Polowanie na Easter eggs – zajęcie nie tylko na Wielkanoc

4 minuty czytania
272
0
Bartek Czartoryski
Bartek Czartoryski
30 marca 2018
©Warner Bros

Uganianie się za ukrytymi jajeczkami to nie tylko ulubiony obyczaj wielkanocny dzieciaków, ale też pasja i powód do dumy wśród miłośników gier. Zakodowane w grze dodatkowe informacje, poziomy, przygody, które swą tajemnice odsłaniają tylko najsprytniejszym, to już cała dziedzina popkultury. Steven Spielberg właśnie nakręcił film na podstawie kultowej książki na ten temat – “Player One”.

Nowy film Stevena Spielberga miał swoją amerykańską premierę tuż przed świętami (u nas 6 kwietnia) raczej z powodu kończącego się roku fiskalnego, a nie zabawnej koincydencji – dzieciaki zwykły wtedy o poranku polować na czekoladowe jaja i młody bohater „Playera One” również się za nimi ugania. Poniekąd.

Pierwszy gracz

Bo Wade Watts – ochrzczony zgodnie z wyznawaną przez Stana Lee regułą aliteracji – to dziecko epoki post-cyfrowej, dla którego wirtualne znaczy rzeczywiste. I żadna to przenośnia, bo program Oaza, do którego ma dostęp bodaj każdy cywilizowany zakątek globu, to nawet nie tyle gra z otwartym światem, co cały świat. A nagrodą za jego eksplorację, jak założył sobie genialny twórca tej nienamacalnej galaktyki, jest nieprzebrane bogactwo. Trzeba tylko, mówiąc oględnie, odnaleźć zniesione przezeń jaja. Czyli tak zwane Easter eggs, doskonale znane nie tylko graczom, ale i odbiorcom popkultury.

Chodzi, oczywiście, o poukrywane tu i ówdzie smaczki, nawiązania do innych dzieł i niespodzianki – sam „Player One” jest nimi nafaszerowany, bo to istne wypatrywanie znajomych postaci – które przybierają najprzeróżniejsze formy. Dzisiaj są to i porozumiewawcze mrugnięcia okiem, i ukryte komunikaty, a samo zjawisko narodziło się z potrzeby docenienia.

Pierwsze jajo

Za dawnych lat bowiem, kiedy gry jeszcze raczkowały, firmy produkujące popularne programy rozrywkowe nie chciały ujawniać, kto dla nich pracuje, aby cennego kodera nie skusiła swoją ofertą konkurencja. Z tego powodu programiści byli szerzej nieznani, nawet jeśli stworzyli hit. Warren Robinett, który spędził okrągły rok nad swoim „Adventure” (1979-1980), nie miał zamiaru się na to godzić. Dlatego, nie mówiąc nic swoim pracodawcom z Atari, umieścił na obszarze gry dodatkową komnatę, do której można było się dostać, poprawnie identyfikując ukryty piksel jako swoisty klucz, a tam upchnął swoje imię i nazwisko, ujawniając się jako jedyny twórca schodzącego jak świeże bułeczki tytułu. Powszechnie uznaje się ten Easter egg za pierwszy, jaki stworzono, ale nie; to, po prostu, prawdopodobnie pierwszy, jaki odkryto.

Na swoim blogu Ed Fries, były wiceprezes Microsoft ds. wydawniczych, opisuje zainicjowane spotkaniem z programistą Ronem Milnerem poszukiwania innego, który ten stworzył dwa lata przed Robinettem, tyle że na automatach. Gra „Starship 1” (1977), po zaliczeniu odpowiedniej sekwencji, wyświetlała komunikat „Hi Ron!” i przyznawała spryciarzowi dziesięć darmowych rundek. Milner trzymał to w tajemnicy trzydzieści lat. Lecz to jeszcze nie wszystko, bynajmniej. Dopiero w 2004 roku odkryto Easter egg w grze „Video Whizball” (1978), co daje nadzieję, że pozostały jeszcze nieodkryte lądy na pozbawionej granic mapie elektronicznej rozrywki. Z czasem owe niespodzianki stawały się coraz bardziej wyraziste i częstokroć miały funkcję praktyczną, stanowiąc swoisty bonus dla gracza wynagradzający jego dociekliwość, nie ograniczały się tylko do zabawnych ciekawostek. Ba, dzisiaj nie wypada nie zamieścić żadnej tajemnicy do odkrycia. Lecz Easter eggs to nie tylko gry.

Poznajecie?

Rozkładanie na czynniki pierwsze

Z natury rzeczy, z uwagi na charakter medium, gry, poprzez aspekt dynamicznej interakcji z użytkownikiem stają się najżyźniejsza glebą dla tego rodzaju zabawy, lecz podobne sztuczki, nie zawsze jednak zabawne, nieobce są i komiksiarzom, i filmowcom. Niejeden artysta nagrabił sobie u Marvela. Rok temu amerykański wydawca zerwał współpracę z indonezyjskim rysownikiem Ardianem Syafem, który w komiksie o X-Men, reagując na protesty przeciwko gubernatorowi Dżakarty, zamieścił odwołania do ustępu z Koranu mówiącego o tym, aby nie bratać się z chrześcijanami i Żydami.

Przy tym nieco sztubackie przemycenie przez Ethana Van Scivera na niemal na każdej stronie któregoś numeru „New X-Men” wyrazu „Sex”, czy ukrycie szyderczej wiadomości od Ala Milgroma przeznaczonej dla byłego szefa na grzbietach stojących na regale książek w jednym z zeszytów „Universe X: Spidey” wydają się niewinnymi żarcikami.

To oczywiście dopiero wierzchołek góry lodowej, a tematu kina nawet nie wypada zaczynać, bo aż może się zakręcić w głowie, gdyż co by tutaj wymienić? R2-D2 i C-3PO wyrytych na filarze świątyni badanej przez Indianę Jonesa? Jordana Belforta obecnego na wykładzie… Leonardo DiCaprio, grającego Jordana Belforta? Wally’ego leżącego na stosie trupów w „Apocalypto”? A przecież są jeszcze Easter eggs na obrazach, w piosenkach, gdzie tylko nie spojrzeć. Oby nie dać się zwariować. Pozostawmy je tym, którzy czerpią satysfakcję z rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze, archeologom popkultury jak Fries. Choć fajnie byłoby, akurat na święta, coś znaleźć.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody

Bartek Czartoryski
Bartek Czartoryski
Bartek Czartoryski. Samozwańczy specjalista od popkultury, krytyk filmowy, tłumacz literatury. Prowadzi fanpage Kill All Movies.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Nauka

„Wiesz ile osób umrze, jeśli nie stanę do walki?” O grach, dzieciach, uzależnieniach i podobieństwie klawiatury do flaszki z wódką

Alkoholik, gdy nie ma dostępu do alkoholu, myśli głównie o tym, jak go sobie zorganizować. Gracz ma tak samo. Gdy musi zająć się czymś innym, i tak nieustannie myśli o powrocie do klawiatury czy konsoli. O nałogowym graniu, krwawych "strzelankach" i kontrowersjach wokół wpisania gier wideo na listę uzależnień, opowiada psycholog z Uniwersytetu Gdańskiego, dr Marcin Szulc.
Michał Piasecki
Michał Piasecki
3 lutego 2018
CZYTAJ WIĘCEJ