Pop’gląd #4. Szybki przegląd kulturalnych nowości

6 minut czytania
190
0
Piotr Pluciński
Piotr Pluciński
14 marca 2018
miqu77/Shutterstock.com

Biografia Jamesa Browna, analiza narodowego stereotypu, że Polacy są gorsi od innych nacji, bośniacki płaski pies i wojna o Planetę Małp – w tym tygodniu w kulturalnych polecajkach wyłącznie tematy wagi ciężkiej.

Tym razem z morza wydawniczych nowości odławiamy to, co jednych zachwyci, a innych zdecydowanie odrzuci – na pewno każda z omawianych pozycji może – i powinna – prowokować do dyskusji.

Książka

James McBride, autor „Załatw publikę i spadaj”, quasi-biografii Jamesa Browna, to zaskakujące indywiduum: czarny syn białej matki, nowojorski wnuk polskiej żydówki, dziennikarz, pisarz i scenarzysta, saksofonista i kompozytor, zapalony badacz amerykańskiej duszy, a w końcu eseista o szczerym do bólu, dobitnym stylu, który przeoraną rasowymi zaszłościami Amerykę uczynił główną bohaterką swojej twórczości. „Załatw publikę…” wpisuje się w tę tendencję, będąc wypadkową obsesji McBride’a i osobowości Browna. Role są tu jasno podzielone: Brown, którego postać zostaje zamknięta w osobistym, autorskim szkicu, jest dla McBride’a pretekstem do opowieści o ludziach, miejscach i zdarzeniach z jego życia, od których ten ciągle uciekał. O wybitnych, ale zapomnianych przez historię muzykach, którzy współtworzyli jego legendę. O porzuconych kochankach, bitych żonach i odtrąconych przyjaciołach. O życiach, które zniszczył i które zbudował.

McBride, być może jako pierwszy z biografów Browna, nie jest człowiekiem z zewnątrz, nie reprezentuje tzw. branży. Jako muzyk, jako czarny w białej Ameryce, jako pisarski outsider, dociera do miejsc, do których inni nie dotarli. Słucha opowieści, których inni nie słyszeli. A gdy już przelewa je na papier, rozprawiając się z otaczającymi Browna mitami, gdy dotyka prawdy w swojej opowieści o smutnym, skrzywdzonym dzieciaku, który przez całe dorosłe życie, przygnieciony pochodzeniem i wyrosłą z niego ambicją, żył w cieniu oczekiwań i strachu przed upadkiem, działających na niego jak zabójcza toksyna, gdy już McBride robi to wszystko, nie udaje, że choć trochę go zrozumiał. Bo zrozumieć Jamesa Browna, to jak zrozumieć Amerykę – dumną, uprzedzoną, opiekuńczą, żarłoczną, kochającą i pełną nienawiści – która go stworzyła. Nie da się.

„Załatw publikę i spadaj”, James McBride

W „No dno po prostu jest Polska” historyk i dziennikarz Adam Leszczyński bierze się za bary z naszym narodowym autostereotypem – wewnętrznym przekonaniem, że Polacy są gorsi od innych narodowości. Co istotne, Leszczyński nie zamierza rozstrzygać, na ile jest to prawda, choć – jak zaznacza – istnieją narzędzia, by to zweryfikować. Bardziej interesuje go geneza zjawiska, ale ciekawsze od konkluzji – ot, za kompleks niższości odpowiada nasza trudna historia, obejmująca szereg rozbiorów i okupacji, od stuleci pozbawiających nas samodzielności, poczucia wspólnoty i przynależności – okazują się prowadzące do niej przykłady funkcjonowania autostereotypu w różnych momentach historii Polski, od czasów Mickiewicza, po czasy Taco Hemingwaya. Niektóre z poczynionych przez Leszczyńskiego wypisów wywracają pokutujące przekonania do góry nogami.

Przykładowo, lektura zapomnianych publikacji prasowych Bolesława Prusa skłania go do stwierdzenia, że autor „Lalki” był jednym z najbardziej zaciekłych i bezwzględnych krytyków „polskości”. Innym razem Leszczyński poddaje w wątpliwość kształt i autentyczność słynnego cytatu z Piłsudskiego („Naród wspaniały, tylko ludzie kurwy”), zaś podstaw ksenofobicznych poglądów Romana Dmowskiego upatruje w jego poczuciu niższości (!) względem Żydów, których ten uważał – jest to dobrze udokumentowane – za naród bardziej od polskiego spójny i rozwinięty. Gdy już dziesiątki podobnych przykładów wybrzmiewają w pełni, „No dno…” staje się specyficzną recenzją Polski i polskości – kąśliwą, ale nie bezwzględną, pozbawioną złudzeń, ale nie nadziei, nieszczędzącą im zarówno wyrzutów, jak niekłamanego podziwu.

Film

Gdy już oswajamy się z myślą, że „Wojna o Planetę Małp” (dostępna od niedawna na DVD, Blu-ray, Blu-ray 3D i 4K Ultra HD Blu-ray) jest wcieleniem westernu, ale jeszcze nie przyjdzie nam do głowy, że to pełnokrwiste kino wojenne, Matt Reeves wplata w historię Caesara obrazy i emocje z eposów Davida Leana – „Lawrence’a z Arabii”, „Mostu na rzece Kwai” i jeszcze paru mniej znanych. Reeves rozumie istotę jego kina, a swój film modeluje na jego podobieństwo, zgrabnie krążąc między makro (wielkie przestrzenie, wielka podróż) a mikro (konflikt, emocje). Czyni to „Wojnę…” najbardziej „klasycznym” blockbusterem od lat: jego matrycą jest Lean, ale całość zadrukowana jest kanonem kina amerykańskiego – Fordem, Wylerem, Kubrickiem, Coppolą, Stone’em i wieloma innymi.

„Wojna o Planetę Małp”

To bardzo stosowne: wszystko, co u nich zobaczyliśmy, wszystko, czego ich kino nauczyło nas o kondycji ludzkiej, konflikcie i przeznaczeniu, prowadzi do tego miejsca, do tej konkretnej fabuły – zderzenia ostatnich małp z ostatnimi ludźmi, w walce o zachowanie człowieczeństwa, gdzieś na zgliszczach cywilizacji. Reżysera łatwo byłoby skrytykować: jakością „Wojny…” jest przecież jakość filmów, z których ten czerpie – wszystko, co tu oglądamy jest wersją czegoś, co już wcześniej widzieliśmy. Reeves nie ma własnego stylu, ale też bynajmniej go nie potrzebuje: jako specjalista od historii już opowiedzianych wie, że istotą celu jest wiodąca do niego droga. Rozwiązanie wątku Pułkownika – najbardziej nietypowa, pozbawiona spodziewanej kulminacji konfrontacja „dobrego” ze „złym” od dawna, będąca też wymowną miniaturą konfliktu zarysowanego w całej trylogii – dobitnie to unaocznia.

Komiks

Joe Sacco, autor wybitnej, wydanej przed blisko dwiema dekadami „Strefy bezpieczeństwa Goražde” (w Polsce dopiero w 2013), opowiedział o skomplikowaniu i piekle konfliktu bałkańskiego z taką przenikliwością, że każdy kolejny podejmujący ten temat komiks jest z nim porównywany. „Bośniacki płaski pies” nie jest pierwszym, który to porównanie wytrzymuje (bo są np. mądre „Pozdrowienia z Serbii” Aleksandra Zografa), ale jako pierwszy tak sprytnie mu się wymyka. Co u Sacco i jego naśladowców przybierało formę surowego reportażu, u Larsa Sjunnessona i Maxa Anderssona staje się surrealistycznym szaleństwem, zamazującym granicę pomiędzy wspomnieniem a fantazją. Forma dobrze współgra z treścią: przytłaczające czernie i umowność mieszająca się z przywiązaniem do detalu czynią podróż Anderssona i Sjunnessona przez Bałkany rodzajem koszmaru, ożywionej traumy, która na zawsze dotknęła tego regionu. Najlepsze świadectwo „…psu” wystawia zresztą, a jakże, sam Sacco. „Wzdrygam się na wspomnienie czasu, który spędziłem w Sarajewie” – napisał po lekturze.

„Bośniacki płaski pies”

O kondycji polskiego rynku komiksowego wiele mówi oferta Egmontu, który rozpoczął wydawanie serii spod znaku „DC Odrodzenia”, szyldu powstałego w wyniku kolejnego już resetu uniwersum DC. I tak, do sprzedaży trafiło nie pięć, nie dziesięć, a aż piętnaście (!) równoległych serii, poświęconych poszczególnym bohaterom. Od pewniaków: Batmana (trzy serie), Supermana (dwie serie), Wonder Woman i Ligi Sprawiedliwości, przez przetestowanych w ostatnich latach Flasha, Suicide Squad i Harley Quinn, po względnie nieznanych u nas Nightwinga, Teen Titans czy Hala Jordana i korpus Zielonych Latarni. Zwłaszcza te ostatnie pozycje – raczej niszowe, niezapowiadające dużej sprzedaży – podpowiadają, że Egmont niczym nie  ryzykuje, a komiks superbohaterski ma się u nas tak dobrze, że każdy z tych tytułów znajdzie oddanych odbiorców.

W tym kontekście pewnym paradoksem jest, że mniej niż połowa z piętnastu serii Egmontu zasługuje na uznanie, a tylko jedna lub dwie wyróżniają się na tyle, by polecić je osobie szukającej w komiksie superbohaterskim czegoś nieoczywistego, wykraczającego poza korporacyjną pulpę. Pewniakami, co nie zaskakuje, okazują się są starzy wyjadacze: Scott Snyder, odpowiedzialny za serię „All-Star Batman” oraz Greg Rucka, powracający po latach do „Wonder Woman”. Snyder, jako jedyny z „odrodzeniowych” scenarzystów Batmana, ma ambicję do dalszego eksplorowania tej postaci i napędzających ją obsesji, z kolei Rucka, jeden z najbardziej rozfeminizowanych twórców w swoim gatunku, stawia na sprawdzoną formułę: pierwszy i drugi plan zaludnia postaciami kobiecymi, z których każda ma jasno określoną osobowość i motywację, a mężczyzn czyni pionkami w ich skomplikowanej rozgrywce.

Piotr Pluciński
Piotr Pluciński
Krytyk filmowy i publicysta popkulturowy. Prowadzi stronę Pop Glitch
AUTOR

Polecamy

Zobacz też

Pop’gląd #3. Szybki przegląd kulturalnych nowości

Co czytać? Co oglądać? Co z wydawniczych nowości warte jest uwagi? Co tydzień staramy się wybrać kilka pozycji, dbając o różnorodność: od dzienników Osieckiej, przez “Dunkierkę” Nolana po jednego z najbardziej nietypowych superbohaterów: Hawkeye.
Piotr Pluciński
Piotr Pluciński
7 marca 2018
CZYTAJ WIĘCEJ