Sygnalista: dla jednych skarb, dla innych zdrajca

Często wygodniej jest milczeć, niż ujawniać nieprawidłowości w pracy
11 minut czytania
4679
2
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
3 lutego 2018

Po 20 latach pracy w firmie Cargill Paweł Szczygieł został zwolniony dyscyplinarnie, bo zgłosił swojemu przełożonemu, że nie zgadza się na tuszowanie wypadków w pracy i wulgarne odnoszenie się do pracowników. W Polsce tacy jak on często są traktowani jak zdrajcy i donosiciele.

Sygnaliści, czyli ci, którzy w dobrej wierze ujawniają nieprawidłowości w miejscach pracy, w naszym kraju postrzegani są negatywnie. Wynika to z naszych uwarunkowań kulturowych i historii. Takie osoby są niewygodne dla pracodawców, bo burzą  zmowę milczenia wokół spraw, które lepiej zamieść pod dywan, takich jak ustawione przetargi, mobbing, wyprowadzanie majątku z firmy, tuszowanie wypadków przy pracy itp. – Z naszych badań wynika, że większość Polaków popiera sygnalizowanie, ale tego nie robi ze strachu przed utratą pracy albo żeby kryć kolegów i pozostać lojalnym wobec przełożonego. Kojarzy im się to z komuną i z donoszeniem na innych – mówi Grzegorz Makowski z Fundacji Batorego, która zajmuje się ochroną prawną sygnalistów.

Słowo „sygnalista” to polski odpowiednik popularnego angielskiego terminu whistleblower (dosłownie: „człowiek dmuchający w gwizdek”). Do najbardziej znanych whisteblowerów należy Edward Snowden, były pracownik CIA. Ujawnione przez niego rewelacje na temat tego, że amerykański rząd inwigiluje swoich obywateli, do dzisiaj budzą kontrowersje. Wiele osób uznaje jego działania za zdradę stanu narażającą kraj na niebezpieczeństwo.

Sygnalista to nie kapuś

Dla wielu sygnalizowanie może być sposobem na dokopanie nielubianym współpracownikom. Tego rodzaju sprawy jednak  szybko wychodzą na jaw, dość łatwo odsiać wzajemne złośliwości od spraw poważnych, które mogą szkodzić wszystkim pracownikom w firmie. Różnica między donosicielem a sygnalistą jest taka, że ten pierwszy donosi, bo ma w tym swój prywatny interes. Bardzo często jest też zrekrutowany przez służby specjalne lub policję. Natomiast sygnalista informuje o nieprawidłowościach w interesie ogółu. – Kiedy przeanalizuje się sprawy tych ludzi, okazuje się, że są bardzo zdeterminowani. Często przez szereg lat pracowali, próbując zmienić patologiczną sytuację w swojej firmie za pomocą istniejących w niej mechanizmów wewnętrznych, ale im się to nie powiodło. To nie jest tak, że widzą przekręty i od razu idą do prokuratora. Bardzo często w pierwszej kolejności próbują rozmawiać z przełożonymi – mówi Filip Pazderski z Instytutu Spraw Publicznych.

W Polsce sygnaliści często są traktowani jak zdrajcy i donosiciele

Tak właśnie było z Pawłem Szczygłem, byłym pracownikiem firmy Cargill, który nie zgadzał się na złe traktowanie pracowników. W odpowiedzi usłyszał od przełożonego, że ma zbierać manatki. Niedawno wygrał w sądzie pracy proces z byłym pracodawcą.

Cargill to amerykańska korporacja, która zajmuje się dostawą produktów i usług dla przemysłu rolno-spożywczego. Działa w kilkudziesięciu krajach na całym świecie. W Polsce najbardziej znany jest zakład produkcyjny w Bielanach Wrocławskich. Tam 20 lat temu rozpoczął pracę Paweł Szczygieł. Zakład był znany z tego, że jest „firmą dla posłusznych”. Pracodawca blokował wszelkie inicjatywy pracowników, w tym założenie przez nich związku zawodowego. Na pytania o możliwości podwyżek dyrekcja odpowiadała, że ich nie będzie, bo pracownicy są „śmierdzącymi leniami”. Szczygieł nie dał za wygraną i o swoje prawa postanowił walczyć w sądzie, który nie uwierzył w tłumaczenia dyrektora i nakazał wypłacenie 20 tys. zł na rzecz byłego pracownika.
Paweł Szczygieł jest przykładem sygnalisty, którego działania zakończyły się sukcesem. Niestety, większość spraw sygnalistów kończy się porażką. Są szykanowani i tracą pracę, a w sądzie mają niewielkie szanse.

Dla jednych idealista, dla innych czubek  

Sygnaliści prawie zawsze stają w obliczu wielkiego dylematu. Na informowanie decydują się dopiero wtedy, gdy wyczerpali inne, mniej drastyczne możliwości interwencji. Motywacja, jaka nimi kieruje, to poczucie przyzwoitości oraz interes społeczny, czyli coś, co cynikom wydaje się absurdalne. W ich oczach sygnalista jest niczym walczący z wiatrakami ostatni sprawiedliwy, który naraża swoją karierę w imię abstrakcyjnie pojętego dobra ogółu. Doświadczenia osób, które decydują się przerwać zmowę milczenia, zdecydowanie nie zachęcają do podejmowania takiej aktywności.

Wielu sygnalistów popada w problemy finansowe i poważne długi w związku z utratą źródła utrzymania. Bardzo często są postrzegani jak zagrożenie, a przedstawiana przez nich wersja wydarzeń jest podważana. Usiłuje się ich zdyskredytować na różne sposoby: kwestionując ich kompetencje, uczciwość i rzetelność, a nawet sugerując chorobę psychiczną. Środowisko pracy staje się dla sygnalisty tak toksyczne, że nie jest w stanie dłużej przebywać w firmie. Decyzja o powiadomieniu mediów czy organów śledczych najczęściej prowadzi do nasilenia działań odwetowych ze strony pracodawców. Najlepiej obrazuje to przykład Doroty Ziry. Ta lekarka pracująca w służbie więziennej zdecydowała się ujawnić kulisy ustawionego przetargu, który miał wyłonić dostawcę sprzętu medycznego dla szpitali więziennych. Szef zaproponował jej w zamian za awans współuczestniczenie w organizowaniu przetargów z pogwałceniem zasad prawa. Ona jednak odmawiała podpisywania gotowców podsuwanych przez zwierzchnika, które jej zdaniem świadczyły o próbie ustawienia przetargu pod konkretne firmy. Zdecydowała się głośno mówić o bezprawnych naciskach przełożonych na osoby przygotowujące przetarg. – Na moje pytanie, dlaczego kupujemy akurat ten sprzęt medyczny, na który nie ma zapotrzebowania, przełożony oznajmił mi, że on będzie podejmował wszystkie decyzje, a ja będę wykonywać polecenia – wspomina Dorota Zira, która za brak pokory zapłaciła wysoką cenę.

Każdego można złamać

Tajemnicą poliszynela był fakt, że przełożony znał faworyzowaną przez siebie firmę i pozostawał z nią w stosunkach biznesowych. Biegły w zakresie sprzętu medycznego, który prowadził sprawę prokuratorską dotyczącą przetargów, wycenił straty państwa na mniej więcej 500 tys. złotych. I tak np. kardiomonitory w przetargu zostały wycenione na 25 tys. zł za jeden egzemplarz, podczas gdy na rynku cena sprzętu tej klasy zamyka się w przedziale 14 –16 tys. złotych za egzemplarz.

Niestety, większość spraw sygnalistów kończy się porażką. Są szykanowani i tracą pracę

– W momencie kiedy odmówiłam, [szef – przyp. red.] zaczął  na mnie krzyczeć, grozić. »Każdego można złamać. Jest pani twarda, ale przecież pani kocha swoje dzieci«. Kazał wykonywać wszystkie jego polecenia, że jeżeli każe mi srać w spodnie, to mam to robić. Mówił mi również, że jest projektantem mody na schodach fontanny Di Trevi, a ja jestem tylko krawcem w suterenie, który ma szyć i nie odzywać się” – opowiada Dorota Zira o reakcji szefa na jej odmowę uczestnictwa w przetargowych przekrętach.

Kiedy poszła do dyrektora generalnego z informacją, że trudno jej współpracować z bezpośrednim szefem, powiedział, że najważniejszą cechą dobrego pracownika jest elastyczność, bez której nie można utrzymać się na rynku pracy. I że trzeba dostosowywać się do sytuacji i nie stwarzać problemów. Dał wyraźnie do zrozumienia, że wspomnianą elastyczność należy rozumieć jako akceptację nieprawidłowości i niezawracanie głowy przełożonym.

Stałam się trędowata

Ponieważ przetargowy proceder trwał w najlepsze, a przełożeni Doroty Ziry milczeli, postanowiła zawiadomić instytucję zajmującą się ściganiem przestępczości gospodarczej. Prokurator prowadził tę sprawę dwa lata, po czym ją umorzył, mimo że wykazał wiele nieprawidłowości. Jedna z nich polegała na tym, że szef Ziry podpisał fałszywe oświadczenie, w którym stwierdził, że nic nie wiązało go z firmami, które wygrały przetarg, a w rzeczywistości łączyły go z tymi firmami kontakty biznesowe. Inna wykazana nieprawidłowość to specyfikacje, czyli opisy, które miały tak zawężone parametry, że mogły wskazywać w przetargu na konkretną firmę i na nią wskazywały. Na czas prowadzenia postępowania podejrzany  przełożony został odsunięty od pełnienia obowiązków. Prokuratura jednak orzekła ostatecznie, że mimo zaistnienia konfliktu interesów –  powiązań ekonomicznych podejrzanego z firmą – w jego działaniu nie ma cech przestępstwa. Wrócił więc na stanowisko. – W momencie gdy było dla wszystkich jasne, że sprawa zostanie umorzona, stałam się po prostu trędowata. Nikt się do mnie nie odzywał i nie odpowiadał »dzień dobry«. Jak się okazało, wrogość współpracowników była umiejętnie podsycana i rozgrywana przez przełożonego. Na końcu pozostał mi w zasadzie jeden kolega, który od czasu do czasu przychodził na kawę, ale również przestał, lojalnie mówiąc, że dostał ostrzeżenie, że do pewnego pokoju się nie przychodzi – wspomina lekarka.

Kobieta została zdegradowana do wykonywania czynności sekretarki. Zajmowała się kserowaniem dokumentów, odbieraniem telefonów, a przełożony zlecał jej wszystko na piśmie. Była izolowana, nie zapraszano jej na żadne odprawy i uroczystości. – Po przeżyciu tej sytuacji na pewno nie określiłabym się słowem »donosiciel«. Udało mi się pozostać przyzwoitym człowiekiem mimo niesprzyjających okoliczności. Afera przetargowa jest dla mnie przykładem złodziejstwa, nazwijmy rzecz po imieniu, to są środki publiczne, czyli środki nas wszystkich. Nie godzę się na taki świat, gdzie złodziejstwo jest uhonorowane, gdzie ludzie, którzy to robią, nie wstydzą się tego i mogą żyć spokojnie, natomiast ci, którzy decydują się, żeby tę sprawę obnażyć, muszą ponieść konsekwencje. Z takich sytuacji nie wychodzi się bez szwanku i łatwo. Po jakimś czasie nie ma dokąd odejść, traci się przyjaciół, […] można też stracić rodzinę, mnie na szczęście się to nie przydarzyło – podsumowuje lekarka, która ostatecznie odeszła ze służby więziennej.

I właśnie odejście czy rezygnacja z zajmowanego stanowiska są czasem ostatnim manifestem sygnalisty, który stracił wiarę w możliwość naprawienia organizacji od środka.

Jak relacjonuje PricewaterhouseCoopers w raporcie „Sygnalista po polsku”, z 338 projektów śledczych, które firma przeprowadziła u klientów, niemal 69 proc. zostało zainicjowanych właśnie dzięki zgłoszeniom sygnalistów.

Sami zainteresowani patrząc z perspektywy czasu na konsekwencje swojej aktywności dla życia osobistego i zawodowego, nie kryją goryczy. Jedna z sygnalistek podsumowała: „Gdyby ktoś inny był na moim miejscu, to prawdopodobnie by się spalił jak ten biedak pod Kancelarią Premiera”. Większość sygnalistów deklaruje jednak, że w razie potrzeby powtórzyłaby swoje działania.

Dla jednych idealista, dla innych czubek

Słynni demaskatorzy pochodzą z USA

W USA tradycja whistleblowingu sięga początków państwowości, kiedy w konstytucji zadeklarowano, że wszyscy mają prawo do publicznego protestu  i do sprzeciwu wobec władzy. Zawiera ona zapisy chroniące sygnalistów, pierwsze pojawiły się w XIX wieku. To właśnie z USA pochodzą najsłynniejsi sygnaliści. Afery, które ujawnili, zadziwiły świat i dodały odwagi kolejnym demaskatorom.

Sherron Watkins odkryła malwersacje Enronu, jednej z największych spółek w branży energetycznej, którą w 2001 r. po raz szósty z rzędu magazyn Fortune ogłosił najbardziej innowacyjną firmą w USA. I w tym samym roku spółka upadła. Śledztwo pokazało fałszowanie sprawozdań i oszustwa finansowe na ogromną skalę. Kluczową rolę w ujawnieniu skandalu odegrała Sherron Watkins. To ona jako pierwsza napisała notatkę o nieprawidłowościach finansowych, jakich dopatrzyła się w firmie. „Kiedy w twojej pracy dzieją się rzeczy, na które się nie godzisz i które naruszają twój system wartości, czasem lepiej jest powiedzieć o tym głośno i od razu złożyć wypowiedzenie. Wtedy zachowujemy się w porządku wobec siebie i firmy, a jednocześnie nie narażamy się na poważne konsekwencje, jakie grożą sygnalistom”, mówiła w wywiadzie. Po tym jak rozpoczęło się dochodzenie w Enronie, notatka, którą napisała, od razu została uznana za jeden z ważniejszych dowodów. Ludzie wiedzieli, że gdyby nie to, całą sprawę można by zamieść pod dywan. Watkins wierzyła, że po zasygnalizowaniu nieprawidłowości przełożony rozwiąże problem. „Myślałam: przecież go znam, jest dobrym człowiekiem, więc na pewno będzie chciał problem rozwiązać. Można powiedzieć, że to był taki kapitan »Titanica«, któremu powiedziałam, że widziałam, jak statek zderzył się z górą lodową. Myślałam, że uderzy w dzwon ostrzegawczy, wypuści ludzi do szalup ratunkowych. Tymczasem ja stałam na dziobie i krzyczałam, że statek nabiera wody, a on wciąż tkwił w swojej kabinie kapitana”, wspominała sygnalistka.

Coraz więcej krajów przekonuje się do podejścia Amerykanów, a przynajmniej do zapewnienia sygnalistom ochrony prawnej przed działaniami odwetowymi organizacji, na którą „naskarżyli”. Na razie, oprócz USA, jedynymi krajami, które, według Transparency International, zapewniają sygnalistom ze wszystkich branż w miarę skuteczną ochronę prawną, są Wielka Brytania, Irlandia, Słowenia, Luksemburg, Rumunia i Węgry.

Eksperci zajmujący się whistleblowingiem w Polsce, z Fundacją im. Stefana Batorego i Instytutem Spraw Publicznych na czele, alarmują, że ochrona sygnalistów w naszym kraju jest w obecnym stanie prawnym jedynie szczątkowa. Obowiązujące przepisy nie spełniają kryteriów wynikających z międzynarodowych dobrych praktyk.

Sygnalista to kanarek ostrzegający przed wybuchem   

Projekt Ustawy o jawności życia publicznego, w której znalazły się przepisy o sygnalistach, został stworzony przez służby specjalne. To regulacja całkowicie chybiona, mająca tyle samo wspólnego z ochroną sygnalistów co przepisy np. o świadku koronnym. Konstrukcja zaproponowana przez rząd jest taka, że osoba, która uważa, że coś złego dzieje się w organizacji, zgłasza to organom ścigania lub bezpośrednio prokuratorowi. Ten przyznaje jej status sygnalisty albo go nie przyznaje. To całkowicie arbitralna decyzja prokuratora. W cywilizowanych państwach w tej kwestii wypowiadają się niezależne sądy – tłumaczy Grzegorz Makowski z Fundacji Batorego. Makowski podkreśla, że, zgodnie z projektem, kiedy okazuje się, iż prokurator nie jest w stanie wszcząć postępowania przygotowawczego, sygnalista zostaje pozbawiony ochrony. Innym mankamentem projektu jest zakres sygnalizowania objęty ochroną, który został zawężony do przestępstw o charakterze korupcyjnym. Natomiast wszystkie zachowania, które przestępstwami nie są i nie mają związku z korupcją, ale są równie niebezpieczne, bo dotyczą np. naruszenia bezpieczeństwa pracy albo łamania praw człowieka, nie są brane pod uwagę.

Według Filipa Pazderskiego z Instytutu Spraw Publicznych, przepisy powinny również zachęcać  pracodawców, żeby tworzyli  mechanizmy, które będą sprzyjały przekazywaniu informacji w miejscu pracy, np. przez udostępnianie anonimowych skrzynek mejlowych służących przekazywaniu informacji o nieprawidłowościach. W praktyce wygląda to tak, że w firmie jest przewidziana odpowiednia procedura postępowania w przypadku otrzymania takiej informacji oraz departament lub oficer etyczny odpowiedzialny za przyjmowanie zgłoszeń, ich analizę i podejmowanie decyzji o dalszych krokach.

Sygnaliści, czyli ci, którzy w dobrej wierze ujawniają nieprawidłowości w miejscach pracy, w naszym kraju postrzegani są negatywnie

Ważne jest także stworzenie takiego systemu instytucjonalno-prawnego, aby osoby alarmujące o nadużyciach zostały w miarę możliwości zwolnione z konieczności przeprowadzania dowodów na własną rękę – podkreśla Filip Pazderski.

W odniesieniu do sygnalistów i ich działalności Amerykanie używają często metafory „canary in a coal mine”, czyli kanarek w kopalni węgla. Chodzi o mechanizm wczesnego ostrzegania przed wybuchem stosowany w kopalniach. Kanarki zabierane były pod ziemię i umierały, kiedy stężenie trującego gazu rosło. Gdyby nie sygnaliści, wiele ciemnych spraw nie ujrzałoby światła dziennego. Żeby uświadomić sobie, jak ważne mogą być przekazywane przez nich informacje, wystarczy wspomnieć aferę Watergate. Dziennikarze, którzy ją opisali, nie dotarli do informacji samodzielnie, lecz ktoś im je przekazał. Był to przeciek z najwyższych kręgów amerykańskiej administracji. Ktoś stał się informatorem, ponieważ uznał, że niedopuszczalne jest to, co planowała administracja Nixona.

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.

Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.

Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Społeczeństwo

Zrzutki pracownicze: zacieśniają więzy czy wkurzają?

Teoretycznie mają być wyrazem tego, że praca to nie tylko miejsce, do którego chodzimy, żeby zarobić, ale też takie, w którym po prostu czujemy się dobrze. W praktyce bywają zmorą i ością w gardle. Czy lubimy się składać na prezenty dla współpracowników i na jakich zasadach robimy to najchętniej?
Olga Siemoniak
Olga Siemoniak
29 stycznia 2018
CZYTAJ WIĘCEJ