Spytaj, kto uszył twoje spodnie. Czym jest etyczna moda?

Za każdym ubraniem kryje się człowiek, który je tworzy
15 minut czytania
7229
0
Małgorzata Bożek
Małgorzata Bożek
10 lutego 2018

Mówią „kupujmy mniej”, choć sami projektują i sprzedają ubrania. O tym, co znaczy odpowiedzialne ubranie, rozmawiamy z Agatą Kurek i Jankiem Kremerem z marki KOKOworld, którzy na polskim rynku – i nie tylko – mierzą się z ideą sprawiedliwego handlu.

Współpracują z Abu z Senegalu, Iglarkami z Gdyni, Eduardo z Kolumbii i kilkunastoma innymi wytwórcami, napotkanymi w różnych krajach i na różnych kontynentach. Wyruszają w kolejne podróże, by znaleźć niezwykłe tkaniny i rękodzieło, ale tak naprawdę szukają ludzi, bo wszyscy, którzy z nimi współpracują mają twarze, imiona i swoje historie. Spotykają ich w najdalszych zakątkach świata lub tuż za rogiem. Bo etyczna moda musi być globalna, ale i lokalna.

Małgorzata Bożek: Za każdym ubraniem kryje się jakaś historia?

Agata Kurek: Zaczęłabym od tego, że za każdym ubraniem kryje się człowiek, który je tworzy. Pytanie, jak daleko chcemy pójść? Możemy iść aż na plantację bawełny i zobaczyć, jak ludzie tam pracują, potem zajrzeć do tkalni, jeszcze później do szwalni. Tak naprawdę nie zdajemy sobie sprawy, przez jaki proces przechodzi każde ubranie, zanim trafi na sklepową półkę. Kiedy zaczynałam przygodę z własną marką też nie byłam świadoma, ile składa się na to etapów i jak wiele osób jest w to zaangażowanych. Odpowiem więc: jak najbardziej tak, za każdym ubraniem stoi człowiek, który wkłada w nie serce i przede wszystkim dzięki temu bardzo często żyje i zarabia na utrzymanie swojej rodziny.

Za każdym ubraniem stoi człowiek, który wkłada w nie serce (fot. KOKOworld)

Historia, która kryje się za pani marką, zaczyna się od tego, że rzuciła pani pracę w korporacji i wyruszyła w podróż. Skąd taka decyzja?

A.K.: Są decyzje, które dojrzewają w nas przez lata, a później po prostu coś zaczyna się dziać. Podróż była tak naprawdę momentem, w którym dojrzały we mnie pewne decyzje, ale nosiłam je w sobie dużo wcześniej. Ktoś kiedyś mnie spytał: „Agata, ile czasu mija, nim pęknie żarówka?”. To jest moment, ale proces, który do tego prowadzi, trwa długo. Zanim założyłam firmę, byłam na przykład wolontariuszką u Salezjan. Były rzeczy, które robiłam bez względu na to, w której części świata się znajdowałam, one zawsze stanowiły część mnie. Tuż przed założeniem firmy pojechałam na projekt filmowy do Peru. Potem wróciłam jeszcze do pracy. Wcześniej urodziłam córeczkę. Myślę, że to były takie doświadczenia, które dały mi do zrozumienia, że chcę robić coś, co ma dla mnie znaczenie. Korporacja nie była absolutnie miejscem dla mnie. Myślałam za biurkiem: „Halo, ale ja miesiąc temu byłam na pustyni, kręciłam filmy o problemach społecznych!”. Później pojechałam do Mali na festiwal muzyczny.

To była decydująca podróż?

A.K.: Tak naprawdę wszystkie te momenty wpłynęły na to, że pomyślałam: „trzeba postawić wszystko na jedną kartę”. Paradoksalnie to, że miałam malutką córeczkę, sprawiło, że nabrałam ogromnej siły. Mam poczucie, że dzieci dają nam jej bardzo dużo, często nie zdajemy sobie z tego sprawy. To, że jestem jedynym rodzicem, jedynym żywicielem domu i że chcę spędzać czas z moim dzieckiem, a nie wracać po godzinie dziewiętnastej, bo tak wyglądała moja praca w korporacji, sprawiło, że stwierdziłam: „teraz albo nigdy”. Inaczej się nie da, w pewnym momencie trzeba podjąć decyzję. Właśnie podczas podróży do Mali spotkałam ogrom ludzi, którzy robili to, co kochali. Wielu z nich było w podobnym wieku jak ja i na podobnym rozdrożu życiowym – rzucili pracę, studia, wyruszyli w podróż dookoła świata. Pomyślałam wtedy: „oni mogą, a ty Agata nie możesz?”. Wróciłam i złożyłam wypowiedzenie w pracy. Sześć tygodni później powstał pierwszy sklep.

W trakcie podróży do Mali zaczęła szukać pani rękodzielników?

A.K.: Ja ich zawsze „jakoś” szukałam. Ciekawe jest to, że nawet kiedy nie miałam firmy, podczas podróży kupowałam rękodzieło i tkaniny. Na początku robiłam to dla siebie albo dla przyjaciół. Potem stwierdziłam, że być może większa rzesza osób będzie zainteresowana tego rodzaju modą i że można z tego stworzyć pewien model sprzedażowy. Moim ideałem zawsze było budowanie rynków sprzedażowych dla tych osób, które spotykałam na swojej drodze, dla różnego rodzaju rękodzielników, których materiały i wzornictwo mnie zachwycały, na przykład z Ameryki Południowej czy z Afryki. To było coś zupełnie innego niż nasza moda i zafascynowało mnie swoimi kolorami i ekspresją. Przywoziłam więc z wypraw różnorakie rękodzieło do Polski.

Agata wybiera materiały ((fot. KOKOworld))

Miała pani wcześniej jakieś doświadczenia z modą i z projektowaniem?

A.K.: Mogę otwarcie powiedzieć, że się na tym nie znałam. Myślę, że – paradoksalnie – może to zachęcić wiele młodych kobiet, młodych mam, jak również inne osoby, które chciałyby rozpocząć jakąś przygodę. Nie musimy mieć miliona dyplomów w ręku i certyfikatów, zanim zaczniemy coś robić. Tak naprawdę najlepiej uczyć się przez praktykę. Moja wcześniejsza przygoda z szyciem wyglądała tak, że poza jedną spódnicą uszytą w podstawówce, której nigdy nie założyłam, nic więcej nie uszyłam. Ale zawsze wiedziałam, co mi się podoba i nie miałam wątpliwości, co mnie przyciąga. Całej reszty nauczyłam się, prowadząc firmę.

Jak wyglądała ta nauka?

A.K.: Najważniejsze jest to, aby na swojej drodze spotykać ludzi, którzy w jakiejś dziedzinie mają więcej wiedzy od nas. Uczyłam się więc od pań w szwalni i od konstruktorek. Wciąż się uczę. Tak naprawdę cały proces powstawania kolekcji jest wspólny.

Czyli zaczynała pani od nawiązywania kontaktów. Co jeszcze trzeba zrobić, aby założyć własną markę fair trade i czego trzeba pilnować, tworząc etyczną modę?

A.K.: Gdybym zakładała firmę drugi raz, mając tę wiedzę, którą mam dzisiaj, na pewno moje początki byłyby inne. A były zupełnie szalone! Co innego poradziłabym dzisiaj osobom, które chciałyby stworzyć swoją firmę fair trade. Są zarówno pozytywne aspekty, jak i trudności w tego rodzaju działalności. Odpowiedzialna moda to coś, co do nas dopiero przychodzi. Nie istnieje jeszcze tak mocna świadomość tej idei, jak w krajach zachodnich, głównie w Holandii, Anglii, Niemczech czy Francji. Tam tak naprawdę narodził się ruch sprawiedliwego handlu w Europie. U nas to dopiero kiełkuje. Firmy, które obecnie go promują, wciąż są pionierami na rynku i na pewno nie mają ogromnej konkurencji.

Co jest najtrudniejsze w tego rodzaju działalności?

A.K.: W Polsce dopiero uczymy się o tym mówić. Nie ma też ani jednej firmy, ani jednej tkalni w naszym kraju, od której można kupić bawełnę z certyfikatem fair trade. Tak naprawdę naszym zadaniem od ostatniego roku jest przekonanie tkalni w Polsce, które produkują dla wielu polskich marek, aby zaczęły sprowadzać przędzę z certyfikatami. Próbujemy to robić, ale jeszcze się nie udało. Dla mnie sprawiedliwy handel nie oznacza tylko sprowadzania rzeczy od rękodzielników z Afryki czy Azji, ale także tworzenie czegoś lokalnie, z poszanowaniem praw człowieka i środowiska także u nas. Dużo bardziej wolałabym kupować bawełnę z certyfikatem tkaną w Polsce, niż sprowadzać ją z Indii. W tym momencie niestety nie mam takiej możliwości. Zatem na pewno ktoś, kto zakładałby taką markę dzisiaj, napotkałby na brak sieci dostawców, która u nas jeszcze nie funkcjonuje. Sprowadzanie z innych kontynentów wiąże się natomiast z zupełnie inną logistyką.

Tradycyjna metoda farbowania tkanin (fot. KOKOworld)

Ale wam się to udaje. Nawiązujecie kontakty z dostawcami czy rękodzielnikami z różnych stron świata.

A.K.: Moją największą pasją zawsze były podróże, języki obce i spotkanie z drugim człowiekiem, nieważne z której części świata pochodzi. Z każdej podróży przywożę jakiś kontakt. Często do osób napotkanych zupełnie przypadkowo, na targu czy gdzie indziej na mojej drodze. To historie, których nie da się w żaden sposób zaplanować. Bywa też, że organizacje czy kooperatywy wcześniej sprawdzone przestają istnieć albo z jakichś powodów są tymczasowo zamknięte. W podróży wszystko odbywa się „na gorąco”. Mamy różne linie produktów, na przykład z batików, które przywożę z Indonezji czy z Afryki, ale też z materiałów tkanych w niewielkich miejscowościach, które odwiedzam podczas moich podróży. Powstają też kolekcje głównie z materiałów wytwarzanych w Polsce lub w innych częściach Europy. Staramy się wybierać szlachetne tkaniny.

W jaki sposób sprawdzacie ich dokładne pochodzenie?

A.K.: Przede wszystkim przez wywiad – rozmawiamy z ludźmi, pytamy. Dowodem na to, kiedy coś jest produkowane na miejscu, jest także pieczątka na każdej belce, znak, gdzie tkanina została wyprodukowana i jaki ma skład. Na przykład w Brazylii, którą ostatnio odwiedziłam, wiele materiałów było importowanych z Chin. Na szczęście ostatecznie udało nam się znaleźć lokalną tkalnię, która produkowała je na miejscu.

Kiedy już nawiążecie współpracę z rękodzielnikami czy wytwórcami z różnych stron świata, kontakt z nimi pewnie nie zawsze jest łatwy?

A.K.: To kolejne wyzwanie. Już pięć lat współpracujemy na przykład z Eduardo z Kolumbii, który robi dla nas ceramiczną biżuterię. Co jakiś czas trafiamy na trudności, które są ciężkie do wyobrażenia w europejskich warunkach. Proszę go choćby o nowe wzory czy kolory naszyjników, a on mówi, że nikt w wiosce nie ma w tym momencie aparatu albo że właśnie trwa powódź i nie dojedzie do koleżanki, która ma aparat i łącze internetowe. Czasami więc biżuteria zamiast przyjść do nas na wiosnę, przychodzi późną jesienią. Takie są realia i z tym trzeba się pogodzić.

Etyczna moda (fot. KOKOworld)

Jan Kremer.: Są też inne problemy, które ciężko przewidzieć. Ostatnio miałem okazję rozmawiać z naszym rękodzielnikiem z Indonezji. Nie jest niestety tak, jak sobie wyobrażamy, że każdy na świecie mówi po angielsku. Kiedy pracujemy z ludźmi z różnych kultur, z różnych krańców świata, to jakoś trzeba znaleźć ten wspólny język i myślę, że to nam się udaje i w tym tkwi też nasza siła.

A.K.: Kis Herry, rękodzielnik z Indonezji, o którym wspomniał Janek, a z którym współpracujemy już od dwóch lat – tworzy dla nas stemplowane batiki – jest bardzo serdecznym człowiekiem. Sama widzę, że on też robi postępy w angielskim albo prosi kogoś, żeby mu coś przetłumaczył. Jakoś zawsze udaje się porozumieć. Będąc w Indonezji z moją córką miałyśmy przyspieszony kurs indonezyjskiego. Nigdy nie myślałam, że będę musiała dokonywać transakcji i poruszać się po kraju naprawdę bez ani jednego słowa po angielsku. Pomagało czasem Google Translate, nie żartuję. Słowa „money” czy „credit card” były zupełnie nieznane. Ale dzięki temu moje dziecko po dziś dzień umie liczyć do dziesięciu i zamówić kurczaka w bahasa Indonesia. Myślę, że trzeba być otwartym i nie poddawać się, kiedy pojawiają się takie trudności.

Czasem trzeba improwizować?

A.K.: Myślę, że w tym jest ogromna doza intuicji i improwizacji. Nasz zespół jest bardzo sprawny językowo, to na pewno jest dużym plusem. Bo rzeczywiście, poza azjatyckimi językami, na innych kontynentach sobie radzimy, ale Azja, jest takim ogromem i tyglem kulturowym, że tam nie sposób się odnaleźć, jeśli ktoś nie zna lokalnych języków. Na wyprawy zawsze jadę ja, ale dołączają do mnie czasami inne osoby z zespołu i nie tylko. Często jeżdżę z córeczką.

Rękodzieło z Senegalu (fot. KOKOworld)

Współpracują z wami krawcy z Senegalu i Polski, rękodzielnicy z Maroka i kaletnicy z Krakowa. Rzeczy, które sprzedajecie, są jednak bardzo spójne, jeśli chodzi o styl. Jak udaje się wam to osiągnąć?

A.K.: Pewnie spójnością jest to, że ostatecznie wszystko wybieram ja (śmiech). Przechodzi to więc przez sito indywidualne. Wzornictwo, które spotykam w różnych stronach świata, mimo wszystko jest też powiązane. Dla mnie ono jest żywe, geometryczne, różnobarwne i nawet jeżeli coś kupujemy w Brazylii czy w Indonezji, okazuje się, że ma to jakąś podobną energię. Ja odpowiadam więc za pierwszą selekcję tkanin i materiałów, ale mamy dużo różnych kolekcji i staramy się je grupować, tak żeby klient, który szuka czegoś konkretnego, mógł się w tym odnaleźć.

J.K.: Wspólnym mianownikiem jest też to, że projektujemy i szyjemy wszystko lokalnie, w Krakowie. Nie przywozimy gotowych produktów, przywozimy tylko materiały. Tak jak Agata mówiła, po wstępnej selekcji, przechodzą przez jeden zespół projektujący i jedną szwalnię. Dla nas ważne jest też to, że znamy osobiście naszych rękodzielników. Każdego z nich Agata poznała podczas swoich podróży i ma z nimi od tego czasu kontakt. Staramy się też pokazać ludzi, którzy stoją za naszymi projektami, za naszymi ubraniami. Podczas wypraw robimy  zdjęcia, żeby pokazać, jak wytwórcy na miejscu pracują.

A.K.: Wracając do pierwszego pytania, właśnie za każdą naszą rzeczą stoi historia i stoi człowiek. Dlatego chcemy go pokazać. Zaczynamy teraz kręcić też filmy na temat każdego rękodzielnika, który z nami współpracuje, bo chcemy przybliżyć ludziom nie tylko proces produkcji, ale również człowieka, który za nim stoi. Kiedy wiemy, kto uszył nasze ubranie i w jakich warunkach, to ten produkt nabiera zupełnie innego wymiaru.

Co jest jeszcze ważne przy tworzeniu waszych projektów?

A.K.: Dla mnie ubrania muszą być przede wszystkim wygodne, zatem jeżeli ja coś projektuję, to tworzę coś, w czym sama chciałabym chodzić. Nasze klientki to aktywne kobiety, które cenią sobie wygodę i dobrą jakość, ale też nasz styl. Możemy sobie również pozwolić na indywidualne podejście. Nie jest tak, że wypuszczamy kolekcję i zupełnie nas nie interesuje, jak ona się przyjmie. Potrafimy nawet wstrzymać jakąś linię produktów, kiedy klientki mówią, że dany model źle leży. W trakcie czasem coś przerabiamy i zmieniamy, jesteśmy elastyczni, szyjemy na bieżąco. Nasze klientki bardzo dużo nas uczą.

To osoby, które są raczej świadome kwestii związanych z etyczną modą. Taka świadomość jest u nas coraz bardziej powszechna, ale niekoniecznie przekłada się na nasze wybory zakupowe. Jak to wygląda w Polsce z waszej perspektywy?

A.K.: Uważam, że nie można być ortodoksyjnym w każdym aspekcie. To znaczy, że niekoniecznie mam być od stóp do głów ubrana czy ubrany w ciuchy fair trade. Nie przesadzajmy, pewne zmiany muszą przychodzić stopniowo. Jeżeli ktoś ma na sobie jedną rzecz, o której wie, skąd pochodzi i jak została uszyta, to już jest fajnie. Jeżeli mamy jeden T-shirt, jeden sweter, jedną sukienkę tego rodzaju, to wierzę, że za tym przyjdą kolejne. Uwrażliwianie rodzi się powoli. Coraz więcej osób pyta przy zakupach, skąd pochodzą materiały, jak coś zostało wytworzone albo chce kupować rzeczy szyte tylko w Europie. Jest więc dużo lepiej. Jednocześnie mam świadomość, że świat jest urządzony tak, a nie inaczej. I to nie jest konkurencja: my czy „sieciówki”. One są i będą. I dla wielu osób bardzo długo cena będzie ostatecznym wyznacznikiem zakupów, zwłaszcza w Polsce. Myślę, że to, co możemy robić, to uwrażliwiać się nie tylko na to, co nosimy, ale też na to, co jemy czy gdzie kupujemy nasze warzywa. Jeżeli ktoś zaczyna świadomie żyć, to dotyka to bardzo wielu sfer jego życia.

Kis Herry (fot. KOKOworld)

J.K.: Ta świadomość faktycznie już się u nas pojawia, mamy takie instytucje jak Fundacja Kupuj Odpowiedzialnie czy Fairtrade Polska albo Fashion Revolution, z którymi współpracujemy. One bardzo wiele robią dla zrozumienia etyki w modzie. Natomiast mamy też porównanie, jak to wygląda w innych krajach. Jeździmy na przykład na targi do Niemiec. Konsumenci mają tam zazwyczaj o wiele większe wymagania. Podchodziły do nas często klientki, które zanim w ogóle przymierzyły jakieś ubranie, najpierw pytały dokładnie, skąd jest materiał, gdzie została uszyta dana część garderoby i w jakich warunkach. Dopiero, kiedy miały pełną informację na ten temat, w ogóle zainteresowały się naszą marką. Cieszymy się bardzo, że u nas już także widać powoli tę zmianę, natomiast przez to porównanie widzimy jak wiele nam jeszcze brakuje, ale i jak daleko można zajść.

A.K.: No tak i tutaj jest pytanie, jak te zmiany powinny się dokonywać, prawda? Czy na poziomie systemowym, tak jak robią fundacje takie jak Kupuj Odpowiedzialnie, które próbują uderzać do dużych firm, czy powinniśmy zacząć od siebie? Wierzę bardzo w to, że kiedy będziemy przekonywać tkalnie w Polsce, aby zaczęły sprowadzać bawełnę fair trade, to inaczej będzie to zagadnienie funkcjonować również w świadomości ogółu. Ważne jest też to, że te wszystkie instytucje czy fundacje, o których mówił Janek, powstały po dwutysięcznym roku i rozwinęły się bardzo w ciągu ostatniej dekady. Kupuj Odpowiedzialnie działało od 2002 roku jako program tematyczny Polskiej Zielonej Sieci, a potem przekształciło się w fundację; Fairtrade Polska funkcjonowała najpierw, od 2009 roku, jako nieformalna Koalicja Sprawiedliwego Handlu, a w 2013 roku na jej bazie zarejestrowano w Krakowie Fundację;  Fashion Revolution powstała po katastrofie w Dhace w Bangladeszu w 2013 roku. To też jest niesamowite – mieć świadomość, że uczestniczymy w tej zmianie. Ogromnie dużo jest jeszcze do zrobienia.

Co można zrobić, żeby mieć pewność, że to, co kupujemy, jest produkowane z poszanowaniem praw ludzi, zwierząt i całego środowiska?

A.K.: Pytać, pytać i jeszcze raz pytać. Na to nie ma absolutnie żadnej innej odpowiedzi. Jeden znajomy opowiadał mi kiedyś, że podchodził do każdego projektanta na targach mody i designu, i pytał, skąd ma bawełnę, z której tworzy swoje projekty. Podobno poza jedną osobą, nikt nie był w stanie mu na to pytanie odpowiedzieć. Ale producenci i projektanci zaczną się interesować, skąd pochodzą materiały, których używają, jeśli klienci też zaczną się tym interesować. To jest jak łańcuszek, jeżeli nasz klient się tym nie interesuje, to w sumie dlaczego mamy wydać dwa razy więcej na bawełnę z certyfikatem? Uważam, że klient ma niesamowitą moc, bo to on ostatecznie decyduje i wybiera. Jeżeli on będzie wymagający, to też projektanci i producenci będą musieli sprostać jego potrzebom. My też bardzo dużo sprzedajemy na rynki zachodnie i pytania od klientów, często zaskakują nawet nas.

A jakie pytania padają najczęściej?

J.K.: Przede wszystkim te dotyczące materiałów. Nasi klienci chcą bardzo szczegółowo wiedzieć, skąd pochodzi dany materiał i w jakich warunkach był przetwarzany. Są też pytania odnośnie konkretnych metod produkcji. Często nie mamy na nie odpowiedzi od razu, musimy dopytać naszych dostawców, sami też trafiamy na przeszkody, bo nie zawsze są nam w stanie wszystko powiedzieć. Natomiast wierzymy, że właśnie kiedy my będziemy od nich wymagać, to przyniesie zmianę, o której mówiliśmy.

A.K.: Z jednej strony, trochę jest tak, że certyfikaty zwalniają nas z dalszych dociekań i pytań. One nam dają gwarancję, że dany produkt powstał w określonych warunkach. Z drugiej strony, umówmy się, tego rodzaju poświadczenia to też narzędzie marketingowe. Im więcej firm i wytwórców poznaję, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że dla mnie najważniejsze jest to, jacy ludzie stoją za tym produktem. Gdyż tak naprawdę to ich prawa, warunki pracy i płacy oraz poszanowanie środowiska mają chronić certyfikaty, które dają większe zaufanie do produktu. Jednak wybierając ubrania na lokalnym rynku, od projektantów, możemy też sami dopytywać o proces produkcji, sprawdzać warunki pracy, pytać o pochodzenie dzianin i tkanin. Jest to zapewne trudniejsza droga i bardziej mozolna, ale też możliwa. Jeżeli znamy twórcę, projektanta i ufamy jego warsztatowi pracy oraz zasadom, według których pracuje, to to też jest odpowiedzialna moda.

klienci chcą bardzo szczegółowo wiedzieć, skąd pochodzi dany materiał i w jakich warunkach był przetwarzany (fot. KOKOworld)

Co jeszcze robić, aby nasze wybory modowe były bardziej etyczne? Tak, jak mówiliśmy, jest świadomość, ale gorzej z nawykami…

A.K.: Nie mam wątpliwości, że sytuacja nie zmieni się, póki my jako odbiorcy nie zmienimy naszej mentalności. Jest taki film o przemyśle odzieżowym – „The True Cost”. Pada tam wiele konkretnych danych i faktów. Przede wszystkim to, że dzisiaj produkuje się pięć razy więcej T-shirtów niż dwadzieścia lat temu, co pokazuje, że kupujemy pięć razy więcej. Powstaje więc pytanie: skoro mogę sobie w cenie pięciu T-shirtów w dowolnym sklepie, w dowolnej „sieciówce”, kupić jeden porządny z firmy, która dba o prawa ludzi, zwierząt i środowiska, to, czy ja naprawdę potrzebuję aż pięciu T-shirtów? Wiem, że one za dwa lata nie będą się już nadawały do niczego. Być może lepiej wybrać zamiast tego jedną rzecz. Ale ciuchy stały się też narzędziem psychologicznym. Ludzie dużo kupują, żeby poprawić swój stan emocjonalny – mam kryzys, kiepsko się czuję, pójdę sobie po nową kieckę, będzie mi lepiej. Zatem póki ubrania tanieją, żebyśmy mogli poprawiać sobie humor nowym ciuchem, to też pytanie, dokąd  to zmierza? Ale bardzo mnie cieszy, że coraz częściej mówi się o minimalizmie i slow fashion. Myślę, że w tym kierunku warto iść, bo jeżeli my zaczniemy mniej kupować, to firmy zaczną mniej produkować, to jest jasne. Najlepiej więc zacząć od siebie.

Czyli kupować mniej, ale bardziej świadomie.

A.K.: Tak, bo czy naprawdę potrzebujemy tego wszystkiego, co mamy? W pewnym momencie to nie my mamy naszą szafę, tylko ta szafa ma nas. Bo co mamy nagle zrobić z tymi dwudziestoma kieckami, które tam wiszą i patrzą na nas nienoszone. Trochę tak jest, że stajemy się niewolnikami naszych dóbr. Brzmi to może nietypowo jak na osobę, która produkuje ubrania – kupujmy mniej!

Małgorzata Bożek
Małgorzata Bożek
Wolny strzelec krążący wokół dziedzin takich jak media, sztuka i reklama. Pracuje ze słowami i odpoczywa ze słowami. Kiedy nie pisze, czyta, ogląda, słucha – jest uzależniona od opowieści. Lubi zmiany, podróże i sny.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Magazyn

Buty od szewca – wygoda szyta na miarę

Klienci zamawiający buty na ślub w słynnej warszawskiej pracowni obuwia Jana Kielmana zapewne nie są świadomi, że te dzieła sztuki użytkowej – wykonane z najwyższą precyzją i dbałością o szczegół, dopasowane do budowy anatomicznej stopy, do sylwetki, gustu i osobowości zamawiającego – przetrwają o wiele dłużej niż niejedno zawierane w nich małżeństwo.
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
13 maja 2017
CZYTAJ WIĘCEJ