Kuchnia Konfliktu. Migranci przygotowują polskie wersje specjałów z różnych stron świata

9 minut czytania
1465
0
Małgorzata Bożek
Małgorzata Bożek
10 marca 2018
fot. Filip Antczak

Przyjeżdżają z Tadżykistanu, Czeczeni, Iraku czy Afganistanu, ale też z Konga czy z Tunezji. Przyrządzają pilaw, matbuchę (potrawkę z papryki), keks cytrynowy oraz popularne w Polsce pikle. Uciekają przed wojną i prześladowaniami. Swoje historie przywożą z różnych zakątków świata do Warszawy i opowiadają je w wyjątkowej kuchni. Jej specjalnością jest otwartość.

Kuchnia Konfliktu to projekt niekomercyjny funkcjonujący na komercyjnych warunkach. Kiedy powstawała, jej twórcy stwierdzili, że chcą uniezależnić się od systemu grantowego czy finansowania ze strony państwa, pozwalających realizować raczej krótkotrwałe projekty. Im zależało na trwaniu. Stworzyli więc przedsiębiorstwo społeczne. Poszukiwali sposobu, by na swoim własnym – warszawskim – podwórku, nieść pomoc w obliczu kryzysu migracyjnego w Europie i zaostrzających się wówczas działań wojennych w Syrii. Chcieli też pokazać, że Polska nie jest tak ksenofobiczna i nieprzyjazna, jak rysowało się to z perspektywy międzynarodowej.

Trzej założyciele Kuchni Konfliktu mieli już doświadczenie w działalności społecznej. Jarmiła Rybicka, socjolożka oraz aktywistka, pracowała z młodzieżą romską na Pradze; Paulina Milewska skończyła prawo i angażowała się również w działalność Refugees Welcome Polska; Maciek Kuziemski współtworzył Res Publicę i Koalicję na rzecz Polskich Innowacji. Chcieli wspólnie znaleźć narzędzie edukacyjne, które trafiałoby do ludzi na szeroka skalę. – Jeść każdy może i każdy lubi, i to jest coś, co może nas łączyć. Idąc tym tropem, spotkania przy wspólnym stole, postanowiliśmy działać – wspomina Jarmiła Rybicka.

Przyjeżdżają z Tadżykistanu, Czeczeni, Iraku czy Afganistanu, ale też z Konga czy z Tunezji (fot. Filip Antczak)

Przystanek nad Wisłą i nowe otwarcie

W skład zespołu Kuchni Konfliktu wchodzą osoby przybyłe głównie z krajów objętych wojną. Są też takie, które uciekają przed prześladowaniami i łamaniem praw człowieka. Chcą odnaleźć się w nowej rzeczywistości, w polskiej rzeczywistości, więc gotują. Umożliwia im to wyjątkowe miejsce, kiedyś otwarte sezonowo, dziś działające przez cały rok, wcześniej ulokowane w kontenerze nad Wisłą, dziś mające swój stały lokal na ul. Wilczej. Aby mogło powstać, dwa lata temu przeprowadzono akcję crowdfundingową i dwie aukcje sztuki. Pojawiły się na nich prace Marka Raczkowskiego czy Wilhelma Sasnala. Udało się. Zaczęli więc gotować nad Wisłą, na Placu Zabaw, w kontenerze. Obecnie wciąż korzystają z zakupionych wtedy lodówek, ale też innych sprzętów, które doskonale sprawdzają się również w kuchni stacjonarnej. W otwarciu stałego lokalu pomogli im też dwaj prywatni inwestorzy. Od 17 lutego Kuchnia Konfliktu działa więc pod nowym adresem. Obecnie trwa oswajanie się z miejscem, zgrywanie zespołu w nowych warunkach, ale pojawiają się też pierwsze sukcesy. W dniu otwarcia nowej siedziby odwiedziło ją ponad sto osób. Wszystkich udało się obsłużyć.

Dokonał tego zespół, który obecnie jest stały, ale zdarzało się, że dla wielu osób był tylko przystankiem.  Niektórzy z jego członków po prostu szli dalej, chcieli rozwijać się na innym polu, jak Nastia z Donbasu, która pracuje teraz w biurze pośrednictwa pracy, Hamza z Algierii, obecnie tłumacz języka arabskiego, czy Pooja z Nepalu, pracująca od jakiegoś czasu w zakładzie kosmetycznym. Z takich zmian szczególnie cieszą się twórcy Kuchni Konfliktu. Podkreślają, że nikogo nie chcą trzymać dłużej, niż tego potrzebuje. Są zadowoleni, jeśli pomogli komuś odnaleźć się w polskiej rzeczywistości i pójść dalej. Bywa i tak, że niektórzy muszą opuścić Polskę, bo nie dostają statusu uchodźcy i wyjeżdżają ubiegać się o niego gdzie indziej. Są też sytuacje, że ktoś czeka pół roku na pozwolenie na pracę i… nie może się doczekać. Przez ten czas pozostaje bez źródeł dochodu. Takie osoby często nie są w stanie  dać sobie rady przez tak długi czas i również wyjeżdżają.

Teraz, prócz założycieli Kuchni Konfliktu, jej załogę tworzy sześć osób z pięciu krajów. Są wśród nich Zura z Czeczenii, Malika i Liza z Dagestanu, Muhamadjon z Tadżykistanu, Suheila z Iraku oraz Sułtan z Afganistanu. Wcześniej byli też inni, np. Hamza z Algierii, Ali z Tunezji i Rosa z Konga. Więcej migrantów przybywało swego czasu z Afryki Północnej. Niezależnie od pochodzenia każdy cudzoziemiec wnosi do projektu swoje przepisy, kulinarne przyzwyczajenia, język i kulturę. Potrawy, które powstają w Kuchni Konfliktu, nie są oryginalnym przeniesieniem dań z danych regionów, ale raczej wariacjami na ich temat. Bo tutaj każdy dodaje coś od siebie, proponuje, zmienia. Dania są mieszanką smaków z różnych stron świata serwowaną w polskiej rzeczywistości – nowej dla większości gotujących.

Wielojęzyczne gotowanie

Mieszanka kultur oznacza jednak też czasem trudności w funkcjonowaniu, zwłaszcza jeśli chodzi o barierę językową. Teraz większość osób w Kuchni Konfliktu jest rosyjskojęzyczna, ale są też tacy, którzy mówią po arabsku. Ale – jak zaznacza Jarmiła Rybicka – bez trudu nie ma kreatywności. Inicjatywa jest przede wszystkim projektem pomocowym, więc jej twórcy liczą się z tego rodzaju perturbacjami. Doceniają też bardzo wyrozumiałość klientów, w sytuacjach, kiedy coś się nie uda lub trafi na talerz oraz stół gościa z opóźnieniem.

Teraz, prócz założycieli Kuchni Konfliktu, jej załogę tworzy sześć osób z pięciu krajów (fot. Filip Antczak)

Zatrudniamy osoby, które są według nas w najtrudniejszej sytuacji życiowej, więc najczęściej też najsłabiej mówiące po polsku. Czasami w kuchni ciężko się szybko skomunikować i szybko coś zrobić w sytuacji, kiedy raczej trzeba tłumaczyć, co jest czym, i dochodzi do nieporozumień, bo ktoś zamiast robić jedną rzecz, robi coś zupełnie innego, na opak. Ale to jest wpisane w ten projekt – podkreśla jedna z pomysłodawczyń Kuchni Konfliktu.

Prócz zatrudnienia wszystkie osoby, które tu pracują mogą liczyć na elastyczność, np. dostosowanie grafiku do lekcji polskiego czy możliwość pojawienie się w pracy z dzieckiem w wyjątkowych sytuacjach. Twórcy projektu zaznaczają, że zależy im, by zmieniać nie tylko stereotypy na temat migrantów, ale też standardy w polskiej gastronomii – począwszy od płac, przez warunki finansowe i zdrowe relacje ze współpracownikami, po wykorzystywanie swoich własnych produktów. Tę elastyczność i przykładanie wagi do jakości doceniają też pracownicy, jak Zura z Czeczenii, która w niedawnym wywiadzie dla francuskiej telewizją, podkreślała, że szczególnie podoba jej się panujący w Kuchni Konfliktu duch zespołowy. Zaznaczyła, że jeżeli się wali i pali, i coś trzeba szybko zrobić, to nieważne kto jest kim, wszyscy łapią miotły, mopy albo idą na zmywak, tak żeby wszystko się udało.

Herbata z samowara, pilaw i pikle

Różnorodność, którą wprowadzają w menu Kuchni Konfliktu cudzoziemcy, sprawia, że eksperymenty są wpisane na co dzień w jej działalność. Polski kucharz jest podobno zachwycony tym, co pokazują mu inni członkowie zespołu. – Za każdym razem jest zdziwiony, że coś takiego w ogóle istnieje i że nigdy o tym nie słyszał – mówi koordynatorka projektu. Podkreśla, że jej współpracownicy wykazują się dużą inicjatywą i pomysłowością. Zdarza się, że Sułtan z Afganistanu wpada do lokalu, choć to nie jego zmiana, i opowiada o niezwykle aromatycznej herbacie, stwierdzając, że muszą ją u siebie podawać, najlepiej w samowarze, z którego klienci mogliby sami nalewać odkryty przez niego napój. Malika z Dagestanu jest natomiast mistrzynią cukiernictwa. Robi torty i ciasta na zamówienie. Prowadzący Kuchnię Konfliktu chwalą się nimi na swoim profilu w serwisie Facebook i nazywają cukierniczym rękodziełem. Chcą pomóc Malice zyskać nowych klientów.

Opublikowany przez Kuchnia Konfliktu na 26 lutego 2018

W lokalu na Wilczej każdego dnia pojawiają się inne dania. Menu nie jest długie, bo ma być przede wszystkim świeże i oparte na dobrej jakości produktach. Zespół Kuchni Konfliktu samodzielnie piecze chleby, bułki i ciasta, przygotowuje własne przetwory, dżemy oraz pikle. Jego członkowie prowadzą też kursy kwaszenia dla tych, którzy chcieliby poznać tajemnice smaku ich marynat. Zwykle można przeczytać, że na danie danego dnia zapraszają konkretne osoby, np. Yaknet Bazalla (duszoną zieloną fasolkę w sosie pomidorowym), sałatkę z chipsami z pity, ryż Sułtana i ciasto jogurtowe ze skórką cytryny z kremem z białej czekolady i kardamonem serwują Suheila z Iraku, Sułtan z Afganistanu i Piotr z Polski.

Furorę wśród klientów robi matbucha, algierska potrawka z papryki, z kaszą bulgur. Wiele zachwytów pada też pod adresem ciasta z kremem różanym, cytrynowej zupy z soczewicy oraz pilawu, potrawy opartej na ryżu gotowanym w bulionie warzywnym. Ten ostatni, jak odkryto w Kuchni Konfliktu, funkcjonuje zarówno w Czeczeni, Afganistanie, jak i w Iraku, tyle że w nieco innej wersji. Na Wilczej podaje się go na różne sposoby, w zależności od tego, kto go przygotowuje i czym chce go urozmaicić, oczywiście po konsultacji z resztą zespołu. Klienci zaznaczają też w swoich ocenach, że jedzenie w słusznej sprawie smakuje jeszcze lepiej…

Zwykli ludzie, różne historie

Poza kulinarnymi odkryciami, również pomoc i edukacja jest specjalnością Kuchni Konfliktu. Osoby  potrzebujące wsparcia trafiają do niej przez organizacje i fundacje działające w Warszawie na rzecz migrantów. Kuchnia Konfliktu współpracuje z Fundacją Ocalenie, Stowarzyszeniem Interwencji Prawnej oraz Inicjatywą Chlebem i Solą. Jak zaznaczają pomysłodawcy społeczno-kulinarnej inicjatywy, środowisko aktywistów zajmujących się tematem migrantów w stolicy jest stosunkowo niewielkie. Dlatego szybko trafiają do nich informacje o kolejnych osobach starających się o status uchodźcy. Wiedzą, że w takich przypadkach potrzebna jest często pomoc w wynajęciu mieszkania, znalezieniu mebli czy też ubrań na zimę. Coraz częściej zdarza się też, że cudzoziemcy również sami do nich trafiają. Zazwyczaj trzymają się razem, niekoniecznie tylko z osobami swojej narodowości, i przekazują sobie przydatne informacje. Tak było np. w przypadku Maliki, którą przyprowadziła Zura z Czeczenii.

Różnorodność, którą wprowadzają w menu Kuchni Konfliktu cudzoziemcy, sprawia, że eksperymenty są wpisane na co dzień w jej działalność (fot. Kuchnia Konfliktu)

Kuchnia Konfliktu staje się dla migrantów nie tylko miejscem, w którym mogą pracować, ale też przestrzenią do opowiedzenia własnych historii. Dlatego podczas organizowanych tu spotkań, wykładów i warsztatów można posłuchać opowieści o miejscach ich pochodzenia, dla wielu Polaków zupełnie nieznanych. – Zakładamy, że jedne osoby wolą opowiedzieć o swoim kraju z perspektywy kultury, np. dziewczyna z Iranu wybrała spotkanie o współczesnej kinematografii irańskiej, ale są też tacy, którzy chcą pokazać, co jest bardzo nie tak w ich krajach i wytłumaczyć, dlaczego znaleźli się w Polsce. Trzecia grupa to migranci, którzy są na tyle odważni, że chcą podzielić się własną historią, niekoniecznie tą traumatyczną czy wojenną. Nasze podejście jest takie, żeby nie wciskać ich w ramy, tylko pokazywać jako zwykłych ludzi, którzy mają różne rzeczy do powiedzenia – zaznacza Jarmiła Rybicka.

Spotkania i warsztaty, które są szansą na poznanie ich historii, ale też dyskusję na temat różnych zjawisk, prowadzący Kuchnię Konfliktu planują rozwijać w stacjonarnym lokalu na Wilczej, który na dole ma niewielką salę idealną do organizacji tego rodzaju wydarzeń. Na razie pojawiły się pomysły na Dni Kultury Tadżykistanu, spotkanie kobiet-cudzoziemek, ale też wystawę fotografii prezentującą portrety uchodźców, którzy utknęli w Calais we Francji, próbując przedostać się do Wielkiej Brytanii. Kiedy zespół zaaklimatyzuje się w nowym miejscu i warunkach, zapowiada także rozbudowę programu kulturalnego.

Jedzenie na przekór stereotypom

Mimo fali nienawiści wobec migrantów, która przetacza się przez polskie media i internet, a nawet ulice, Kuchnia Konfliktu spotyka się raczej z życzliwymi reakcjami mieszkańców Warszawy. Oczywiście nienawistnych komentarzy pod kątem ich działalności i pracowników nie brakuje w internecie, zdarzają się nawet tak absurdalne stwierdzenia, że w swojej kuchni robią nie jedzenie, a bomby. Jest jednak spora grupa osób kibicująca Kuchni Konfliktu i zachwycająca się potrawami, które powstają dzięki wyjątkowej mieszance temperamentów i pomysłów osób z różnych stron świata. Jak podkreśla Jarmiła Rybicka, to zdecydowanie mobilizuje do dalszego działania:

Najważniejsze żeby trwać i pokazywać pozytywy. Wierzymy w to, że jesteśmy żywym przykładem, który obala pewne stereotypy na temat cudzoziemców, np. że nie chcą pracować, że pobierają polski „socjal”, że różnice kulturowe, jeżeli chodzi o muzułmanów, są rażące albo że oni nie szanują kobiet itp. Te wszystkie rzeczy nie są prawdą, a na pewno nie są prawdą uniwersalną. Każdy jest inny i to też pokazuje nasz projekt na co dzień.  

 

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Małgorzata Bożek
Małgorzata Bożek
Wolny strzelec krążący wokół dziedzin takich jak media, sztuka i reklama. Pracuje ze słowami i odpoczywa ze słowami. Kiedy nie pisze, czyta, ogląda, słucha – jest uzależniona od opowieści. Lubi zmiany, podróże i sny.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Kawa po afrykańsku – w sudańskim obozie dla uchodźców

Temat uchodźców rozgrzewa Europejczyków do czerwoności, a obozy dla nich są tematem wielu tekstów i alarmujących reportaży. Tymczasem największe obozy dla uchodźców znajdują się w Afryce i żyją własnym życiem. Czy jednak obóz dla uchodźców to dobre miejsce na otworzenie biznesu? Taki pomysł to dla migrantów nie tyle kwestia przedsiębiorczej inwencji, ile często jedyny sposób na utrzymanie rodziny.
Magdalena Krawczak
Magdalena Krawczak
9 czerwca 2017
CZYTAJ WIĘCEJ