„Hipnoza” i „Iron Majdan”, czyli TVN robi rozrywkę, która ani trochę nie bawi

4 minuty czytania
4421
3
Olga Siemoniak
Olga Siemoniak
8 marca 2018
©TVN

Nowa ramówka TVN-u to nowe rozczarowanie. Nie nastawiałam się na wiele, ale dostałam jeszcze mniej. Dziś o najbardziej żenującym programie, jaki oglądałam kiedykolwiek, a także o superdrogiej produkcji, w której nie działo się nic.

Zacznijmy od opartej na angielskim formacie „Hipnozy”. Jak  zapewniał prowadzący Filip Chajzer, miała zawierać w sobie brytyjski humor i być czymś na kształt Monty Pythona. Czysta rozrywka, idealna na domówkę, do piwa i chipsów – opowiadał. W przededniu wielkiej premiery na swoim profilu na Instagramie pochwalił się, że jego ojciec turlał się ze śmiechu jak to oglądał (biały proszek nie służy Zygmuntowi!) i nawet sceptyczna do tej pory mama też chichrała.

Totalna hipnoza, totalny trans?

Atest rodziny Chajzerów, sam prowadzący, którego poczucie humoru uznaję za w najgorszym razie nieszczególnie żenujące, a w najlepszym – udane, no i to porównanie do Monty Pythona – te wszystkie czynniki pchnęły mnie przed telewizor w sobotni wieczór. I oto co zobaczyłam.

Grupa ludzi poddawana jest ekspresowej hipnozie, po wybudzeniu z której zachowuje się dokładnie tak, jak w czasie krótkiej drzemki, nakazał jej hipnotyzer. I tak jeden z uczestników udaje tyranozaura, inny jest przekonany, że but to słuchawka i przez niego rozmawia z mamą, jeszcze inny zakochuje się w Chajzerze. Mamy też dziewczynę, która przekonana jest, że wszyscy na nią lecą, oraz chłopaka, który zamienia się w Kazimierza Wielkiego, szukającego żony. Żeby było śmieszniej (hehe), uczestnicy mają do wykonania zadania, za które zgarniają kasę (w całym odcinku można zarobić 50 tysięcy złotych). Zadania są proste, ale wykonywanie ich w stanie, w którym nie do końca się nad sobą panuje sprawia, że rosną do rangi nieco trudniejszych. I tak ekipa ma robić drinki, obsłużyć gości SPA czy wrócić do szkolnych ław i odpowiadać na pytania prowadzącego.

Nie będę wnikać, czy hipnoza jest autentyczna, choć tak na oko wydaje mi się, że nie. Jeden z uczestników miał współodczuwać depilację, której dokonywał na klientce spa, i jak depilował jej prawą nogę, to boleć go miała prawa, tymczasem zdarzało mu się pomylić i łapał się za lewą. Ale nie jestem znawczynią hipnozy, mogę powiedzieć jedynie, że dla mnie rzecz wyglądała sztucznie. Nawet jeśli faktycznie hipnoza tak działa, to i tak nie zmienia to faktu, że program jest żenujący.

Śmieszy, ale tylko uczestników

Jakiś na oko anonimowy człowiek (co ciekawe, część uczestników pojawiała się już w jakichś tytułach paradokumentalnych seriali telewizyjnych) udaje że jest dinozaurem i robi drinka, inny zabiera wszystkim buty albo oblewa się wodą czy chodzi po linie, którą widzi tylko on – to jest coś, co nie ma prawa bawić nikogo innego poza uczestnikami programu. I to przy optymistycznym założeniu, że do hipnozy rzeczywiście dochodzi, a uczestnicy nie są tylko paraktorami.

To tak jakbyście palili zioło ze znajomymi, zrobili nagranie z tego, jak śmieszyło was absolutnie wszystko, a potem kazali to oglądać innym. Zakładam, że i was by bardziej bawiły wspomnienia niż samo nagranie, ale na pewno cała reszta uznałaby to za średnio udaną produkcję.

Nie powiem, że Chajzer wypadł dramatycznie w tym programie, bo to jest profesjonalista, który konferansjerkę ma opanowaną do perfekcji. Myślę, że był najjaśniejszym punktem „Hipnozy”, ale jak dostajecie totalnie obrzydliwe ciasto, to nawet jak są w nim wasze ulubione rodzynki, to i tak raczej całej blachy nie opierniczycie.

Żelazna Gośka

Weekend się skończył, łzy po programie Chajzera otarte, czas na najbardziej reklamowaną, podobno obłędnie drogą (milion zł za odcinek) produkcję TVN-u „Iron Majdan”. Bohaterów ma dwóch: Gosię Rozenek-Majdan i jej męża Radka, który podobno kiedyś był piłkarzem, ale bardziej kojarzony jest jako mąż swoich żon: najpierw Dody, teraz Gosi. Wiadomo więc, że lubi blondynki i silikony, po nowym programie wiemy też, że lekcje angielskiego omijał szerokim łukiem. Nasza para wyjeżdża bowiem do Stanów, gdzie w każdym odcinku mierzyć się będzie z jakimś wyzwaniem. Na pierwszy ogień poszedł wrestling, były więc przygotowania pod okiem profesjonalistów i prawdziwa walka z parą zawodowców. No i właściwie to koniec. 45 minut przygotowań, walki, nagrywania spotu promującego ją, jazda fajnym autem po Los Angeles i wsio.

Trzonem „Iron Majdan” jest i miała być Gosia, na którą po programie „Azja Express” wciąż trwa swoista moda. Kilka jej tekstów weszło do obiegu i uznanych zostało za zabawne, więc TVN stwierdził, że ma gwiazdę wraz z tłem w postaci Radka i trzeba coś z tym zrobić. Totalnie autorski program (formaty dostępne na świecie nie przewidziały istnienia Rozenkowej-Majdanowej), który bazuje na dwóch osobach i zadaniu, z którym mają się mierzyć musiałby mieć za uczestników prawdziwe albo chociaż ciekawe osobowości, żeby nie był nudny. Książę William i księżna Kate uczący się wrestlingu – to by się mogło udać, ale nie były piłkarz i gwiazda TVN-u, która słynie z tego, że nie wiadomo ile ma lat.

Nie udźwignęli, taki to ciężar

On, poza dawaniem jej całusków i mówieniem „pączusiu”, nie robi wiele, ona coś tam się odzywa i stara ciągnąć ten gwiazdorski wózek, ale to jest zwykła dziewczyna, która wydaje się miła i to koniec. W programie jest dokładnie taka jak na swoim Instagramie i nawet nie pokazuje więcej, bo na co dzień pokazuje dużo, więc nie bardzo wiem o co chodziło twórcom „Iron Majdan”. Na krótką migawkę w „Azja Express” ta para była idealna, ale sami nie są w stanie udźwignąć swojego programu, który dodatkowo polega na tym, że przeżywają jakąś przygodę. Jeszcze gdyby mieli konkurować ze sobą, szkodzić sobie nawzajem, a Radek musiałby się dogadać po angielsku bez Gosi, która mówi za niego – to by było mniej nudno. A tak to, niestety, pobiłam swój rekord ziewów na minutę, choć w niejednej stacji durne programy widziałam, i niejeden odcinek „Klanu” obejrzałam.

I to nie jest tak, że spodziewałam się czegoś na miarę kabaretu Olgi Lipińskiej albo że to będzie rozrywka inteligentna i mądra jak „Jeden z dziesięciu”. Ja po prostu liczyłam, że skoro TVN kręci bekę z telewizji publicznej, to sam pokaże coś lepszego jakościowo i zechce przejąć widza, który dość ma telewizji Kurskiego. No ale nie udało się. Wyszło albo nudno, albo żenująco, co jak na snobującą się stację telewizyjną, jest trochę rozczarowujące.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Olga Siemoniak
Olga Siemoniak
Rocznik '86, absolwentka polonistyki, zawodowo klepie teksty, prywatnie i od czasu do czasu – męża. Social media sierota, która prowadzi bloga www.znetawziete.pl.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Opinie

„Chłopaki do wzięcia”, czyli kręcenie beki z cudzego życia

Od połowy września Polsat emituje nowe odcinki programu „Chłopaki do wzięcia”. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałam tak bardzo mieszane uczucia, jeśli chodzi o cokolwiek, co pokazuje telewizja. Dziś o tych uczuciach i o tym, że jesteśmy gorsi od telewizji, która podobno jest zła i manipuluje nami.
Olga Siemoniak
Olga Siemoniak
1 października 2017
CZYTAJ WIĘCEJ