Przystanek dla bezdomnych kobiet – dom, w którym uprawia się sztukę

10 minut czytania
381
0
Małgorzata Bożek
Małgorzata Bożek
16 marca 2018
Eystawa Wonder Woman we Francuskim Instytucie Kulturalnym w Bostonie

Mieszkają w jednym domu. Czasem trwa to kilka miesięcy, kiedy indziej nawet rok. Spotykają się w kuchni, gromadzą wokół dużego stołu i rysują. Razem z francuską artystką Anną Plaisance bezdomne kobiety tworzą przestrzeń, w której mogą się po prostu dobrze czuć i bawić, ale też stworzyć coś z niczego, np. dom, w którym chciałyby zamieszkać.

Hasłem przewodnim zajęć jest po prostu „fun”, przyjemność. Ten dom – z kuchnią, farbami, zasypanym wyciętymi z gazet słowami stołem – jest przystankiem dla bezdomnych kobiet. Wycinają, malują i tworzą domy, w których kiedyś chciałyby zamieszkać. Robią wspólnie swoje portrety, maski, kolaże. Zdarza się, że obok ktoś gotuje. Trzeba pilnować biegających wokół dzieci albo wziąć malucha na ręce, tak żeby jego mama również mogła coś dokleić albo narysować. Nikt tu nikogo nie uczy. Nikt nie zmusza do opowieści, choć wiele jest do opowiedzenia.

Jak traci się dom?

Dom traci się podobnie – przez niestabilną pracę, nałogi, wypadek czy chorobę i koszty leczenia – kobieca bezdomność różni się jednak często od męskiej. Wśród osób bezdomnych, bez względu na kraj, zazwyczaj znacznie mniej jest kobiet niż mężczyzn. Przykładowo, w ogólnopolskim badaniu liczby osób bezdomnych z 2017 roku było 83,5 proc. mężczyzn oraz 16,5 proc. kobiet (takie dane podaje Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej). W Stanach Zjednoczonych, jak wynika ze statystyk Amerykańskiego Departamentu Mieszkalnictwa i Rozwoju Miast – HUD, ta różnica jest nieco mniejsza: mężczyzn jest 61 proc., kobiet 39 proc.. Zdarza się jednak, że kobiety są po prostu mniej widoczne w przestrzeni publicznej. Częściej korzystają z pomocy instytucjonalnej, a jednocześnie są narażone również na przemoc właśnie w schroniskach. Niejednokrotnie muszą przykładać większą wagę do swojego bezpieczeństwa, np. śpiąc w dzień, zamiast w nocy czy po prostu nie przyznając się do swojej sytuacji i mieszkając np. w samochodzie.

Prace bezdomnych kobiet wykonane podczas warsztatów

Czynnikiem odróżniającym je od bezdomnych mężczyzn jest również fakt, że częściej towarzyszą im dzieci. Razem trafiają na bruk albo do różnego rodzaju ośrodków i schronisk. W wielu przypadkach powodem ich bezdomności jest przemoc domowa. Uciekają przed mężami, ojcami, partnerami, i jak mówi Anne Plaisance, właśnie moment ucieczki staje się dla nich z jednej strony przełomem, a z drugiej może nawet zagrażać ich życiu: – Trzeba mieć ogromną siłę, żeby powiedzieć stop, koniec, zorganizować się i po prostu odejść w odpowiednim momencie. Badania pokazują, że ten moment jest dla kobiet najbardziej niebezpieczny. Wtedy wiele rzeczy może pójść nie tak – zaznacza artystka.

Sklejanie rozbitej porcelany

Właśnie z takimi kobietami Anne Plaisance współpracuje w ośrodku Transition House w Cambridge, Massachusetts. Porównuje je do japońskiej sztuki kintsugi, czyli sklejania rozbitej porcelany złotem. Jej zdaniem mieszkanki domu przejściowego, w którym prowadzi zajęcia, są kruche i zarazem niezwykle silne. Często udaje im się wyjść z bezdomności, znaleźć pracę, mieszkanie, skończyć szkołę, podnieść swoje kwalifikacje. Po traumie uczą się niezależności i życia od nowa, ale przeszłości nie łatwo im się pozbyć. Jedna z kobiet pracująca obecnie w ośrodku w Cambridge, opowiada kiedyś artystce, że sama była jego podopieczną i choć nie potrzebuje już pomocy, jednocześnie przyznaje, że wciąż nie potrafi zaufać mężczyznom.

–  System tutaj  w Stanach Zjednoczonych nie działa dobrze. Jeśli kobieta idzie do pracy, a jest matką, to często nie ma z kim zostawić dziecka albo kosztuje to tyle, ile zarabia. Dlatego wiele matek woli zostać ze swoim dzieckiem, niż harować tylko na opiekunkę i nie widzieć go niemal wcale. W efekcie wiele kobiet nie pracuje, żyją z pensji partnera i gdy coś się psuje, znajdują się w ciężkiej sytuacji, nie mają dokąd pójść. Potem trudno im też uwierzyć w siebie, uwierzyć, że coś potrafią, że mogą być niezależne – mówi Anne Plaisance.

Zanim trafiła do domu, w którym poznała bezdomne kobiety, nigdy wcześniej nie prowadziła tego rodzaju warsztatów. Skończyła studia na Sorbonie i w 1996 roku przeprowadziła się do Polski, w której najpierw pracowała dla największych agencji reklamowych, a potem założyła własną firmę. Po jakimś czasie zdecydowała, że chce całkowicie poświęcić się swojej największej pasji – malarstwu. Skończyła kursy na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, zaczęła wystawiać i sprzedawać swoje obrazy, a nawet została członkinią Związku Polskich Artystów Plastyków. Tworzyła też prace o silnym wydźwięku społecznym, jak np. cykl Badrooms, w którym przywoływała trudny temat molestowania seksualnego dzieci i nad którym pracę nadal kontynuuje.

Mikrodomki i amerykański sen

Kiedy przeprowadziła się do Stanów Zjednoczonych, uderzyła ją liczba bezdomnych na ulicach i kontrast między bogatą Ameryką, a tymi których „amerykański sen” z niewiadomych przyczyn ominął. Zauważyła też, że Amerykanie mają silnie zakorzenioną potrzebę działań społecznych i dużo częściej niż we Francji czy w Polsce angażują się w inicjatywy na rzecz tych, którym wiedzie się gorzej. Chciała więc sama również coś zrobić, wykorzystując swoje możliwości. Postanowiła zwrócić uwagę na zjawisko bezdomności, łącząc sztukę i działania społeczne. Najpierw chciała namalować portrety bezdomnych, ale zabrakło jej śmiałości, by prosić o pozowanie ludzi mieszkających na ulicy. Artystka zdecydowała się więc narysować wizerunki znanych kobiet, które zetknęły się z bezdomnością i z niej wyszły. Na kartonowych podkładkach zamienionych w dolary, pojawiły się wizerunki Hilary Swank, Halle Berry, Marianne Faithfull, Shani Twain, Elli Fitzgerald, Jennifer Lopez czy Suze Orman.

Potem Anne Plaisance zainteresowała się ideą tiny houses, mikrodomków, które coraz częściej wymieniane są w ostatnich latach jako pomysł na pomoc osobom bezdomnym i nie tylko. Tego rodzaju rozwiązanie problemu mieszkaniowego zrobiło się modne zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych jako sposób nie tylko na tańsze, ale i prostsze życie. Artystka chciała więc zbudować razem z bezdomnymi kobietami taki właśnie dom i umożliwić którejś z nich zamieszkanie w nim. – Dyrektorce Transition House spodobał się mój pomysł, ale wytłumaczyła mi, że to raczej niemożliwe ze względów bezpieczeństwa – zaznacza i dodaje, że wiele kobiet przebywających w schronisku ukrywało się w nim przed swoimi byłymi partnerami.

Sam pomysł budowania „jakiegoś” domu jednak bardzo zainteresował placówkę, potrzebna była jedynie nowa formuła wcielania go w życie. Tak zrodziła się idea warsztatów, na których kobiety mogłyby wyrażać swoje potrzeby, ale też po prostu oderwać się na chwilę od problemów i zwyczajnie odpocząć. Anne Plaisance dostała wcześniej grant od Massachusetts Cultural Council, City of Cambridge i Cambridge Arts Council właśnie na projekt artystyczny związany z bezdomnością, jednak musiała go uzupełnić, aby zrealizować założenia ustalone z zarządem schroniska. Zdecydowała się na akcję crowd-fundingową i własnymi siłami próbowała rozpropagować przedsięwzięcie. Pisała do dziennikarzy, których nie znała w Stanach wielu. Tekst o jej planach opublikował m.in. The Boston Globe. Informowano w nim, że za wpłatę określonej sumy na rzecz projektu można otrzymać m.in. wydruk jednego z obrazów Anne Plaisance z jej podpisem. Akcja się udała, zebrano brakującą kwotę.

Prace bezdomnych kobiet wykonane podczas warsztatów

Artystyczny coaching

Na początku warsztatów wszystkie kobiety mówiły zazwyczaj, że nie umieją rysować czy malować. Potrzebowały zachęty: – Mówiłam: „ Zobaczysz: umiesz pisać, to umiesz rysować” – opowiada Anne Plaisance. Na wstępie podopieczne schroniska były też nieufne. Kiedy zadawała im pytania, chcąc je zmobilizować do współpracy, odpowiadały: „To ty powinnaś wiedzieć, ty jesteś nauczycielką”. Zaznaczała wtedy, że nie jest nauczycielką i nigdy nie pretendowała do tej roli. Wolała nazywać siebie „coachem”.

Byłam tak samo zestresowana jak one, nie wiedziałam, jak się za to zabrać, bo nie miałam wcześniej doświadczenie w prowadzeniu grupy i warsztatów. Ale szybko nabrałam pewności siebie. One też nie wiedziały, kim jest ta francuska pani, która mówi do nich z takim dziwnym akcentem, było zabawnie. Uczyłyśmy się razem, poznawałyśmy się. Widziałam, że powoli zaczyna działać magia miejsca, że tworzy się dobra energia – wspomina.

Kobiety mieszkające w schronisku zmieniały się. Znajdowały mieszkania, przenosiły się, przychodziły i odchodziły. Bez względu na to regularnie organizowano warsztaty. W kuchni, w domu w którym mieszkało 10-12 podopiecznych oraz często ich dzieci, gromadzono się przy dużym stole w kuchni. Zebrane malowały, rzeźbiły, rysowały i wycinały. Na początku często warsztatom przyglądali się inni pracownicy ośrodka. Potem zaglądali już tylko po to, żeby samem wziąć w nich udział.

Sztuka na zdrowie

Stopniowo kobiety stawały się coraz śmielsze. Zdarzało się, że na początku były także zdystansowane w stosunku do swoich koleżanek, ale po jakimś czasie można było usłyszeć: „Świetnie to zrobiłaś”, „Jak pięknie rysujesz”, „Dobrze ci idzie”. Wśród nich były dziewczyny, starsze kobiety, osoby wykształcone i te, które nie skończyły żadnej szkoły. Przekrój społeczny był szeroki. Artystka nie zadawała pytań o ich przeszłość, bo jak podkreśla, wiedziała, że nie jest to jej rola. Ale zdarzało się, że któraś z kobiet chciała jej o sobie opowiedzieć, czekała na nią po zajęciach, szukała momentu, żeby się zwierzyć. Zajęcia wyzwalały w nich zaufanie i spokój. Artystce zależało, żeby były jasnym punktem, chwilą odprężenia, pośród wszystkich komplikacji w ich życiu:

– Są badania, które pokazują, jaki wpływ ma sztuka na ludzi, czy chorych, czy w depresji, czy po prostu zestresowanych. Już po 45 minutach rysowania czy malowania obniża się poziom kortyzolu, nazywanego hormonem stresu. Kreatywne działanie tego rodzaju wpływa bardzo pozytywnie na zdrowie. Zabawne jest to, że nie do końca byłam świadoma, jak duży jest ten wpływ, zanim zaczęłam prowadzić warsztaty. Zobaczyłam to na własne oczy, na żywo. Kobiety bardziej się uśmiechały, odprężały i zaczynały ze sobą więcej rozmawiać.

Nie chodzi o talent czy zdolności poszczególnych osób. Jak można przeczytać na stronach Harvard Health Publishing, ważny jest sam proces. Badania dowodzą, że wyrażanie siebie przez sztukę pomaga ludziom cierpiącym na depresję, lęki, a nawet raka, poprawia pamięć, usprawnia myślenie i zwiększa odporność. Często wykorzystuje się ją również w pracy z osobami zmagającymi się z demencją, ale też uzależnieniami czy traumami. Dlatego w swoim projekcie Anne Plaisance chciała stworzyć bezpieczną przestrzeń, rodzaj kokonu, w którym można coś tworzyć. Stąd wzięła się nazwa „The Art’s Room”, nawiązująca również do słynnego eseju Virginii Woolf „Własny pokój”.

Wystawa pt. „Wonder Women” we Francuskim Instytucie Kulturalnym w Bostonie – mikrodomki

Wonder Women

W przestrzeni „The Art’s Room” powstawały też obecne od początku w założeniach projektu domy. Zamiast jednego dużego zbudowano kilka mniejszych. Wyglądały trochę jak domy dla lalek. Niektóre powstawały z drewna, inne z kartonu, często tworzono je z rzeczy „z odzysku”, tak by budować coś z niczego. Było ich kilka, bo potrzeby okazały się tak zróżnicowane, jak każda z rezydentek schroniska. Jedna miała sześćdziesiąt lat i dorosłe dzieci, druga była o połowę młodsza z dwójką małych dzieci, jeszcze inna była samotna. Niektóre chciały mieć ogród, inne garaż. Ich pomysły opowiadały jednak głównie o potrzebie bezpieczeństwa i stabilności. Kobiety w schronisku, które często było ich kryjówką, w jakiś sposób zostały pozbawione swojego głosu, jak zaznacza artystka. Często zmagały się z depresją, niektóre także z problemami zdrowotnymi czy psychicznymi. Dlatego wymagały też elastyczności, ciągłego dostosowywania się do ich potrzeb, nieważne, czy było to wyjście do lekarza, czy gorszy nastrój.

Każde warsztaty kończyły się mini wystawą na jednej ze ścian domu. Anne Plaisance uczyła kobiety doceniać to, co zrobiły. Podczas tych ekspozycji zwracała ich uwagę na różnorodność tego, co stworzyły, na dobór kolorów, ciekawą formę. W swoich pracach mogły wyrazić cokolwiek chciały. Efekty warsztatów zostały pokazane również na końcowej podsumowującej wystawie pt. Wonder Women we Francuskim Instytucie Kulturalnym w Bostonie. Trwającą dwa i pół miesiąca ekspozycję obejrzało około 600 osób. O projekt jednego z domków zapytał nawet znany bostoński architekt, mówiąc, że chętnie zatrudniłby osobę, która go wykonała, doceniając jej kreatywność. – Przekazałam to kobiecie, która go zrobiła. Była zachwycona. Nie mogła uwierzyć w to, co mówię. Jej uśmiech był wtedy niesamowity, pokazał mi, że warto było to wszystko robić – wspomina artystka.

Kierownictwo ośrodka przyznało po zakończeniu warsztatów, że wcześniej miało wiele artystyczno-społecznych propozycji, ale rzadko decydowało się na tego rodzaju współpracę, nie bardzo w nie wierząc. Jednak na trzygodzinnym spotkaniu podsumowującym „The Art’s Room”, spytano artystkę, czy chciałaby kontynuować swoją pracę. Anne Plaisance ma już więc pomysł na kolejną edycję projektu. Ponownie otrzymała grant od Massachusetts Cultural Council na rok 2018 i za parę tygodni zaczyna zajęcia z mieszkankami domu przejściowego. Tym razem chce sfotografować je jako Wonder Woman, oczywiście w maskach, zasłaniając ich twarze, ale też pokazując je z ich ulubionymi przedmiotami, albo elementami podkreślającymi ich tożsamość czy pochodzenie, tak by w pełni mogły wyrazić siebie i to, kim są. Niektóre z tegorocznych uczestniczek warsztatów już zapowiedziały, że bardzo chętnie wróciłyby na tego rodzaju sesję…

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Małgorzata Bożek
Małgorzata Bożek
Wolny strzelec krążący wokół dziedzin takich jak media, sztuka i reklama. Pracuje ze słowami i odpoczywa ze słowami. Kiedy nie pisze, czyta, ogląda, słucha – jest uzależniona od opowieści. Lubi zmiany, podróże i sny.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Magazyn

Zupa na Plantach – nie karmią i nie stawiają warunków. Ciepły posiłek jest tylko pretekstem

Serwowali już meksykańską, kapuśniak, ale też bigos. W ich menu zdarzył się też Mickiewicz i jeszcze więcej mobilnej literatury. Wypuścili również instrukcje szycia czapek i zbierali buty – nie tylko dla krakowskich potrzebujących, ale też dla dzieci z Ukrainy. Co tydzień wspólnie kroją marchewkę i przygotowują ciepłe ubrania, buty czy kosmetyki. Potem jadą na Planty. Nikogo nie karmią. Nie o samo podanie zupy im chodzi, a o człowieka.
Małgorzata Bożek
Małgorzata Bożek
14 stycznia 2018
CZYTAJ WIĘCEJ