczeniu wschodniej Europy jego domem stały się Stany Zjednoczone. Istnieje jednak inna wersja wydarzeń, według której twórca najgorszego filmu świata pomieszkiwał przez pewien czas w Niemczech, zaś później znalazł się w Francji. Tam podobno mieszkał w hostelu i przypisano mu handel narkotykami, za który w rzeczywistości odpowiedzialni byli jego współlokatorzy (podobny wątek podejmuje nawet “The Room”). Dopiero z kraju Balzaca miał ruszył za swoim pokracznym amerykańskim snem i handlować w San Francisco zabawkowymi ptakami, czym zyskał sobie przydomek “Birdman”, który na tyle przylgnął do jego posiadacza, że postanowił on zmienić nazwisko. Francuskie oiseau oznaczające “ptak” połączyło się z dotychczasowym Wieczór lub też Wieczorkiewicz i tak oto powstało Wiseau.

Cóż, zdaję sobie sprawę, że burzliwa historia dotarcia Tommy’ego do kraju Wuja Sama klei się tak samo, jak scenariusz “The Room”, ale co począć? Jak już zostało zaznaczone, Wiseau to prawdziwy człowiek zagadka. Tajemnicą jest też przecież owiane nie tylko jego pochodzenie, ale i wiek. Sam zainteresowany twierdzi, że “The Room” nakręcił jako dwudziestolatek (ta, jasne), co oznaczałoby, że obecnie ma on na karku zaledwie 35 wiosen (ta, jasne). Bardziej wiarygodna w tej kwestii wydaje się informacja na profilu twórcy w serwisie IMDb, która mówi o tym, że Wiseau urodził się 3 października 1955 roku. Bez względu jednak na datę urodzenia reżyser “Obywatela Kane’a” złego kina osiadł na dobre w Stanach Zjednoczonych imając się różnych zajęć, z których profity przeznaczył na swoje “arcydzieło”.

“Disaster Artist”

Money, money, money

“Piła” – budżet 1,2 miliona dolarów, zysk 104 miliony; “Rocky” – budżet 1,1 miliona, zysk 225 milionów; “Mad Max” – budżet 200 tysięcy, zysk 99 milionów; “Moonlight” – budżet 4 miliony, zysk 65 milionów; “The Room” – budżet 6 milionów, zysk 2 tysiące. Zainwestowane w projekt pieniądze nie zwróciły się. Nic w tym dziwnego, ale zaskakujący jest fakt, że udało się zebrać tak zatrważająco wysoką sumę. Jakim cudem?

Prawdopodobnie prędzej uda się odkryć niezawodne lekarstwo na raka, niż ustalić pochodzenie środków sponsorujących “The Room”. Wersji jest wiele, żadna oficjalna. Tommy zwykł to tłumaczyć tym, że dorobił się na sprowadzanych z Azji skóropodobnych kurtkach oraz na wynajmie mieszkań. Mało prawdopodobne, ale kto wie? Przecież inne wersje również brzmią jak wyciągnięte z bajek, bo mówiono o tym, że za sprawą “The Room” prał pieniądze mafii, albo że potrącił go samochodem hollywoodzki producent, który wyłożył pieniądze na projekt w zamian za to, żeby sprawa nie wylądowała w sądzie. Historia z wypadkiem wydaje się przynajmniej częściowo wiarygodna, gdyż Wiseau wspominał o tym, że uczestniczył w takowym, a to doświadczenie natchnęło go do chwycenia byka za rogi i podjęcia próby realizacji swojego marzenia. Pieniądze na film to jedno, ale Tommy’ego było też stać na wynajmowanie mieszkania w Los Angeles, posiadanie samochodu, a także opłacanie kosztującego 5 tysięcy dolarów za miesiąc ogromnego afiszu reklamującego “The Room” i to nawet kilka miesięcy po premierze.

6 milionów to kupa kasy, ale Wiseau nie był do końca zadowolony z budżetu. Marzyła mu się finałowa scena, w której wchodzi na dach i odlatuje z niego swoim mercedesem. Przy okazji miało wyjść na jaw, że grany przez niego bohater jest wampirem. Jednak koszt tej sceny przekroczyłby budżet, więc marzyciel o kruczoczarnych włosach musiał z niej zrezygnować. Może i dobrze, bo nawet jak na standard “The Room” mogłoby to być zbyt dużo.

Kult jednostki

Sam proces realizacji “The Room” ukazany w “Disaster Artist” w dużym stopniu pokrywa się z rzeczywistością. Faktycznie Wiseau miał problemy z zapamiętaniem kwestii, przez co m.in. scena z kwestią “Oh, hi Mark” była wielokrotnie dublowana, kupił kosztowny sprzęt zamiast go po prostu wypożyczyć, twórca postanowił też wybudować w studiu kopię alejki oddalonej od planu o zaledwie kilkadziesiąt metrów (wiadomo jak rozszedł się budżet).

Zresztą Tommy podjął szereg innych nierozsądnych i kosztownych decyzji, by wspomnieć tylko o kilkukrotnym wymienianiu całej ekipy po licznych spięciach. No właśnie, bo Wiseau nie był nieszkodliwym ekscentrykiem na jakiego jest kreowany w filmie Franco. Chłop był chodzącą wylęgarnią konfliktów, wulkanem megalomaństwa i agresji, krnąbrnym dzieciakiem zaklętym w ciele dorosłego mężczyzny potrafiącym wyprowadzić każdego z równowagi.

Mimo wielu perturbacji przyjaźń między Sestero i Wiseau przetrwała. W marcu 2018 roku w USA ma mieć swoją premierę kolejny wspólny projekt duetu, czyli “Best F(r)iends”. Sestero tym razem został scenarzystą, Tommy uświetnił swoją osobą obsadę jako posępny przedsiębiorca pogrzebowy, a za kamerą stanął niejaki Justin MacGregor. Sukces “Disaster Artist” przyczynił się także do tego, że otrzymamy “The Room” w wersji w rozdzielczości 4K, ale również w 3D oraz w systemie dźwiękowym 5.1.

Tommy Wiseau, czy tego chcemy czy nie, nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Co więcej wygląda na to, że czas ekspansji jego Z-klasowości dopiero może nastąpić. Parafrazując klasyka wszystkim sceptykom (anty)talentu naszego, bądź co bądź, rodaka, mogę tylko odpowiedzieć: “To nie koniec Tommy’ego. To nieprawda. To pieprzenie. To nie koniec Tommy’ego”.

Robert Skowroński
Robert Skowroński
Krytyk filmowy i muzyczny związany niegdyś lub wciąż związany z... długo by wymieniać. Ponadto amator kawy i urban exploringu, który już chyba na zawsze pozostanie niespełnionym perkusistą.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Bodo Kox o symulacji przyszłości po tym, jak świat skręcił w prawo

Warszawa, rok 2030, hasło wymalowane sprayem na murze głosi, że “Lepsze jutro było wczoraj”. Bodo Kox oddał na ekranie, jak sam twierdzi, realistyczną wizję przyszłości, a ta nie maluje się w najjaśniejszych barwach - dobrze, że wciąż jest tam miejsce na miłość. Z reżyserem “Człowieka z magicznym pudełkiem” porozmawialiśmy o jego filmowym romansie rozgrywającym się poza czasem i przestrzenią.
Robert Skowroński
Robert Skowroński
20 października 2017
CZYTAJ WIĘCEJ