Jak stracić prawo jazdy i szacunek u ludzi. Krzysztof Hołowczyc potrafi!

4 minuty czytania
4619
16
Nika Brassel
Nika Brassel
3 marca 2018
MediaPictures.pl/Shutterstock.com

Bądź popularnym kierowcą rajdowym na zasłużonej emeryturze, występuj w roli autorytetu. Jedź na konferencję dotyczącą bezpieczeństwa na drogach, przekrocz prędkość w terenie zabudowanym ponad dwukrotnie. Wtem! Łapie cię policja. Co robisz? Na pewno nie to, co pan Krzysztof!

Co zatem robisz? Przyjmujesz grzecznie mandat, traktujesz to jako lekcję pokory, może nawet opowiadasz o tym, jak złamałeś przepisy i zostałeś słusznie ukarany zatrzymaniem prawa jazdy (a w podtekście wszyscy słyszymy już w tle “dzieci, nie róbcie tego!”)? Nie, gdzie tam. Pan Krzysztof uznał, że lepiej rozegrać to “na chama”. Na bezczela podważasz więc wynik z rejestratora, czepiasz się, że “ej, a wy macie za słabo napompowane opony”, po czym zbulwersowany wrzucasz status na fejsa, że w ogóle kto to widział, tego znaku nie było widać, a poza tym pilot cię zagadał.

Nie bądźcie jak Hołek

Tak właśnie zrobił Krzysztof Hołowczyc. I powiem szczerze, wiele stracił w moich oczach. Jestem wielką miłośniczką rajdów samochodowych. Pamiętam czasy Bublewicza i smutek po jego śmierci. Tadzia Burkackiego znam dzięki temu, że uczył się z moim ojcem. Wiem jak zaczynał Kuchar i dlaczego nie był poważany na dzielnicy, ale właściwie to nie jest opowieść o moich znajomościach. Chodzi o to, że Hołka kojarzę nie od dziś. Ani nie od momentu, gdy zdobył tytuł Mistrza Europy, tym bardziej nie od afery z poprzednim jego “wyczynem”, gdy otrzymał mandat za przekroczenie dozwolonej maksymalnej prędkości o cholerne 71 kilometrów na godzinę.

Krzysztof Hołowczyc. Być może jemu to wszystko już… Lotto (fot. MediaPictures.pl/Shutterstock.com)

Wiem, każdemu kierowcy zdarzyło się złamać przepisy. Nie raz ani nie dwa. Chętnie poznam kogoś, komu nie zdarzyło się pojechać po mieście nie 50 a 55 km/h, albo nie zaparkował na chodniku tak, by zostało nie mniej niż półtora metra dla pieszego. Każdy z nas ma swoje grzeszki na sumieniu. Nie chodzi teraz o to, by zgrywać świętych. Wiem też dobrze, że z tym zdejmowaniem nogi z gazu jest kłopot. Zawsze z szacunkiem patrzę na kierowcę przede mną, który elegancko zwalnia wjeżdżając do każdej wsi napotkanej na drodze krajowej. Szanuję. Też to robię wzbudzając powszechny wkurw kierowców za mną. Wiem, jak trudno jest wyhamować. Nie z powodów fizyki, a psychiki. Im więcej jeździsz, tym bardziej jesteś przekonany o tym, że bezpieczna prędkość wcale nie musi być taka mała. I to jest pierwszy problem.

Uprzykrzanie życia kierowcom

Powszechne przekraczanie maksymalnej dozwolonej prędkości to jedna z naszych narodowych chorób. Kto nie wierzy, niech spróbuje w słoneczny dzień jechać lewym pasem autostrady przez dłuższą chwilę z maksymalną dozwoloną prędkością 140 km/h. Dość szybko przekona się, że jest żółwiem, lamusem, cieciem, babą, ciućmą, łosiem. Ktoś za nim zacznie się nerwowo ocierać o tylny zderzak, mrugać światłami i histerycznie powarkiwać. Bo on ma większego i może szybciej. 160 km/h? Mało. 180 km/h? Mało. 240 km/h? No. Patrzcie jak palę hajs!

Wytłumaczenie, że w Niemczech przecież od dawna tak można jest super. I okej, jak baran się chce zabić, niech się zabija. Tylko niech nie naraża innych. I tu wracamy do miasteczek i wiosek. Jazda przez teren zabudowany – taki, przez jaki mknął sobie Hołek – z prędkością 113, a może i choćby 110, czy 100 km/h, to grube przegięcie. Każdy, kto nie wylosował prawa jazdy w paczce chipsów wie, że droga hamowania zależy od prędkości (stanu nawierzchni i tak dalej, ale jednak, przede wszystkim – prędkości). Te ograniczenia, te konkretne, na wjazdach do wiosek i miasteczek – nie są po to, by uprzykrzyć życie kierowcom. Są po to, żeby ci nieszczęśni mieszkańcy mogli jakoś tam sobie przetrwać, przejść przez ulicę, nie drżeć o dzieci za każdym razem, kiedy same wracają ze szkoły i tak dalej. Wiem, smutno tak zwalniać, człowiek ma poczucie, że nagle wlecze się jak ślimak, ale ja mam moralne opory przed “grzaniem” przez te mniej lub bardziej skromne tereny zabudowane, gdzieś na prowincji. Po prostu czuję, że łamanie przepisów w tym miejscu to brak szacunku i elementarnej empatii. Jakaś głupia jestem, albo może, cytując Tymańskiego, “za krótko byłam w wojsku”.

Proszę pani, to on zaczął!

Wiecie jaki jest drugi problem z tym hołkowym piractwem? Facet nie ma poczucia żenady. Publicznie przyznaje się do wykłócania się z policjantami i odwracania kota ogonem.

Opublikowany przez Krzysztof Hołowczyc na 2 marca 2018

“Tłumaczymy im z Maćkiem, że jesteśmy przekonani, że nie jechaliśmy powyżej 100 km/h, że odczyt to jest ich prędkość a nie nasza, że taka metoda pomiaru nie jest precyzyjna, że są wyroki sądów w tej materii. Pokazujemy, że w radiowozie ciśnienie kół jest sporo za niskie i to też zawyża wskazywaną prędkość”.

Dodaje też, że nie zauważyli z Maćkiem Wisławskim znaku drogowego, bo albo im ciężarówka zasłoniła, albo w ogóle zagadali się. No świetnie. A jakby ciężarówka im zasłoniła dzieciaki wybiegające na drogę? Albo zagadali się i nie dostrzegli, że jakaś babinka wypełzła zza płota? Jadąc 100, albo choćby i 95 km/h nawet przy błyskawicznej reakcji, mają większe szanse na narażenie na szwank życia własnego lub cudzego, niż przy prędkości mniejszej niż 50 km/h. Więc trochę słabo. Czyli co? Jadę na konferencję o bezpieczeństwie na drodze, łamię przepisy, grzeję jak podupcony przez teren zabudowany i jeszcze nie zauważam tego, co się dzieje w bezpośrednim sąsiedztwie. A kiedy “pan władza” mnie łapie na gorącym uczynku, to nie przyjmuję kary. Słabo. Bardzo słabo.

Nie marnuj okazji do milczenia

Najgorsze jednak jest to, że niejako chwaląc się całą sytuacją sankcjonujemy podobne pyskówki innych obywateli. Wiecie co jest dla mnie gorsze od pirata drogowego? Pirat drogowy złapany na gorącym uczynku skamlący, że jest niewinny. Złamałeś prawo? Z pokorą przyjmij tego konsekwencje. Miałeś odwagę łamać przepisy? Miej odwagę przyznać się do tego.

Jeśli uważasz, że przepisy są złe, to najpierw zawalcz MĄDRZE o ich zmianę. Bo ja też nie raz i nie dwa łapałam się za głowę skąd takie durne ograniczenia, kto wymalował te pasy w tak absurdalny sposób, albo “o ciul chodziło” autorom zestawienia znaków pionowych i poziomych. Serio. Ale bądźmy jednak uczciwi. Uważam, że będąc takim autorytetem jak Hołek – a jednak Hołek jest dla wielu autorytetem i wzorcem do naśladowania – powinieneś zdawać sobie sprawę nie tylko z konsekwencji tego, co robisz, ale tego, jak to uzasadniasz i co mówisz. A jeśli już jesteś taki rozżalony i pokrzywdzony, to może zastanów się dwa razy. Na zakończenie dedykuję Hołkowi takie oto przysłowie, bodaj greckie: “dopóki milczysz, możesz uchodzić za mędrca”.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Nika Brassel
Nika Brassel
W poprzednim życiu dziennikarka i pisarka, podróżniczka i matka dzieciom, teraz po prostu autorka, hobbystycznie podejmująca intrygujące tematy.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Motoryzacja

Jak nie być bucem na drodze. Skrócony poradnik dla opornych

Źle jeżdżą baby, dziadygi, gówniarze, dresiarze, ci w czapkach z pomponem i ci w kapeluszach, ci w starych gratach i nowobogaccy w nowych, ci w BMW, ci w Skodach, ci z Krakowa, ci z Warszawy i ci z rejestracją LLU. Słowem — wszyscy. Tylko nie ja. No i pewnie ty też nie.
Anna-Maria Siwińska
Anna-Maria Siwińska
13 stycznia 2018
CZYTAJ WIĘCEJ