Pop’gląd #6. Szybki przegląd kulturalnych nowości

6 minut czytania
217
0
Piotr Pluciński
Piotr Pluciński
30 marca 2018
©Cliff Chiang/Image Comics

Sprawa Gorgonowej w ujęciu Cezarego Łazarewicza, zapomniane (niesłusznie) zbuntowane artystki z lat 60. i bohaterki komiksu “Paper Girls”, który jest wszystkim, czym „Stranger Things” być nie potrafi – w przedświątecznym tygodniu w kulturze rządzą kobiety!

Jeśli ktoś chce wypełnić tych kilka wolnych dni dobrą lekturą i muzyką, to poniższe zestawienie nowości wydawniczych może okazać się przydatne.

Książka

„Ta kobieta nigdy nie miała imienia. Tylko nazwisko” – pisze Cezary Łazarewicz w prologu „Koronkowej roboty”. W swoim nowym reportażu powraca do przedwojennej sprawy Rity Gorgon, domniemanej zabójczyni, której zbrodnia i proces przez wiele lat rozpalały masową wyobraźnię. Ale chęć rozstrzygnięcia o winie Gorgonowej nie jest jego celem. Łazarewicz ma świadomość, że sprawa jest zbyt złożona i odległa w czasie, by dzisiaj zachwiać znanymi faktami. Bardziej interesuje go odtworzenie atmosfery towarzyszącej procesowi i losów samej bohaterki, która po ośmioletnim wyroku skazującym rozpłynęła się w wojennej zawierusze.

Jego relacja z minionej epoki jest rzetelna i sugestywna, oparta na wnikliwej analizie akt sprawy, zarchiwizowanych opiniach biegłych, wspomnieniach. Rozdział po rozdziale autor rekonstruuje masową histerię, jaka udzieliła się polskiemu społeczeństwu (wyrok, jak przekonuje, wydawano w atmosferze linczu), ale przede zwraca uwagę na niezwykłą siłę oddziaływania bohaterki – kobiety oskarżonej o zbrodnię w czasach, gdy rzekomo popełniali je tylko mężczyźni. Dzisiaj jej siła bynajmniej nie osłabła, czego dowodem nie tylko niniejsza książka, ale i przytoczone wydarzenia z ostatnich lat – chęć wznowienia procesu przez jej potomków, blogi prowadzone przez entuzjastów, płynąca nieustannie korespondencja, owocująca nowymi i zaskakującymi tropami.

Cezary Łazarewicz, „Koronkowa robota”

Bruce Sterling, wielki teoretyk cyberpunku, tak pisze w przedmowie „Wypalić chrom”, zbioru opowiadań Williama Gibsona, uzasadniając sprzeciw, z jakiego wyrosła jego twórczość: „(…) właśnie intelektualna niemoc tłumaczy groźny przyrost historii postapokaliptycznych, fantazji miecza i magii oraz zawsze obecnych space oper, w których galaktyczne imperia dogodnie zsuwają się w mrok barbarzyństwa. Wszystkie te podgatunki to efekt naglącej pisarskiej potrzeby uniknięcia zwarcia z realistyczną przyszłością”. Trudno o lepsze podsumowanie: twórczość Gibsona, na swój sposób hermetyczna i usystematyzowana, stoi w opozycji do wszystkiego, co w sci-fi umowne i nierzeczywiste, ulegając przekonującej wizji przyszłości, w której technologia pełni rolę dominującą.

Implanty, rzeczywistość wirtualna, obsesja danych, globalna sieć, dyktat marek i konsumpcjonizmu – wyobrażenia Gibsona z wczesnych latach 80., spisane w formie dziesięciu oszczędnych, stylowych opowiadań, są tylko odrobinę podrasowaną codziennością roku 2018, a śnione przez niego koszmary o zapędzonych nad krawędź desperatach i masowym zniewoleniu dziś okazują się bardziej aktualne niż kiedykolwiek wcześniej.

Muzyka

Wznowienie „Nasty Gal”, trzeciego studyjnego albumu Betty Davis (u nas tylko w dystrybucji cyfrowej), jest kolejnym stadium odzyskiwania jej dla masowej świadomości, jakiego przed niespełna dekadą podjął się niezależny label Light in the Attic. Przez lata znana głównie w drugim obiegu, przez mainstream nazywana co najwyżej „drugą żoną Milesa Davisa”, niezrozumiana w epoce, którą wyprzedzała, 72-letnia dziś Davis doczekuje w końcu pewnej sprawiedliwości: coraz częściej mówi się o jej wpływie na Milesa, o jej surowym, agresywnym stylu, silnym poczuciu niezależności, rozbuchanej seksualności i śmiałym podejściu do własnej płci i rasy. „Nasty Gal„, ostatni album studyjny przed przedwczesną, wymuszoną brakiem komercyjnego sukcesu i ogólnej akceptacji emeryturą, pełen ciężkich basowych riffów, zadziornych deklaracji i wyznań, jest tego dobitnym potwierdzeniem.

Mówią, że wyciągam język / Bardzo lubieżnie / Cóż, nie wiem, o co im chodzi / Ja po prostu nie potrafię go trzymać za zębami” – warczy w  „Dedicated to the Press”, sprzeciwiając się paternalizmowi i przecierając szlak dla późniejszych seksualnych rewolucjonistek pokroju Madonny czy Rihanny. Podobnie jak one dzisiaj, Davis nigdy nie przepraszała za to, jaka jest, ale wtedy świat nie był na nią gotowy. Nawet w dobie seksualnej rewolty uznawano ją za zbyt śmiałą i nieobyczajną, by traktować poważnie. Po latach „Nasty Gal”, być może najdojrzalsza z jej płyt, zyskuje więc szczególną, oczyszczającą moc, stając się wykrzyczaną do mikrofonu pokoleniową deklaracją wolności, ale jednocześnie zachowuje w pełni osobisty charakter. „Urodziłam się z tym / Umrę z tym / Bo mam to we krwi / I ciągle mi mało” – śpiewa Davis w autotematycznym „F.U.N.K.”, co czyni jej późniejszą decyzję o porzuceniu kariery szczególnie gorzką.

Wracając po latach do Davis, warto wspomnieć o innej niesłusznie zapomnianej artystce, której twórczość po latach odzyskano. Jackie Shane, transgenderowa piosenkarka soulowa, w latach 60. nagrała kilka singli i jedną płytę długogrającą – zarejestrowaną na żywo „Jackie Shane Live”. Zniechęcona zawodowymi niepowodzeniami, zamieciona pod dywan przez realia epoki, zniknęła i aż do 2010 roku, gdy wyemitowano poświęcony jej podcast, nie było nawet wiadomo, czy wciąż żyje. „Any Other Way”, kompilacja utworów, wydana po blisko półwieczu od ich nagrania (w Polsce dopiero od niedawna dostępna dzięki wydawnictu Rockers Pro), jest prawdziwą sensacją: surowym albumem z pogranicza soulu i staromodnego r&b, odzyskującym z niebytu artystkę o mocnym, niejednorodnym głosie i nieustraszonym emploi. „Tell her that I’m happy / Tell her that I’m gay” – śpiewa Shane w coverze utworu Chucka Jacksona, prowokacyjnie zmieniając kontekst ostatniego słowa, zupełnie jakby w jej czasach nie czekał ją za to żaden ostracyzm.

Komiks

Ukazują się kolejne tomy „Paper Girls” (premiera kolejnego za 2 tygodnie) kolejnej przebojowej serii Briana K. Vaughana, znanego u nas między innymi z „Y – Ostatniego z mężczyzn” i „Sagi”. O „Paper Girls” na ogół mówi się w kontekście „Stranger Things”, co jest bezzasadne już u podstaw: pierwszy numer komiksu Vaughana ukazał się blisko 10 miesięcy przed emisją pierwszego odcinka serialu braci Duffer, więc porównania powinny być dokonywane w drugą stronę. Także te jakościowe, bo „Paper Girls” jest wszystkim, czym „Stranger Things” być nie potrafi.

Wymieniać można długo. Tam, gdzie Vaughan droczy się z konwencją, dając nam cztery dzielne, bezczelne bohaterki, Dufferowie oferują typowych, chorych na geekozę chłopaczków. Tam gdzie Vaughan oferuje pełnoprawną charakterystykę postaci (Erin kieruje się poczuciem odpowiedzialności, MacKenzie jest zagniewaną łobuziarą, KJ jest pragmatyczna, a Tiffany to „Amelia Earhart rzeczy bez znaczenia”), Dufferowie zatrzymują się na prostych określnikach (Finn jest liderem, Gaten sepleni, Caleb jest czarny, Noah to ten nieobecny). Tam, gdzie pracujący z Vaughanem rysownik Cliff Chiang i kolorysta Matt Wilson kreują autorską wizję epoki (uwagę zwraca odważna i korespondująca z treścią paleta barw, rozpięta między chłodnymi błękitami, jasnymi żółciami i intensywnymi różami), Dufferowie unifikują świat przedstawiony, topiąc go w kiepskim, rozpraszającym CGI.

Tam, gdzie Vaughan pozostaje autorem z rozpoznawalnymi, silnie nakreślonymi obsesjami (płeć, polityka, popkultura), zapraszającym do własnego, nieprzewidywalnego świata (podróże w czasie i przestrzeni; inwazja… dorosłych na pterodaktylach?!), Dufferowie bez większej finezji kopiują od Spielberga i Kinga. Tam, gdzie Vaughan mówi o problematyce epoki (zanik rodzicielskiego autorytetu, odwrót intelektualizmu, rozwój technologii, polityka zatruwająca dzieciństwo). No i najważniejsze: inicjacyjna opowieść Vaughana mówi o potrzebie samodzielności, emancypacji, buntu. Dufferowie tego nie rozumieją. Swoim dzieciakom dają do pomocy dorosłych, czyniąc ich kluczowymi postaciami. Tymczasem u Vaughana, co istotne, dorośli są bladym tłem, wyrzutem i rozczarowaniem – są problemem, nie rozwiązaniem.

Piotr Pluciński
Piotr Pluciński
Krytyk filmowy i publicysta popkulturowy. Prowadzi stronę Pop Glitch
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Książka

Pop’gląd #5. Szybki przegląd kulturalnych nowości

Pośmiertny album Jimiego Hendriksa, biografia boksera, na którym wzorowano postać Rocky’ego oraz dwa reportaże o losie rdzennej ludności Ameryki Północnej - to nasze kulturalne polecanki w tym tygodniu.
Piotr Pluciński
Piotr Pluciński
23 marca 2018
CZYTAJ WIĘCEJ