Paweł Małaszyński: “Depresja to dżuma XXI wieku”

8 minut czytania
4823
0
Robert Skowroński
Robert Skowroński
11 marca 2018
fot. Dawid Klepadło

Choć znany jest przede wszystkim jako aktor, to z powodzeniem realizuje się także w roli muzyka. Na rynek trafił album “Swans And Lions” grupy Cochise, której wokalistą od lat jest Paweł Małaszyński.  Sam zainteresowany przyznaje, że wiele osób ocenia twórczość zespołu z góry twierdząc, że “jeżeli podpisał się pod tym Małaszyński, to musi być to gówno”.

Robert Skowroński: Na profilu Cochise na Facebooku opublikowany został fragment wywiadu z tobą z 2007 roku, w którym z przekonaniem mówisz, że nigdy nie uda wam się wydać płyty. “Swans And Lions” to już wasz piąty album. Wciąż uważasz, że są przed zespołem drzwi, których nie da się otworzyć, czy też jesteś zdania, że wszystko jest możliwe?

Paweł Małaszyński: Im jestem starszy, tym mam więcej marzeń. Potrafi to być bardzo niebezpieczne. Oczywiście cieszę się z tego co osiągnęliśmy, bo nikt z nas nie przypuszczał, że znajdziemy się właśnie w tym miejscu. Na początku drogi Cochise obawiałem się koncertowania, jak i samego grania. Chciałem tworzyć muzykę, ale do szuflady. Stopowała mnie fala krytyki i nazywanie kapeli “fanaberią aktora”. Należało jednak wyjść z tej skorupy. Kiedy zespół nie koncertuje, nie rozwija się, aż wreszcie umiera. Jestem zadowolony z tego, w jakiej chwili znajduje się grupa, my jako muzycy, ale i jako przyjaciele. Wiadomo, że dalej marzymy i chcielibyśmy osiągnąć jeszcze więcej, ale jednocześnie przestaliśmy oczekiwać czegokolwiek od kogokolwiek. Bycie w Cochise, doświadczanie różnych emocji, począwszy od zwątpienia, a kończąc na euforii, nauczyło mnie, że nie ma sensu oglądać się za siebie, tylko robić swoje i iść do przodu.

Przy piątej płycie Cochise dorobiło się własnej marki, czy dla wielu to wciąż “ten zespół, w którym śpiewa Paweł Małaszyński” lub, jak to nazwałeś, “fanaberia aktora”?

Ta łatka jest i zawsze już z nami będzie, ale przestaliśmy z tym walczyć, bo to walka z wiatrakami. Kiedyś byliśmy na takim etapie, że każdy z nas czuł z tyłu głowy, że musimy coś udowadniać. Ja prawdopodobnie najsilniej. Jednak po ośmiu latach koncertowania i setkach występów jesteśmy już w innym miejscu. Myślę, że słuchacze i krytycy, którzy mieli się do nas przekonać, już to zrobili. Zrozumieli, że to zespół z krwi i kości, a moja osoba jako aktora nie ma tu żadnego znaczenia. Liczy się przecież to, co reprezentujemy jako muzycy, aczkolwiek wciąż są ludzie, którzy w nas nie wierzą i twierdzą, że jeżeli podpisał się pod tym Małaszyński, to musi być to gówno (śmiech). Co nie znaczy, że się o to obrażamy, każdy ma prawo oceniać owoc naszej pracy. Jednak najważniejsze, aby nam się to podobało. Nie tworzymy muzyki pod publiczność.

Cochise (fot. Dawid Klepadło)

Co symbolizują pojawiające się w tytule waszej nowej płyty łabędzie i lwy?

Łabędź to transformacja, ta duchowa, a lew oznacza siłę i niezależność. Sama symbolika i tytuł są bardzo spójne. Chodzi o piękno i wdzięk, ale jednocześnie o to, co niezbadane i tajemnicze. To jakby energia dziecka była uwięziona w nieskończonym cyklu życia i śmierci – zresztą ten motyw przedstawiony jest na okładce.

Zwierzę, choć fikcyjne, pojawiło się już w tytule poprzedniej waszej płyty, „The Sun Also Rises For Unicorns”. Wtedy mówiłeś, że jednorożec symbolizuje, to co chciałbyś zmienić w swoim życiu. Udało się to osiągnąć?

Wciąż przechodzę przez wiele chwil zwątpienia, nie tylko jeśli chodzi o zespół, ale i o samego siebie. “Swans And Lions”, na którym zamykam pewien rozdział w swoim życiu, w ogóle można rozumieć jako kontynuację tamtej płyty i treści melancholijno-depresyjnych. Każdy ma w swoim życiu prześladujące go demony, które trzeba trzymać na uwięzi, aby nie oszaleć – o tym piszę na nowym albumie. Oczywiście nie zapominam o tym, że jestem szczęśliwym facetem, ale mrok mojej, czy też szerzej, ludzkiej duszy, jest dla mnie pociągający – to co nami targa, nasze emocje, porażki, sukcesy, to jacy jesteśmy mali wobec absolutu. Musimy dobrze wykorzystać dany nam czas, ale nie jest to proste, bo krąży wśród nas mnóstwo wilków. Wychodzą ze wspomnianego mroku i szepczą. Na “Swans And Lions” poświęcam miejsce takim kwestiom, jak izolacja, nostalgia, tęsknota za czymś prawdziwym, za wolnością, której wciąż poszukujemy. Są też pytania o istotę człowieczeństwa, kim dziś jesteśmy i kim chcielibyśmy być. Dużo miejsca poświęcam też depresji, bo to dżuma XXI wieku. Nawet w ostatnich latach zabrała wielu wielkich muzyków, ale nie tylko, bo przecież i wśród mas są osoby borykające się z tym problemem. Jestem tylko tego obserwatorem, ale czuję się tym przerażony.

Skoro wspomniałeś o depresji i śmierci ikon popkultury… Niegdyś dla jednego z portali podzieliłeś się historią o tym, jak emocjonalnie jako nastolatek zareagowałeś na wieść o śmierci Kurta Cobaina. Wiadomość o samobójstwie Chrisa Cornella wstrząsnęła tobą równie silnie?

Mówimy tu też o Robinie Williamsie czy Chesterze Benningtonie. Depresja urasta obecnie do rozmiarów epidemii. Spotkałem się w swoim środowisku z przypadkami osób borykających się z tym problemem, więc wiem, jak trudne jest to doświadczenie. Najgorsze jest to, że niemal nie można dostrzec, czy ktoś zmaga się z depresją. Jak napisała kiedyś Wisława Szymborska: “Wiem jak ułożyć rysy twarzy, by smutku nikt nie zauważył”. A co do Chrisa Cornella, to po raz pierwszy od śmierci Cobaina i Mercury’ego popłakałem się na wieść o odejściu artysty. Płakałem pół dnia, nie mogłem w to uwierzyć. Myślałem, że to może wypadek, ale gdy wyszło na jaw, że targnął się na własne życie, to byłem w szoku. Każdy wiedział, że miał kontakty z alkoholem czy narkotykami, ale wydawało się, że trzyma wszystko w ryzach. Z grunge’owej Wielkiej Czwórki na polu bitwy został już tylko Eddie Vedder.

Chyba jak nigdy wcześniej, na “Swans And Lions” wyraźnie uwypuklają się inspiracje Alice in Chains, zwłaszcza w “Crystal”. W ogóle mam wrażenie, że ta płyta w porównaniu do poprzednich jest cięższa i mroczniejsza.

Większość odbiorców, z którymi miałem okazję porozmawiać, twierdzi odwrotnie. Każdy ma prawo do swojej opinii. Gramy po po prostu to co nam w duszy gra. Brniemy trochę w kierunku mroku, ale staramy się znaleźć światełko w tunelu i pokazać, że świat jest piękny i kolorowy. O tym jest m.in. utwór “Control”, o poszukiwaniu wolności, o dzikości serca.

Z kolei w “Beautiful Destroyers” uwypuklają się twoje fascynacje kulturą indiańską. Wciąż jest ona dla ciebie pociągająca?

Zdecydowanie. American Indian Movement jest dla mnie ważny i uważam, że należy o nim mówić, co zresztą staram się czynić w swoich tekstach. Cieszy mnie, że obecnie wychodzi coraz więcej książek poświęconych tej problematyce. Do ludzi, a przede wszystkim do Amerykanów, dociera w końcu to, co zrobili. Rozumieją jakim kosztem udało im się zagarnąć ziemię, na której teraz żyją. Mam na myśli nie tylko Indian Ameryki Północnej, ale też inne kultury, które znikają lub już zupełnie ich nie ma. Dawne tradycje powinny być dalej kultywowane, nie wolno o nich zapominać.

“Swans And Lions” nagraliście z nowym perkusistą. Czy jego osoba wniosła coś nowego do zespołu?

Z Adamem „Argonem” Galewskim znamy się już od paru lat. Zdarzało się tak w naszej koncertowej karierze, że zastępował już Czarka (Cezarego Mielkę, byłego perkusistę Cochise – przyp. red.). W pewnym momencie Czarek nie był w stanie połączyć grania w swoim macierzystym zespole Bright Ophidia i Cochise. Postanowił odejść i wtedy Adam zadzwonił do nas z propozycją dołączenia do grupy. Potrzebowaliśmy kogoś kto szybko nauczy się nie tylko nowego materiału, ale też tego koncertowego, bo mieliśmy już zaplanowane daty występów. On jest zupełnie innym bębniarzem niż Czarek, który był bardziej progresywny. Adam dodał Cochise inną jakość – świeżość i zaangażowanie. Adam gra prosto, ale mocno, dzięki czemu nasza muzyka zyskuje na dynamice. Fajnie kombinuje z rytmem. Daje to muzyce więcej oddechu i przestrzeni. Sekcja rytmiczna na tej płycie brzmi, jak na żadnej innej w naszym dorobku..

Nowa nie jest za to współpraca z Laurą Kielar, która odpowiada za wasze teledyski. To w pełni jej autorskie wizje czy też wspólne dzieła?

Nad reżyserią klipów pracujemy razem z Laurą, chyba że ona lub ja mamy już gotowy pomysł, ale nawet wtedy wymieniamy się wzajemnie myślami i tworzymy wspólną wizję. Ona jest bardzo skupiona przy pracy, prawdziwa perfekcjonistka. Ponadto, jak nikt potrafi z mojej głowy pełnej mroku i koszmarów wydobyć i urzeczywistnić te obrazy, które wyzwala we mnie nasza muzyka. Sama Laura przyznaje, że nigdy nie robiła i nie przepada za tworzeniem tak mrocznych teledysków. Jesteśmy jej bardzo wdzięczni za to, że schodzi z nami od czasu do czasu w nasze podziemia.

Głowa pełna koszmarów?

Traktuję życie bardzo poważnie, może nawet za poważnie. Walczę z całym światem i czasami zastanawiam się do czego ta walka mnie doprowadzi? Być może do zwykłej utopii. A może jest tak, że prowadzę walkę z samym sobą i nie potrafię tego zrozumieć? Jako aktor i muzyk zdaję sobie sprawę z tego, że otworzyłem wiele cudzych drzwi, ale chyba wciąż nie potrafię otworzyć własnych? Może dlatego ukrywam się między wersami i tekstami do utworów Cochise. Te demony ciągle gdzieś tam we mnie są.

Z racji twoich aktorskich korzeni rodzima scena rockowo-metalowa traktuje cię jako intruza, czy też w tym środowisku nie ma żadnych antagonizmów?

Nigdy nie spotkaliśmy się z nieprzychylnością innych zespołów. Jesteśmy w przyjacielskich relacjach m.in. z grupami Chevy, Corruption, Ceti, Luxtorpedą czy Abodus. Tutaj nie ma żadnej rywalizacji, nie kłócimy się o to kto wystąpi pierwszy na scenie. Najważniejszy jest po prostu dobry koncert, bo dopiero on weryfikuje jak gra zespół. Płytę może nagrać każdy i wygładzić ją w studiu.

Na scenie podczas koncertów bywasz aktorem?

W teatrze gram w zamkniętych ramach, ale na scenie jestem w pełni sobą. Niczego nie ukrywam i dzielę się swoimi emocjami, bo cenię sobie kontakt z publicznością, którą traktuję jak partnera. Jestem dla nich, chcę im coś przekazać, a po występie z nimi o tym porozmawiać. Nie przeczę jednak, że gdybym miał na to środki i byłbym na poziomie wielkiej gwiazdy, to z chęcią stworzyłbym na scenie spektakularne show z efektami.

W wywiadach z tobą z kilku ostatnich lat powraca pytanie dlaczego tak rzadko widzimy cię na ekranie. Odpowiedź zawsze ta sama: “brak ciekawych propozycji”. Po “Belle Epoque” nic się nie zmieniło?

Propozycje oczywiście dostaję, ale nie są na tyle ciekawe, żebym chciał się nad nimi pochylać. Wolę się spełniać na innych płaszczyznach, jak muzyka czy teatr, w którym pracuję na co dzień. W kwestii kina i telewizji to naprawdę chciałbym otrzymywać takie propozycje, jak część moich kolegów po fachu, ale tak się nie dzieje. Oczywiście nie narzekam, bo mam teatr, który kocham.

Robert Skowroński
Robert Skowroński
Krytyk filmowy i muzyczny związany niegdyś lub wciąż związany z... długo by wymieniać. Ponadto amator kawy i urban exploringu, który już chyba na zawsze pozostanie niespełnionym perkusistą. Prowadzi profil Trochę kultury.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Sully Erna – obnażony głos Godsmack

Już od dwóch dekad stoi za mikrofonem w Godsmack, jednym z najważniejszych zespołów metalowych debiutujących w latach 90. Jednak Sully Erna realizuje się także jako artysta solowy. Europejskiej premiery doczekał się właśnie jego drugi album, “Hometown Life”.
Robert Skowroński
Robert Skowroński
10 października 2017
CZYTAJ WIĘCEJ