Dzieci noszą za ciężkie plecaki? Przerzućmy ciężar na rodziców

3 minuty czytania
2943
24
Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
22 marca 2018

O za ciężkich plecakach dzieci słyszę od czasu, kiedy sama taki plecak nosiłam. Jako dziecko. Teraz noszę dwa plecaki moich córek-chucherek. Cholernie ciężkie. Nic się nie zmieniło? Coś jednak tak: teraz zdaniem MEN i kuratorów zbyt ciężkie plecaki to wina… rodziców.

Życie matki jest ciężkie z zasady, bo wiadomo: umartwienie i poświęcenie podstawą życia rodziny. A poza tym jak chciałaś bachora, to masz i się nie skarż, roszczeniowa madko. Ustaliwszy niewzruszone podwaliny, wyznaczające ton każdej dyskusji na temat trudów macierzyństwa i ciemnych stron rodzicielstwa, pochylmy się nad problemem. Z tym że ja pochylę się lekko, bo mnie plecy bolą.

Problem plecaka

Córka numer jeden, lat 9 i pół. Waga: 24 kilogramy. Plecak: siedem i pół. W plecaku: książki i ćwiczenia do każdego z przedmiotów, zeszyty, aktualna lektura, piórnik, pojemnik ze śniadaniem, butelka wody, jakieś duperele typu portfel, telefon, maskotka.

Córka numer dwa, lat siedem. Waga: 18 kilogramów. Plecak: niemal cztery. Zawartość: same potrzebne rzeczy i Bambak.

Kogo nie zapytasz (nauczyciele, dyrekcja, rada rodziców, dzieci, choć kto by tam dzieci o zdanie pytał), ten pokiwa głową i potwierdzi: te plecaki są za ciężkie. Są obiektywnie ciężkie, a biorąc pod uwagę wiotkie postury moich córek, wydają się wręcz monstrualne.

Schoolgirls <3 First nad fourth grade #firstdayofschool #daughters #sisters

A post shared by Kasia Nowakowska (@pani_na_fochu) on

Niestety, sposobu na rozwiązanie problemu nie widać. Nauczyciele wymagają, aby dzieci zawsze miały ze sobą książki i ćwiczenia z danego przedmiotu. Chlubnym wyjątkiem jest jedynie nauczycielka matematyki, która jakimś cudem potrafi przynieść dzieciom podręczniki z biblioteki, a drugi egzemplarz pozostaje na użytek domowy. No ale to akurat łut szczęścia; mimo reformy edukacji zawartość podręcznika do matematyki nie uległa specjalnej zmianie, więc można korzystać z wydań z lat ubiegłych. Inne przedmioty nie miały tyle szczęścia.

No dobrze, ale czy dzieci nie mogłyby przynajmniej trzymać tych książek w szafkach w szatni i brać tylko tego, co potrzebne na daną lekcję, żeby nie targać wszystkiego przez cały dzień ze sobą? Pomijając kwestie umiarkowanej pojemności tych szafek i braku wyposażenia w półki (zawsze można jakieś pudełko wstawić, żeby podręczniki nie stały w tej samej kałuży, co buty), okazuje się, że nie mogłyby, bo nie wolno im (uwaga!) schodzić do szatni podczas przerwy. Tak, tu zawodzi ewidentnie szkoła i jej niezbyt mądre zarządzenia wewnętrzne, ale problem pozostaje nierozwiązany: dzieci noszą ciężkie tornistry.

Ten problem nie istnieje

Tymczasem minister edukacji, Anna Zalewska, oświadczyła w lutym tego roku, że: „Nie ma problemu ciężkich tornistrów dzieci – jest rozporządzenie, które to reguluje. Dyrektorzy szkół wiedzą, jak to robić”. Jak to mawiają gimbusy (Uwaga, gatunek na wymarciu! Szanować trzeba!): problem solved! Plecaki nie są za ciężkie, bo reguluje ten fakt rozporządzenie. No czyż to nie genialne? Mrożek by lepiej nie wymyślił.

Ostatnio pani minister nieco zrewidowała swoje optymistyczne stanowisko, bo po tamtej wypowiedzi podniosły się głosy oburzonych rodziców, interweniował też Rzecznik Praw Dziecka, który poinformował, że ma mnóstwo skarg na ten temat, więc problem raczej nie jest wydumany.

Szefowa MEN obecnie apeluje do rodziców, by kontrolowali zawartość plecaków i wyjmowali z nich zbędne rzeczy. Zaś podlegli ministerstwu kuratorzy, po przeprowadzonej naprędce kontroli, ogłosili, że odpowiedzialni za obecny – fatalny – stan rzeczy odpowiadają dyrektorzy szkół i… rodzice. Bo kurde, nie muszą dawać dzieciom butelki z wodą, skoro dziecko może się napić wody w szkole. I znowu: problem rozwiązany, winni wskazani, a bachory jak nosiły ciężary, tak noszą.

Jako natura buntownicza i przekorna mogę oczywiście przeprowadzić eksperyment i wysyłać córki do szkoły wyposażone jedynie w cienkie zeszyty i góra dwa ołówki – umówmy się, cała reszta to jakieś wymysły, a podręczniki i ćwiczenia niech im ogarnie szkoła. (Są e-booki przecież, mówiła pani kurator Barbara Nowak). Żreć mogą wszak  gruz (obiad w szkole je, co ten bachor roszczeniowy jeszcze by chciał) i popijać kranówką. Tylko kiedy zaproponowałam takie rozwiązanie moim córkom, to spojrzały przerażone i oświadczyły, że one nie chcą skończyć na dywaniku u pani dyrektor i daj mamo, ja poniosę ten plecaczek, on wcale (uchhh) nie jest taki ciężki!

Może chociaż moje wnuki będą miały lekkie plecaki, jak będą na tych hoverboardach zasuwać do szkół. A nie, przecież wtedy będą już odrzutowe plecaki, jak u Jetsonów. Problem solved!

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody

Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
Od ponad dziesięciu lat "robi w słowie" jako dziennikarka, blogerka, felietonistka. Była redaktor naczelną internetowego serwisu dla kobiet Foch.pl i współzałożycielką BACHORA, humorystycznego magazynu dla sfrustrowanych rodziców. Ma za sobą pracę w prasie papierowej (m.in. Dziennik, Przekrój, Machina), ale bez trudu przeniosła się do internetu i tu czuje się u siebie. Nałogowo ogląda seriale, tłumaczy gry i komiksy, uwielbia przeprowadzać wywiady (i nienawidzi ich potem spisywać). Zwierzę miejskie, matka dzieciom (sztuk dwie) i fanka Davida Bowiego.
Put on your red shoes and dance the blues.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

24 odpowiedzi na “Dzieci noszą za ciężkie plecaki? Przerzućmy ciężar na rodziców”

          • Moja droga. Twój artykuł dotyczył problemu przeciążonych plecaków, które to musisz dźwigać – Ty bo są zbyt ciężkie, dla twoich dzieci.
            Problem nr. 2 – brak wsparcia i realnych rozwiązań, ze strony MEN i szkół. O wadach postawy i poradach ortopedycznych – jakoś nie doczytałem. Klauzuli pt. „Jeśli nie jesteś ortopedą – zamilcz” także nie zauważyłem.
            Do stwierdzenia że lepiej dany ciężar ciągnąć w torbie na kółkach, niż tachać na plecach, nie potrzebuję ani ortopedy ani wspomnianego przeze mnie fizyka – wystarczy zwykła logika. Nie rozumiem tego napuszenia i określania mnie mianem internetowego mądrali.
            Ot podałem Tobie nieszablonowe rozwiązanie problemu, w postaci walizki na kółkach a w zamian otrzymałem „nie jesteś ortopedą to się nie wymądrzaj”.
            I tak oto dyskusja dobiega końca. A raczej padła w trakcie wyścigu i czeka na dobicie.

          • Mój drogi Besserwisserze (pozwolę sobie powielić tę poufałą formę, choć żadnych zwierząt chyba razem nie pasaliśmy). Zirytował mnie Twój napuszony i przemądrzały ton: „A wystarczy trochę pomyśleć… niestandardowo i problem dźwigania rozwiązany”. Czy naprawdę wydaje Ci się, że mając dwoje dzieci w wieku szkolnym, nie zetknęłam się z tym rozwiązaniem? Srsly?

            Otóż, zetknęłam się i wiem, że to rozwiązanie złe. Złe dla moich dzieci, bo zdaniem ortopedów prowadzi do przechylenia sylwetki w jedną stronę i nadmiernie obciąża staw barkowy. Ponadto nie rozwiązuje kwestii dźwigania – w szkole są też schody, po których tę walizeczkę trzeba wnieść. A taki plecaczek na kółkach zazwyczaj waży więcej niż standardowy. Czyli problem podstawowy (za duży ciężar do dźwigania) pozostaje nierozwiązany, a nawet się pogłębia.

            Jest to rozwiązanie złe również dla mnie (aczkolwiek „mój” problem, tzn to, że targam te plecaki, aby nie musiały robić tego moje wiotkie córeczki, jest pochodną problemu podstawowego: plecaki są za ciężkie – to ich wagę należy zmniejszyć). Złe, bo ciągnięcie dwóch walizeczek (których rączki zazwyczaj wyciągają się na wysokość dostosowana do wzrostu dziecka, a nie dorosłego) jest szalenie niewygodne. I nawet sobie człowiek potu z czoła nie wytrze, bo czym.

          • No właśnie, nie przesadzajmy. Broda pana chyba nie była aż tak szorstko drażniąca, żeby odszturchiwać się pastorałem?

          • Pani Katarzyno
            (pozwolę sobie użyć takiej formy, gdyż najwyraźniej uznała Pani formę „droga Pani”, za zbyt poufałą). Przyznaję, że stwierdzenie „…A wystarczy trochę pomyśleć… niestandardowo i problem dźwigania rozwiązany…”, można odczytać jako butne i nieeleganckie, aczkolwiek nie był to mój zamiar. Był to wpis lekko prześmiewczy… ale mniejsza. Nie mam wpływu, na to jak Pani to odczyta. I TU pojawia się problem, bo odczytała to Pani jako atak, uwłaczający inteligencji, pasywno-agresywny ‚ton’, dziecinne podejście do tematu. Jednocześnie chciałbym zaznaczyć, że nie wiem co pani wypróbowała, w przeszłości i jakie były tego efekty (seriously!). Myślę, że ”wymiana poglądów’, między nami zboczyła na bardzo niewygodny tor – dla obojga – i powiedzieliśmy zbyt dużo/nie w tym tonie, co trzeba. Nie będę się wdawał teraz w wyjaśnienia, co miałem na myśli i jak to widzę, bo nie ma to sensu. Bardziej chodzi mi o to abyśmy wzajemnie przyznali się do tego, ze ta rozmowa podążyła w kierunku, którego oboje nie chcieliśmy. Jestem w stanie to przyznać – a Pani?

          • Panie z Brodą (niestety nie mam innej formy do wyboru), przyznaję, że potrafię być bardzo niemiła, gdy mi się nadepnie na odcisk. Pozdrawiam!

          • fizyk się melduje. i fizyk twierdzi, że takie plecaki są do rzyci, gdyż albowiem, to co Kasia napisała „bo zdaniem ortopedów prowadzi do przechylenia sylwetki w jedną stronę i nadmiernie obciąża staw barkowy. Ponadto nie rozwiązuje kwestii dźwigania – w szkole są też schody, po których tę walizeczkę trzeba wnieść. A taki plecaczek na kółkach zazwyczaj waży więcej niż standardowy. Czyli problem podstawowy (za duży ciężar do dźwigania) pozostaje nierozwiązany, a nawet się pogłębia.”
            i nie jest istotne, ze lepiej ciągnąć, niż dźwigać. istotne jest, żeby dzieci nie nosiły tylu podręczników, żeby były komplety „domowe” i „szkolne”. żeby podręczniki nie były drukowane na kredowym papierze, żeby były dzielone na moduły, albo miały wypinane kartki.

    • No właśnie, pomyśl. Jakie są zmienne w tym zagadnieniu? No to lećmy: pory roku, wzrost dziecka, przeszkody architektoniczne (w tym schody w szkole), środki transportu publicznego. I teraz wysnuj wnioski (litościwie pominąłem kwestię przekonywania latorośli, że to nie obciach i nie ma znaczenia, że inni się nabijają).

    • już widzę, jak dziecko będzie to ciągnąć. Rzuci w kąt i tyle z tego będzie. Fajne zdjęcie. W tle chłopczyk z plecakiem a za nim biegnie dziecko ciągnące plecaczek. Tak to mniej więcej będzie wyglądać. Ej, chłopaki poczekajcie.

  1. Plecak mojego 9-letniego syna (2 klasa) waży 3,5-4 kg i to w te dni, kiedy jest angielski i w-f, czyli dodatkowe rzeczy do zabrania. Bez nich ma 2 zeszty do ćwiczeń i 1 podręcznik, wszystko w formie cienkich książeczek A4, bo w szkole korzystaja z materiałow podzielonych na 5 części, które leżą albo w szkole, albo w domu; nosi się tylko część aktualnie przerabiana. Do tego 4 16-kartkowe zeszyty. Lekki mały piórnik, kredki – podstawowe kolory, nie cała tęcza – to ma w domu. Woda i drugi sniadanie. Na religię nie chodzi – jedna ksiażka i zeszyt mniej. Obuwie na zmianę ma w szkole. Lekturę czyta się w domu. Owszem zdaję sobie sprawę, że mimo wszystko to waży i że ten cieżar dramatycznie wzrośnie, kiedy z nauczania wczesnoszkolnego przejdzie na odrębne przedmioty, czyli już niebawem. Ale jednak to nadal max 4 kg, a nie 7. Zastanawiam się, co nosi Pani córka w podobnym wieku i na ile wynika to z wymogów tej konkretnej szkoły.

    • No widzi Pani… Zacznijmy od tego, że moja 9-letnia córka chodzi do 4 klasy (podziękujmy rządzącym za mieszanie w edukacji co kilka lat, które sprawiło, że to jest możliwe) i ma przyrodę, historię, polski i matematykę – każdy z tych przedmiotów to książka i ćwiczenia. Do tego technika, muzyka, plastyka, informatyka (podręcznik). Młodsza córka, chodząca do pierwszej klasy ma podobnie jak Pani Syn, ale ponieważ uczy się dwóch języków, to dochodzą książki i ćwiczenia do tych przedmiotów. Jednak na etapie nauczania początkowego jest zdecydowanie lepiej – nauczyciele pilnują, by dzieciaki zostawiały w klasie te podręczniki/ćwiczenia, które nie będą im potrzebne w domu. Pozdrawiam!

      • Też uważam, ze to nagłe przejscie z 1 podręcznika do wszystkiego do 8 do różnych przedmiotów jest fatalne. Przynajmniej cieszę się, że młodemu pojście do szkoły udało sie odroczyć – gotowość psychiczna i emocjonalna to jedno, ale zapomina się zupełnie o tej przyziemnej kwestii, że dzieci powinny tez mieć czas fizycznie podrosnąć i sie wzmocnić – również do dźwigania tych niezbednych pomocy naukowych.

  2. Jestem w liceum. Plecak zabrałem do szkoły raz by przynieść projekt z fizyki.
    Zeszyty i książki są niepotrzebne a strój na wf i pojemniki z jedzeniem noszę w reklamówce. Można można! Polecam i wyznaje to od 1 klasy gimnazjum czyli już dobre 7 lat!

    • Kupisz każdemu dziecku tablet i będziesz kupował za każdym razem, gdy nieszczęśliwie spadnie z ławki? No i jak chcesz na tablecie uczyć dzieci pisania odręcznego?
      Już pomijam fakt, że samo przeglądanie tekstu na ekranie (obojętnie czego) jest mniej wygodne, niż na papierze.

  3. Szafki? W szkole mojego syna postawiono na dwóch piętrach szafki dla dzieci (zamykane na klucz), ale uznano, że szafki dzieciom z klas 1-3 nie są potrzebne (przynajmniej na razie ich nie ma), a są potrzebne tym z klas starszych. Taka logika.

Dodaj komentarz

Zobacz też

Rozporządzenia o edukacji specjalnej – czy obietnice MEN zostały dotrzymane? SPRAWDZAMY

„Żadne dziecko nie zostanie bez pomocy” – obiecywała wiceminister edukacji Marzena Machałek. Po pół roku od tej deklaracji pytamy rodziców dzieci, które korzystają z nauczania specjalnego, czy system rzeczywiście działa.
CZYTAJ WIĘCEJ