„W wielu rzeczach związanych z islamem oszukiwałem się”. Rozmowa z Piotrem Ibrahimem Kalwasem

12 minut czytania
5179
2
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
19 lutego 2018
Repina Valeriya/Shutterstock.com

Polski pisarz, kosmopolita i wyznawca islamu, który uważa się za muzułmańskiego liberała, odpowiada na wszystkie “niewygodne” pytania, związane z obawami przed islamem w Europie. Co to jest takija, taharusz i czy wszyscy uchodźcy to dżihadyści?

Edyta Ochmańska: Niemiecka aktywistka walcząca o prawa człowieka, Rebecca Sommer, która przez lata pracowała na rzecz uchodźców, m.in. załatwiając im mieszkania i pracę, nagle zorientowała się, że ją oszukują, czyli uprawiają tzw. takiję. Co to takiego?   

Piotr Ibrahim Kalwas: Takija to forma usprawiedliwionego religijnie zachowania, która pozwala muzułmaninowi okłamywać i zwodzić niewiernego, czyli Europejczyka, jeżeli to służy wspólnocie muzułmańskiej. Na tej zasadzie wolno im udawać przyjaźń, miłość, a nawet to, że są ateistami. Dzięki istnieniu takii muzułmanie są wolni od jakiejkolwiek odpowiedzialności. Żeby otrzymać od wolontariuszy wymagającą zaangażowania pomoc, zatajają swój religijny fundamentalizm i fakt, że w rzeczywistości odrzucają zachodni system wartości.

Okazało się, że uchodźcy, których niemiecka wolontariuszka traktowała jak przyjaciół, żywią do niej ukrytą pogardę i nazywają niemiecką dziwką.

Takie zachowanie nie wynika z pogardy, ale ze strachu przed obcą im zachodnią kulturą i nowoczesnością. Ukrywanie wiary nie jest powszechnym zachowaniem wśród uchodźców. Tylko część muzułmanów stosuje taki fortel, np. dżihadyści, kiedy udają Niemców i ubierają się zgodnie z europejskimi standardami, żeby ukryć swoją prawdziwą naturę. Jednak większość uchodźców to ludzie zagubieni i przestraszeni kulturą europejską, traktujący ją w kategoriach grzechu i zagrożenia.

Zachodnie, czyli demokratyczne, pojmowanie świata, otwarte i oparte na oświeceniowych ideach – kłóci się z islamem. I zdecydowana większość muzułmanów nie porzuci na terenie Europy swoich islamskich, tradycjonalistycznych, obyczajowo obcych Zachodowi nawyków. Nie porzuci, bo nie umie bez nich funkcjonować. Muzułmanie nieustannie usiłują przedstawiać się jako ofiary. Uskarżają się, że są obrażani lub dyskryminowani, że Zachód ponosi winę za zło, z którym się stykają. Takie zachowanie w ostatecznym rozrachunku doprowadza do tego, że wszyscy im ustępują.

Piotr Ibrahim Kalwas (fot. Zena Papadopoulos)

Świat islamu jest rozdarty. Na przykład wielbi popkulturę amerykańską, a jednocześnie gardzi Ameryką, nienawidzi jej. W żadnej innej religii nie ma tylu fundamentalistów czyniących tak straszne rzeczy. Musimy mówić o tym otwarcie. Jestem krytykiem islamu. Mówię o tym ciągle, nie próbuję zamiatać pod dywan.

Jednocześnie trzeba podkreślić, że muzułmanie to nie są urodzeni terroryści. Większość uchodźców nie ma dżihadystycznych zapędów. Ci ludzie są ofiarami systemu religijno-społecznego. Należy też pamiętać, że na Stary Kontynent uciekają zazwyczaj prości ludzie, a nie wykształcone elity muzułmańskie: lekarze, artyści czy inżynierowie. Oni bardzo rzadko tu przybywają, a jeżeli już, robią to w sposób legalny, nie na łodziach. Jeśli zaś się tu osiedlają, nie stanowią zagrożenia.

W przypadku muzułmanów mówi się nie tylko o zagrożeniu terrorystycznym, ale i obyczajowym. Tłumiona przez lata seksualność, separacja świata męskiego od żeńskiego powoduje, że kiedy przyjeżdżają do Europy, te wszystkie hamulce puszczają, co skutkuje publicznym molestowaniem kobiet.  

Ma pani na myśli to, co stało się podczas sylwestra w Kolonii w 2015 roku.

Mieliśmy tu do czynienia ze zjawiskiem zwanym w islamie taharusz, czyli właśnie masowym, publicznym molestowaniem kobiet. Do takich zachowań najczęściej dochodzi po ramadanie. Po miesiącu restrykcyjnego postu, kiedy stosunki seksualne są ograniczone, choć dozwolone po zmroku, faceci jakby odreagowują ten święty miesiąc, napastując kobiety. Tego zjawiska jeszcze nikt dokładnie nie wytłumaczył, ale ma ono związek z separacją mężczyzn od kobiet w codziennym życiu. Mężczyźni nie mogą zaspokajać swoich potrzeb seksualnych, więc  skrzykują się przez media społecznościowe na tego typu akcje.  To jest forma rozrywki, poza pokątną pornografią, której olbrzymią oglądalność odnotowuje się w  Egipcie, gdzie wyjechałem kilkanaście lat temu. Taharusz jest potępiany przez egipskie społeczeństwo, władze z tym walczą. Na co dzień na ulicach jest bardzo bezpiecznie i nie odnotowuje się tego typu ekscesów.

Coraz więcej młodych ludzi zwraca się ku fundamentalizmowi. Przechodzą na islam, żeby odreagować swoje frustracje. Wśród osób, które dokonują zamachów, nowo nawróceni stanowią dużą grupę.

Ten patriarchalny system, od początku charakterystyczny dla islamu, bardzo przyciąga młodych, sfrustrowanych i często nieatrakcyjnych facetów. Śledziłem to, obserwując moich znajomych konwertytów. Jak facet jest otoczony innymi przedstawicielami płci męskiej, którzy cały czas mówią, że kobieta to istota słabsza, którą trzeba zdominować, czuje się podbudowany. Niektórych konwertytów kusi wizja, obiecanych przez Boga, nieustannych pośmiertnych rozkoszy seksualnych w raju z powabnymi dziewicami. Ci ludzie zaczynają żyć swoistym czasem religijnym, mierzonym na przykład modlitwami. Wchodzą od razu, bardzo mocno, w strefę haram i halal, czyli tego, co zabronione, i tego, co dozwolone.

A jak to było w pana przypadku? Siedemnaście lat temu miłośnik Gombrowicza i liberał stał się muzułmaninem i wyjechał do Egiptu.

Przeszedłem długą drogę od neofity do muzułmańskiego liberała. Byłem chrześcijaninem, ale od dziecka podświadomie szukałem własnej drogi duchowej. Kiedy w wieku 37 lat odkryłem islam, stałem się wręcz neofitą, byłem zauroczony jego dogmatami religijnymi.

Być może to były również moje frustracje, poszukiwanie religii porządkującej życie. Zacząłem podróżować po krajach arabskich, odbyłem nawet pielgrzymkę do Mekki. Była to też forma ucieczki od Polski. Nie ukrywam, że nie odpowiadała mi ta biesiadno-wódczana kultura i chamstwo. Potem zacząłem ewoluować w kierunku mojego indywidualnego islamu, prywatnej duchowości. W wielu rzeczach związanych z islamem oszukiwałem się. Czułem, że to jest sprzeczne z moim liberalnym, demokratycznym pojmowaniem świata. Teraz jestem krytykiem islamu, tego fundamentalistycznego. Praktykuję jego prywatną wersję, blisko mi do sufizmu, czyli jego mistycznego odłamu. Moja żona po kilku latach też przeszła na tę religię, ale to była jej suwerenna decyzja, wcale jej do tego nie namawiałem.

Aleksandria (fot. Piotr Zieliński)

Modli się pan pięć razy w ciągu dnia?

Pierwiastek religijny noszę w sercu i umyśle, rytuały zewnętrzne nie mają dla mnie znaczenia, chociaż kiedyś tak było. Ramadanu też nie obchodzę. Miesiąc księżycowy się przesuwa, w tej chwili wypada w lecie, kiedy zakaz picia przez piętnaście godzin jest ponad moje siły. Jednak jako muzułmanin nie neguję potrzeby ludzi, by np. modlić się pięć razy dziennie. To porządkuje życie i wprowadza w nie pewien rytm dogmatów religijnych, które bardzo uspokajają. Niestety, życie w rytmie dogmatów może też stać się natręctwem. Często rytuały przysłaniają istotę wiary.

Co cennego odnalazł pan w islamie?

Siła islamu tkwi w rodzinie, w klanie. Jeżeli ktoś jest związany ze swoją rodziną, wie, że nawet jak mu się noga powinie, nie zostanie na lodzie. W życiu nie widziałem, żeby ktoś w Egipcie głodował, tam nie ma biednych ludzi mieszkających na ulicach tak jak w Indiach. Wszyscy dzielą się jedzeniem i piciem. W Aleksandrii i Kairze jest dużo darmowych jadłodajni dla biednych. Widziałem na własne oczy, jak podczas egipskiej rewolucji Egipcjanie fantastycznie potrafili się zjednoczyć. Kiedy upadło państwo, nie było policji, wszyscy sobie pomagali.

W Egipcie nie ma domów opieki społecznej, trafiają się, ale rzadko, bo nie ma zwyczaju oddawania starych ludzi do takich przybytków. Dlatego mieszkania są tam bardzo duże, żeby było miejsce dla wszystkich członków rodziny: najmniejsze mają ok. 120 m kw. W takim gorącym klimacie klitki się nie sprawdzają. Dziewięć lat temu kupiliśmy w Aleksandrii mieszkanie o powierzchni 160 m kw. Proszę sobie wyobrazić, że kosztowało tyle, ile wart jest jeden pokój w Warszawie.

W takiej wspólnocie wszyscy wszystko widzą i wiedzą, nic nie da się ukryć, traci się prywatność. Jak pan, indywidualista, znosił ten kolektywny styl życia?

W Egipcie nie ma indywidualizmu, ale nie ma też samotności. Dla nas, Europejczyków, życie na kupie jest trochę męczące, bo musimy być czasem sami. Tak jest w moim przypadku. Bo samotność to książki, muzyka, cisza. Każdy wynalazek ludzkości powstaje w samotności, w samotności się myśli. Natomiast tam ludzie tego nie potrzebują. Są razem cały czas, pomagają sobie.

Człowieka, który żyje sam, traktuje się z podejrzliwością, chyba że jest naukowcem czy pisarzem. Wtedy uznaje się go za oddzielną jednostkę, która tworzy i wymaga prywatnego azylu. Ale takich ludzi jest mało. Religijność w krajach  muzułmańskich to jest zbiorowe modlenie się, przeżywanie, wypełnianie przestrzeni publicznej. To są społeczeństwa, które nawzajem siebie pilnują. Nie pozwalają przekraczać ustalonych granic, ale jednocześnie, jeśli dzieje się coś złego, są gotowi do obrony. Ja czułem się tam absolutnie komfortowo o każdej porze dnia i nocy. Poza kilkoma dzielnicami Kairu egipskie miasta są nadzwyczaj bezpieczne.

Dla przeciętnego Polaka Egipt to kurort z plażami w Szarm el-Szejk czy Hurghadzie, gdzie można ponurkować.

Kurorty to enklawy, które z tym prawdziwym Egiptem niewiele mają wspólnego. Wielu Polaków osiedla się w tym kraju. Oczywiście większość kupuje mieszkanie w Hurghadzie czy Dahabie i dojeżdża tam regularnie, traktując je jak położoną nieco dalej daczę. Ale są też ludzie, zwłaszcza starsi, którzy mieszkają w Egipcie na stałe, wygrzewają się. Nawet za średnią polską emeryturę dobrze się tam funkcjonuje. Jest dużo freelancerów, którzy pracują z laptopem, siedząc na balkonie z widokiem na Morze Czerwone.

Życie w Aleksandrii czy Kairze na co dzień nie jest all inclusive.

Egipt na co dzień to bieda i zacofanie, 60 proc. Egipcjan żyje za dwa dolary dziennie. To jest ponad 90 mln ludzi, ok. 30 proc. spośród nich to analfabeci. Ten kraj nie jest tak bogaty jak Katar czy Kuwejt, nie żyje z ropy, czerpie ok. 12 proc. dochodów z turystyki. Po ostatnich zamachach terrorystycznych na Bliskim Wschodzie te wpływy z turystyki się kurczą.

Dżihadyści umocnili się na Półwyspie Synajskim, niedaleko Szarm el-Szejk, skąd  dokonują ataków na ośrodki turystyczne.

Czy Egipt z powodu zamachów terrorystycznych stał się państwem opresyjnym?

Egipt jest bezpieczny, dopóki nie interesujesz się jego polityką, moralnością itp. W ostatnim roku wydalono wielu dziennikarzy za nieprzychylne teksty o rządzie. Bardziej się teraz kontroluje ludzi, niż to było za Mubaraka. Po obaleniu Bractwa Muzułmańskiego rządy przejęło wojsko. A ponieważ kraj zmaga się z terroryzmem, stał się jeszcze bardziej autorytarny i w niektórych dziedzinach opresyjny.

Napisałem trzy książki o Egipcie, piszę też teksty polemiczne z islamem. Kilka razy widziałem, jak wyrzucają dziennikarzy w trybie natychmiastowym. Wtedy pomyślałem, że warto się zabezpieczyć, dlatego kupiliśmy z rodziną drugie mieszkanie na Malcie, gdzie się przeprowadziliśmy. Jednak latam regularnie do Aleksandrii. W Egipcie nasz 14-letni dziś syn chodził do anglojęzycznej szkoły i w tym języku kontynuuje naukę na Malcie. Mówi w czterech językach, oczywiście również po arabsku.

Teraz świat jest tak mobilny, że mieszkanie w kilku miejscach naraz jest możliwe. Jestem kosmopolitą, więc krążę między Egiptem, Polską i Maltą, która jest katolickim europejskim państwem, mniejszym od Warszawy. Mieszkamy na Gozo, jednej z należących do tego kraju wysepek. To miejsce bardzo spokojne, kameralne i przyjemne. Panuje przyjazny klimat: 300 słonecznych dni w roku.

Aleksandria (fot. Piotr Zieliński)

A wracając do Egiptu, jacy w codziennym obcowaniu są jego mieszkańcy?  

Kiedy osiedlałem się w Aleksandrii, rządził jeszcze Mubarak. Potem była rewolucja, władze przejęło Bractwo Muzułmańskie, następnie ludzie i wojsko obalili Bractwo i od tego czasu rządzi armia. Egipcjanie ją popierają, bo, jak mówią: „nie będzie armii, to będzie Syria”. Bractwo Muzułmańskie zamierzało wprowadzić konstytucję opartą na szariacie. Egipcjanie wprawdzie chcą silnych elementów religijnych w państwie, ale nie chcą szariatu. Potrzebują wentylu bezpieczeństwa, który pozwoli im w razie czego kupić alkohol (w Kairze i Aleksandrii jest wiele sklepów z alkoholem) oraz uchroni ich przed ukamienowaniem za kochanki na boku. Ale oficjalnie zależy im, żeby wszystko było po bożemu, żeby państwo dbało o obyczajowość. Egipcjanie to ludzie bardzo mili, ale jednocześnie niezwykle skryci. Nie można z nimi otwarcie porozmawiać na niektóre tematy, np. o polityce. Panuje tu ponadto, zresztą podobnie jak w Polsce, hipokryzja w kwestiach obyczajowych.

Na przykład dotyczących aborcji?

Tu panią zaskoczę. Islam nie zabrania aborcji,  pozwala na usuwanie ciąży do 3. miesiąca.  Środki antykoncepcyjne są dozwolone, ale pomijane milczeniem, wiele spośród nich można kupić w aptece. W Egipcie często co innego mówi się cudzoziemcom, a co innego zachowuje  dla tubylców. Weźmy na przykład obrzezanie kobiet. Poświęciłem temu zagadnieniu jeden z najbardziej poruszających tekstów w swojej książce „Egipt: haram, halal”. Obrzezanie oficjalnie jest tam zakazane, a tymczasem ponad 90 proc. kobiet poddaje się temu zabiegowi, często w strasznych warunkach. Matki robią to córkom. To barbarzyński obyczaj, którego nie ma w dogmatyce islamu, tak samo jak testów dziewictwa przed ślubem. Egipcjanki, aby się uchronić przed ich konsekwencjami, sprowadzają z Chin sztuczne błony dziewicze. Te najbogatsze fundują sobie zabiegi rekonstrukcji błony za granicą. W bogatych, elitarnych środowiskach kairskich ta czystość przedmałżeńska nie jest już taka ważna. Te rodziny przymykają na to oko. Większość małżeństw w Egipcie to związki aranżowane, kontrakt na bardzo określonych warunkach, przy czym panna młoda jest w dużo lepszej sytuacji niż mąż. Jeśli dochodzi do rozwodu z winy męża, to ona wszystko dziedziczy.

W Egipcie jest większy przyrost naturalny niż w Chinach. Obywatele tego kraju, z natury religijni i bogobojni, traktują przekaz Koranu dosłownie: rozmnażajcie się i zaludniajcie ziemię. W takich dużych, klanowych rodzinach każde dziecko ma wyznaczoną rolę: jedno zostaje imamem, drugie prawnikiem, a trzecie inżynierem. Gdy rodzina potrzebuje porady prawnej, idzie do syna, który jest radcą prawnym, a gdy ktoś zachoruje, zwraca się do syna, który jest kardiologiem.

Ale istnieją nie tylko takie prestiżowe profesje. Sprzątaniem miast zajmuje się najniższa kasta. W książce pisze pan, że kiedyś z żoną postanowiliście posprzątać teren wokół kamienicy, co wzbudziło wielkie zdziwienie.

To budzi szok, gdy ktoś z wyżej postawionej grupy społecznej, a tak są traktowani cudzoziemcy, chwyta za miotłę i sprząta obejście. Oznacza to, że albo jest dziwakiem, albo chce upokorzyć Egipcjan, dając do zrozumienia: popatrzcie, jacy jesteście głupi i brudni, my, Europejczycy, pokażemy wam, jak się sprząta. Śmieciarze to najniższa w hierarchii grupa społeczna, a śmieci są traktowane w Egipcie jak nietykalne. Nie można ich dotykać, trzeba się ich jak najszybciej pozbyć. Kontakt z odpadami powoduje zbrukanie cielesności. Ma to związek z religią, która wymaga ablucji, czyli oczyszczenia ciała przed modlitwą. Dlatego w krajach muzułmańskich każdy sedes ma podmywacz. Poza tym muzułmanin przed każdą modlitwą myje ręce, nogi i zęby, natomiast przed modlitwą zbiorową w meczecie bierze prysznic. Paradoks polega na tym, że z jednej strony na ulicach jest brudno, zalegają olbrzymie góry śmieci, zresztą w takim klimacie wszystko szybko gnije, z drugiej strony – ludzie dbają o higienę, są czyści.

Są firmy, które na tych absurdalnych obyczajach religijnych zrobiły biznes, tak jak polski producent kosmetyków Inglot.

Lakiery do paznokci marki Inglot są bardzo popularne w krajach muzułmańskich. Firma wypuściła na rynek serię lakierów oddychających, które wywołały szał wśród wielu muzułmanek, bo nie trzeba ich zmywać z paznokci przed ablucją. Zazwyczaj przed modlitwą w meczecie wyznawczyni musiała usunąć lakier. Teraz już nie musi, bo na używanie tego oddychającego  zgodę wydali imamowie z uniwersytetu Al-Azhar. Firma Inglot ma salony w Kairze, Dubaju i Katarze. To jest przykład szaleństwa religijnego, na którym można zarobić. Nie trzeba też jechać do salonu Niny Ricci w Dubaju, żeby kupić markowe hidżaby, bo takie salony są już w Londynie czy Paryżu.

Aleksandria (fot. Piotr Zieliński)

To prawda, że Egipcjanie uwielbiają koty, natomiast psy błąkają się po ulicach?

Koty żyją tu stadami, bo sprzyja im klimat. Poza tym jest zwyczaj ich dokarmiania, który bierze się z tradycji muzułmańskiej. Mahomet bardzo dbał o koty i je karmił. Podobno pogryzł go kiedyś pies, a kotka wylizała ranę. W związku z tym koty są w poważaniu i się o nie dba, a psy nie są lubiane. Chociaż to się zmienia. W dużych miastach, wśród młodych,  otwartych na Europę ludzi, coraz modniejsze staje się trzymanie psów w domu. Koty rozmnażają się bez umiaru. Islam zabrania sterylizacji istot żywych, zarówno ludzi, jak i zwierząt. Lekarz muzułmański nie chciał wysterylizować naszej kotki, bo jest to niezgodne z religią. Ale jego asystent, Kopt, czyli chrześcijanin, wykonuje takie zabiegi. To kolejny przykład sprytnego obejścia zakazów religijnych.

Jaka będzie przyszłość islamu? Europie raczej nie uda się zatrzymać fali uchodźców?  

Obecne odrodzenie prawicowe w Europie jest spowodowane w znacznym stopniu zagrożeniem ze strony islamu. W historii krajów arabskich nigdy nie było demokracji. Islam potrzebuje reformy religijnej, oświecenia, tego, co Europa przeżyła 200 lat temu. Jak to ma przebiegać? Oto jest pytanie. To będzie proces bardzo długi, trudny i bolesny. Poleje się dużo krwi. Muzułmanie to społeczność, która prze w kierunku Zachodu, ale jednocześnie nim pogardza. Ale nic nie zatrzyma nowoczesności.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.

Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.

Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Społeczeństwo

Rasizmu nie da się wyleczyć? W Trójmieście próbują – za pieniądze z Kuwejtu

Akademia Marynarki Wojennej przyjęła na studia piętnastu młodych Kuwejtczyków. Za przyjęcie studenta pod swój dach na rok, wybrane rodziny otrzymają dwa tysiące Euro miesięcznie. Jaki jest odzew?
Iwona Kamińska
Iwona Kamińska
13 października 2017
CZYTAJ WIĘCEJ