Dzieci noszą za ciężkie plecaki? Przerzućmy ciężar na rodziców

3 minuty czytania
2668
24
Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
22 marca 2018

O za ciężkich plecakach dzieci słyszę od czasu, kiedy sama taki plecak nosiłam. Jako dziecko. Teraz noszę dwa plecaki moich córek-chucherek. Cholernie ciężkie. Nic się nie zmieniło? Coś jednak tak: teraz zdaniem MEN i kuratorów zbyt ciężkie plecaki to wina… rodziców.

Życie matki jest ciężkie z zasady, bo wiadomo: umartwienie i poświęcenie podstawą życia rodziny. A poza tym jak chciałaś bachora, to masz i się nie skarż, roszczeniowa madko. Ustaliwszy niewzruszone podwaliny, wyznaczające ton każdej dyskusji na temat trudów macierzyństwa i ciemnych stron rodzicielstwa, pochylmy się nad problemem. Z tym że ja pochylę się lekko, bo mnie plecy bolą.

Problem plecaka

Córka numer jeden, lat 9 i pół. Waga: 24 kilogramy. Plecak: siedem i pół. W plecaku: książki i ćwiczenia do każdego z przedmiotów, zeszyty, aktualna lektura, piórnik, pojemnik ze śniadaniem, butelka wody, jakieś duperele typu portfel, telefon, maskotka.

Córka numer dwa, lat siedem. Waga: 18 kilogramów. Plecak: niemal cztery. Zawartość: same potrzebne rzeczy i Bambak.

Kogo nie zapytasz (nauczyciele, dyrekcja, rada rodziców, dzieci, choć kto by tam dzieci o zdanie pytał), ten pokiwa głową i potwierdzi: te plecaki są za ciężkie. Są obiektywnie ciężkie, a biorąc pod uwagę wiotkie postury moich córek, wydają się wręcz monstrualne.

Schoolgirls <3 First nad fourth grade #firstdayofschool #daughters #sisters

A post shared by Kasia Nowakowska (@pani_na_fochu) on

Niestety, sposobu na rozwiązanie problemu nie widać. Nauczyciele wymagają, aby dzieci zawsze miały ze sobą książki i ćwiczenia z danego przedmiotu. Chlubnym wyjątkiem jest jedynie nauczycielka matematyki, która jakimś cudem potrafi przynieść dzieciom podręczniki z biblioteki, a drugi egzemplarz pozostaje na użytek domowy. No ale to akurat łut szczęścia; mimo reformy edukacji zawartość podręcznika do matematyki nie uległa specjalnej zmianie, więc można korzystać z wydań z lat ubiegłych. Inne przedmioty nie miały tyle szczęścia.

No dobrze, ale czy dzieci nie mogłyby przynajmniej trzymać tych książek w szafkach w szatni i brać tylko tego, co potrzebne na daną lekcję, żeby nie targać wszystkiego przez cały dzień ze sobą? Pomijając kwestie umiarkowanej pojemności tych szafek i braku wyposażenia w półki (zawsze można jakieś pudełko wstawić, żeby podręczniki nie stały w tej samej kałuży, co buty), okazuje się, że nie mogłyby, bo nie wolno im (uwaga!) schodzić do szatni podczas przerwy. Tak, tu zawodzi ewidentnie szkoła i jej niezbyt mądre zarządzenia wewnętrzne, ale problem pozostaje nierozwiązany: dzieci noszą ciężkie tornistry.

Ten problem nie istnieje

Tymczasem minister edukacji, Anna Zalewska, oświadczyła w lutym tego roku, że: „Nie ma problemu ciężkich tornistrów dzieci – jest rozporządzenie, które to reguluje. Dyrektorzy szkół wiedzą, jak to robić”. Jak to mawiają gimbusy (Uwaga, gatunek na wymarciu! Szanować trzeba!): problem solved! Plecaki nie są za ciężkie, bo reguluje ten fakt rozporządzenie. No czyż to nie genialne? Mrożek by lepiej nie wymyślił.

Ostatnio pani minister nieco zrewidowała swoje optymistyczne stanowisko, bo po tamtej wypowiedzi podniosły się głosy oburzonych rodziców, interweniował też Rzecznik Praw Dziecka, który poinformował, że ma mnóstwo skarg na ten temat, więc problem raczej nie jest wydumany.

Szefowa MEN obecnie apeluje do rodziców, by kontrolowali zawartość plecaków i wyjmowali z nich zbędne rzeczy. Zaś podlegli ministerstwu kuratorzy, po przeprowadzonej naprędce kontroli, ogłosili, że odpowiedzialni za obecny – fatalny – stan rzeczy odpowiadają dyrektorzy szkół i… rodzice. Bo kurde, nie muszą dawać dzieciom butelki z wodą, skoro dziecko może się napić wody w szkole. I znowu: problem rozwiązany, winni wskazani, a bachory jak nosiły ciężary, tak noszą.

Jako natura buntownicza i przekorna mogę oczywiście przeprowadzić eksperyment i wysyłać córki do szkoły wyposażone jedynie w cienkie zeszyty i góra dwa ołówki – umówmy się, cała reszta to jakieś wymysły, a podręczniki i ćwiczenia niech im ogarnie szkoła. (Są e-booki przecież, mówiła pani kurator Barbara Nowak). Żreć mogą wszak  gruz (obiad w szkole je, co ten bachor roszczeniowy jeszcze by chciał) i popijać kranówką. Tylko kiedy zaproponowałam takie rozwiązanie moim córkom, to spojrzały przerażone i oświadczyły, że one nie chcą skończyć na dywaniku u pani dyrektor i daj mamo, ja poniosę ten plecaczek, on wcale (uchhh) nie jest taki ciężki!

Może chociaż moje wnuki będą miały lekkie plecaki, jak będą na tych hoverboardach zasuwać do szkół. A nie, przecież wtedy będą już odrzutowe plecaki, jak u Jetsonów. Problem solved!

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody

Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
Od ponad dziesięciu lat "robi w słowie" jako dziennikarka, blogerka, felietonistka. Była redaktor naczelną internetowego serwisu dla kobiet Foch.pl i współzałożycielką BACHORA, humorystycznego magazynu dla sfrustrowanych rodziców. Ma za sobą pracę w prasie papierowej (m.in. Dziennik, Przekrój, Machina), ale bez trudu przeniosła się do internetu i tu czuje się u siebie. Nałogowo ogląda seriale, tłumaczy gry i komiksy, uwielbia przeprowadzać wywiady (i nienawidzi ich potem spisywać). Zwierzę miejskie, matka dzieciom (sztuk dwie) i fanka Davida Bowiego.
Put on your red shoes and dance the blues.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Dziecko

Rozporządzenia o edukacji specjalnej – czy obietnice MEN zostały dotrzymane? SPRAWDZAMY

„Żadne dziecko nie zostanie bez pomocy” – obiecywała wiceminister edukacji Marzena Machałek. Po pół roku od tej deklaracji pytamy rodziców dzieci, które korzystają z nauczania specjalnego, czy system rzeczywiście działa.
Luca
Luca
5 marca 2018
CZYTAJ WIĘCEJ