Obowiązkowe mediacje przed rozwodem – dlaczego to zły pomysł?

6 minut czytania
1154
0
Martyna Kośka
Martyna Kośka
4 marca 2018

Lepsze jest wrogiem dobrego. Mediacje są skuteczne, bo są dobrowolne. I tak powinno zostać. Propozycja Ministerstwa Sprawiedliwości, by uzależniać orzeczenie rozwodu od podjęcia przez małżonków mediacji rodzi pytanie, czy ludzie przymuszeni do odbycia mediacji będą tak samo pozytywnie do niej nastawieni? Zapewne nie, bo taka nasza ludzka natura, że nie lubimy, gdy ktoś coś nam każe.

Zwiększa się świadomość ludzi co do tego, że sporów wcale nie trzeba rozwiązywać w sądzie, ale można skorzystać z alternatywnych sposobów, czyli na przykład mediacji. Dotyczy to nie tylko spraw rodzinnych, ale też np. gospodarczych. Ludzie sięgają po nie coraz chętniej nie dlatego, że muszą, lecz dlatego, że wierzą w ich skuteczność. Motywacja, z którą pary idą czy to na terapię małżeńską, czy właśnie do mediatora, odgrywa bardzo ważną rolę dla powodzenia procedury.

Dziennik Gazeta Prawna dotarł do informacji, z których wynika, że Ministerstwo Sprawiedliwości pracuje nad przepisami, które uzależniałyby orzeczenie rozwodu od podjęcie przez chcących się rozejść małżonków mediacji. Pomysł niby słuszny, bo mediacje, czyli próba dojścia do porozumienia, w której uczestniczy bezstronny mediator, stwarza okazję do rozmowy o problemach i szansach na odbudowanie relacji. Skonfliktowani partnerzy często nie dają sobie szansy na omówienie drażliwych tematów, bo przestają razem mieszkać, nie odbierają telefonu, a każda próba podjęcia trudnej dyskusji kończy się awanturą.

Wprawdzie wypowiedź o tym, że ministerialni urzędnicy pracują nad przepisami wprowadzającymi obowiązkowe mediacje, padła w kontekście dyskusji na temat usprawnienia wykonywania orzeczeń sądowych dotyczących kontaktów z dziećmi, ale wcale niewykluczone, że mediacje byłyby obowiązkowe także w przypadku rozwodzących się par, które potomstwa nie posiadają.

Motywacja, z którą pary idą czy to na terapię małżeńską, czy właśnie do mediatora, odgrywa bardzo ważną rolę dla powodzenia procedury

Co z zasadą dobrowolności?

Pomysł nie jest nowy: już w 2006 r. (czyli w czasie, gdy Prawo i Sprawiedliwość było u władzy po raz pierwszy) resort opracował projekt przepisów, które by do mediacji zobowiązywały wszystkich, którzy chcą przeciąć węzeł małżeński (a nawet szerzej – mediacje miałyby być obowiązkowe we wszystkich sprawach rodzinnych).

Wtedy projekt nie spotkał się ze zrozumieniem pozostałych partii; zarzucono mu m.in. próbę ideologizowania prawa. Jak widać, pomysł stworzenia parom przestrzeni do odbudowania porozumienia wciąż jest żywy. Czy to źle? Mediacje siłą rzeczy dają pole do wymiany zdań, a obecność mediatora gwarantuje, że próba nawiązania kontaktu nie zakończy się trzaśnięciem drzwiami.  Coś jednak uwiera w propozycji wprowadzenia obligatoryjnych mediacji.

Zgodnie z definicją (cytuję za  serwisem mediacja.gov.pl), mediacja jest dobrowolną, poufną metodą rozwiązywania sporu, w której strony sporu, z pomocą bezstronnego i neutralnego mediatora, samodzielnie dochodzą do porozumienia.

Pierwszy przymiotnik jest tu kluczowy. Gdy podjęcia rozmowy w obecności mediatora staje sie prawnym wymogiem, z dobrowolnością nie ma to już nic wspólnego. Jeśli małżonkowie, a więc ludzie bądź co bądź dorośli, doszli do wniosku, że ich wspólny czas się skończył, to przymuszanie ich do rozmów o ewentualnej przyszłości trąci sztucznością. Jeśli od dawna nie mieszkają razem – a być może są już w nowych związkach, to żadna rozmowa o terapeutycznym znaczeniu przebaczenia nie skłoni ich do powrotu do „starego” życia. Na obowiązkowe mediacje przyjdą, wszak zależy im na oficjalnym zakończeniu związku, by z czystą kartą wejść w nową relację, ale o żadnych dobrych intencjach nie będzie mowy. Pewnie odegrają przed mediatorem przedstawienie, by mógł wpisać w sprawozdaniu, że nie widzi szans na powrót małżonków do siebie. Procedurom stanie się zadość, a małżonkowie w poczuciu spełnionego obowiązku będą mogli czekać na wyznaczenie terminu rozprawy.

O ile omówiona powyżej sytuacja to przykład nieuzasadnionego formalizmu, to znacznie bardziej niezrozumiałe jest zmuszanie do mediacji par, w których decyzja o rozstaniu jest podyktowana przemocą w rodzinie czy alkoholizmem. Dlaczego kobieta, która latami była ofiara słownej czy fizycznej agresji ma mediować z mężem? W trakcie takich „negocjacji” on może obiecać wszystko (że się poprawi, że już nigdy nie podniesie na nią ręki), a gdy ona odrzuci wyciągniętą przez niego rękę, może zostać uznana za tę stronę, która do mediacji podchodzi ze złą wolą i nie chce współpracować. Sytuacja może być jeszcze bardziej dramatyczna – ona (posługuję się schematem, wiem, ale ofiarami przemocy domowej są jednak z reguły kobiety) uciekła z domu i ma nadzieję zobaczyć swojego oprawcę dopiero na sali rozpraw, a tymczasem musi stawić się w ładnie urządzonym gabinecie mediatora i pijąc kawę wyjaśniać, jak to się stało, że tyle w niej przez te lata narosło żalu. I nie, nie jest zainteresowana powrotem do wspólnego gniazdka.

Mediator już dziś pomoże parom w kryzysie

Mediacje w procedurze rozwodowej nie są czymś niespotykanym. Zgodnie z art. 436 kodeksu postępowania cywilnego, sąd może skierować sprawę do mediacji, gdy istnieją widoki na utrzymanie małżeństwa. A więc nie z automatu, ale tylko pod warunkiem, że jest choćby cień szansy, że partnerzy się pojednają.

Niezależnie od tego (a więc nawet gdy szans na ratowanie związku nie ma), sąd może skierować strony do mediacji, aby ustaliły sporne kwestie dotyczące m.in. alimentów, sposobu sprawowania władzy rodzicielskiej, kontaktów z dziećmi oraz spraw majątkowych. Na taką mediację można skierować małżonków nawet wtedy, gdy jedno z nich nie wyraża zgody.

Choć mediator ma ułatwić zwaśnionym stronom dogadanie się, to celem mediacji wcale niekoniecznie jest pogodzenie małżonków. Temu służy raczej terapia. W ramach mediacji strony mają dokonać ustaleń co do tego, w jaki sposób się rozwieść (z orzekaniem winy czy bez?) i ustalić sprawy majątkowe oraz związane z opieką nad dziećmi – jeśli kompromis w tych tematach był nie do osiągnięcia. Chciałoby się powiedzieć: tylko tyle i aż tyle.

Zadaniem mediatora jest zbadanie, jakie są oczekiwania stron i na jaki kompromis może pójść każdy z małżonków. W tym celu rozmawia najpierw z każdym z osobna, a później proponuje rozmowę w trójkę. Raczej słucha niż narzuca swoje rozwiązania. Musi zachować bezstronność, nie wolno mu faworyzować żadnej ze stron.

Propozycja Ministerstwa Sprawiedliwości, by uzależniać orzeczenie rozwodu od podjęcia przez małżonków mediacji rodzi pytanie, czy ludzie przymuszeni do odbycia mediacji będą tak samo pozytywnie do niej nastawieni?

Tajemnica jak na spowiedzi

Mediatora wybierają zainteresowane strony, a gdy nie potrafią dojść do porozumienia, wskazuje go sąd. Jeśli to sąd skierował strony na mediacje, postępowanie nie powinno trwać dłużej niż trzy miesiące, ale gdy jego przedłużenie może się przyczynić do zawarcia ugody, może zostać przedłużone na wniosek stron.

Kim jest mediator? Czy może nim być dowolna osoba, która potrafi słuchać i udzielać rad? Po pierwsze, mediatorem nie może być sędzia (chyba że w stanie spoczynku). Mediatorem stałym, czyli takim, który jest wpisany na listę Sądu Okręgowego, może być osoba, która posiada wiedzę i umiejętności w zakresie prowadzenia mediacji. Wiedzę tę może zdobyć na specjalistycznych kursach i szkoleniach.

W razie możliwości w sprawach dotyczących rozwodu czy separacji sędziowie wyznaczają mediatorów, którzy mają przygotowanie psychologiczne, pedagogiczne lub prawnicze orz doświadczenie w prowadzeniu spraw rodzinnych.

Postępowanie mediacyjne nie jest jawne. Mediator jest zobowiązany zachować w tajemnicy fakty, o których dowiedział się w związku z prowadzeniem mediacji, chyba że strony zwolnią go z tego obowiązku. W protokole mediacji znajdzie się wyłącznie treść zawartej ugody bądź stwierdzenie, że do ugody nie doszło. Mediator nie może być świadkiem w sprawie ani w żaden inny sposób ujawniać treści negocjacji stron.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Martyna Kośka
Martyna Kośka
U progu dorosłości marzyła o uporządkowanym życiu i oglądaniu miasta z wysokiego piętra przeszklonego wieżowca, więc ukończyła prawo. Nie zdążyła jednak zastukać obcasami na korytarzu sądowym, bo przekonała się, że znacznie ciekawszy świat czeka na mnie gdzie indziej.
Jest dziennikarzem gospodarczym, jej analizy można przeczytać w kilku popularnych serwisach finansowych - ale po godzinach pracy praktycznie nie używa słów typu "inflacja", "nowelizacja" i "jurysdykcja krajowa", lecz pisze dużo bardziej reportażowo, życiowo.
Czyta reportaże, ogląda polskie dramaty obyczajowe, wybiera schody zamiast windy.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Społeczeństwo

I nie opuszczę cię aż do… jutra. Czy małżeństwo to przeżytek?

Obecnie małżeństwo to nierzadko bardziej kontrakt i układ interesów niż sakrament. Coraz częściej elementem najsilniej scalającym związek jest wspólny kredyt czy prowadzenie firmy. Uczucia pozostają na drugim planie.
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
9 października 2017
CZYTAJ WIĘCEJ