Rodzina patchworkowa: struktura nie do zdarcia czy rozłażąca się w szwach?

9 minut czytania
2248
0
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
13 marca 2018

Dwie matki, dwóch ojców i dwa „komplety” dzieci. A do tego cała masa emocji, które mogą ten układ albo scalić, albo zniszczyć. W Polsce żyje już grubo ponad milion rodzin patchworkowych, czyli, jak mawiają psychologowie, zrekonstruowanych.

Maria, żona znanego muzyka, miała wrażenie, że wzięła ślub z dwoma facetami. Dorosły syn jej męża z poprzedniego związku zamieszkał z nimi i regularnie pouczał ją w sprawach związanych z prowadzeniem domu. Wreszcie nie wytrzymała.

Patchworkowe akrobacje

W pewnym momencie wydawało mi się, że wzięłam ślub z dwoma Tymańskimi, a nie z jednym. Miałam dosyć tego, że młodszy ode mnie zaledwie o cztery lata syn mojego męża, Lucas, który z nami mieszkał, robi mi uwagi, że w domu jest bałagan albo że powinnam wyrzucić część rzeczy, bo mam ich za dużo, szczególnie że nie pracował i nie dokładał się do domowego budżetu. Doszło do spięcia, ale szczerze porozmawialiśmy i to uratowało naszą relację. Problem, o którym oczywiście wiedział mój mąż, został rozwiązany w ciągu dwóch miesięcy, dzięki czemu zeszliśmy z wojennej ścieżki – mówi 30-letnia Maria Natalia Tymańska, blogerka, autorka książki „#Mama. Nieperfekcyjny nieporadnik” oraz właścicielka szkoły językowej (a prywatnie żona Tymona Tymańskiego, znanego muzyka, kompozytora i poety, ojca dwóch dorosłych synów z poprzednich związków oraz pięcioletniego Teo i trzyletniej Luny ze związku z obecną żoną).

Ekspartnerzy to nie potwory

W Polsce w 2016 r. rozwód wzięło 64 tys. małżeństw, a w związek małżeński wstąpiło 195 tys. szczęśliwców. Nieubłagana arytmetyka podpowiada, że część z nich za jakiś czas znowu będzie żyć w pojedynkę. Niektórzy wezmą rozwód, innych rozdzieli śmierć. Trzeba jeszcze dodać związki niesformalizowane, które nierzadko są nietrwałe niczym kamfora i nieustannie produkują singli z odzysku.

W ludzkiej naturze jednak leży skłonność do łączenia się w pary, nawet jeśli doświadczenia z poprzednich relacji są nie najlepsze, a nawet podszyte traumą. Można więc sobie wyobrazić, co się dzieje, kiedy ci wszyscy single z rynku wtórnego w poszukiwaniu szczęścia zaczynają ponownie się łączyć. Tworzą się wtedy przedziwne, akrobatyczne wręcz konfiguracje personalne z takimi elementami jak: partnerzy, ich wspólne dzieci, pociechy z poprzednich związków, partnerzy z poprzednich związków czy też dziadkowie z aktualnych i byłych relacji, którzy monitorują sytuację i śledzą rozwój wypadków. Nawet tak doskonały strateg jak Napoleon Bonaparte miałby pewnie problem z zapanowaniem nad taką ekipą i pokierowaniem nią. A jednak takich ekip na matrymonialnym rynku jest coraz więcej i jakoś sobie radzą.

Rodzina patchworkowa: struktura nie do zdarcia czy rozłażąca się w szwach?

Nie wiem, dlaczego ludzie tak się stresują rodzinami patchworkowymi – zastanawia się Maria Tymańska. – Sama często słyszę pytanie: jak możesz się przyjaźnić z byłą żoną swojego męża? Tymczasem nie zawsze jest tak, że były mąż czy była żona to potwory, z którymi nie można pójść na kawę – przekonuje.

Gdy opadnie pył bitewny

Marii zdarza się pójść na kawę z Martą,  eksżoną swojego męża, z którym ma syna, 20-letniego dziś Kosmę. Zaznacza jednak, że Tymona Tymańskiego poznała 13 lat po tym, jak rozwiódł się z Martą. – Było mi łatwiej, bo nie wkroczyłam na pole bitwy, czyli w emocje towarzyszące ludziom, którzy właśnie się rozstają, takie jak gniew, rozczarowanie, żal czy zazdrość. Bardzo lubię Martę, która zresztą bywa w naszym domu, i zdarza mi się wcielać w rolę dobrego posłańca, jeśli pojawi się jakiś konflikt między nią a Tymonem, dotyczący chociażby Kosmy  którego poznałam, gdy miał siedem lat – mówi.

Podkreśla też, że złość na ekspartnera może być uzasadniona tuż po rozstaniu, bo uznanie go za bohatera negatywnego niekiedy pomaga w pogodzeniu się z rzeczywistością. Ale noszenie w sobie tej złości przez długi czas jest bezsensowne i destrukcyjne. Dlatego za najlepszy scenariusz należy uznać taki, że ekspartnerzy normalizują stosunki, a emocje opadają. Dzieje się tak często, gdy obie strony wejdą w nowe związki, odnajdą stabilizację i czują się zadowolone z życia.

Dzieci nie chcą zmian

Jednak usatysfakcjonowani partnerzy to nie wszystko, bo w rodzinach patchworkowych są jeszcze dzieci, a one często nie godzą się ze zmianami, które w ich życie wprowadzają dorośli. Często marzą tylko o tym, by było jak dawniej, co jest szczególnie trudne, gdy jeden z rodziców zmarł i jest idealizowany. Dlatego od dzieci nie można wymagać, by natychmiast zaakceptowały nowych partnerów rodziców bądź rodzica – tak jak 13-letnia Urszula. Gdy dziewczyna zaczęła kupować jogurty i twarożki zawierające zero procent tłuszczu, a jej kości stały się tak sterczące, że można się było o nie skaleczyć, nikt nie skojarzył, że to początki anoreksji spowodowane m.in. upodobaniem jej matki do tworzenia rodzin patchworkowych. Ojciec Uli odszedł, gdy miała kilka lat. Wszelki ślad po nim zaginął. Za to w domu zaczęli się pojawiać nowi partnerzy rodzicielki: młodsi i starsi; atrakcyjni i szpetni; inteligentni i całkiem tępi. 37-letnia pani Bożena przywoziła ich niczym trofea z delegacji służbowych, wyjazdów integracyjnych i sanatoriów. Niektórzy byli obdarzeni własnym potomstwem, ale na samo wspomnienie o nim Bożena dostawała ataków zazdrości, dlatego córy i synowie adoratorów rzadko przekraczali próg jej domu.

Córce zaś tłumaczyła, że jej życie towarzysko-uczuciowe nie powinno jej przeszkadzać, bo przecież…  ma własny pokój, w którym może robić, co chce. A skoro tak, Ula właśnie w swoim pokoju zaczęła zrzucać „zbędne” kilogramy. Zresztą dziewczyna często bywała poza domem, np. na koloniach i obozach harcerskich, by rodzicielka mogła od niej odpocząć i realizować swoje matrymonialne plany.

Wszystkie dzieci są nasze

Po kilku latach, już jako dorosła osoba, Urszula uwolniła się i od toksycznego domowego układu, i od anoreksji. Jej matka zaś znalazła stabilizację w małżeństwie, a nawet przyjęła do wiadomości istnienie dorosłych synów swojego wybranka. Wszystkich przedstawicieli tej dziwnej patchworkowej układanki łączą mniej więcej poprawne stosunki, daleko im jednak do kordialności.

Powiedzieć jednak trzeba, że egocentryczna postawa pani Bożeny nie jest dobrym punktem wyjścia do tworzenia ani rodziny tradycyjnej, ani tym bardziej patchworkowej. Otwartość, empatia, elastyczność i tolerancja to cechy niezbędne do rekonstruowania rodziny. Nieodzowne jest też przyjęcie partnera z całym dobrodziejstwem inwentarza, czyli zaakceptowanie jego dzieci z poprzednich związków i pogodzenie się z faktem, że nadal będzie odgrywał w ich życiu ważną rolę. Dla Marii Tymańskiej taki stan rzeczy jest oczywisty.

Od dzieci nie można wymagać, by natychmiast zaakceptowały nowych partnerów rodziców bądź rodzica

Dla niektórych rodzina to świątynia, niewielkie grono osób, do którego nie ma wstępu nikt z zewnątrz – mówi.  – Ja natomiast lubię, gdy Lucas i Kosma spędzają z nami czas i opiekują się swoim młodszym rodzeństwem: Teo i Luną. Jest dużo muzyki i dobrej zabawy. To szczególnie ważne wtedy, gdy Tymona nie ma w domu. Gdyby nie jego starsi synowie, wieczorami byłabym sama z dziećmi w ciszy, a tak zdarzało nam się miło (i głośno) spędzać czas.

Autorka „…Nieperfekcyjnego nieporadnika” podkreśla też, że przy takiej rodzinnej zbieraninie potrzeba dużo wyrozumiałości, która działa jak balsam na ewentualne trudności pojawiające się na skutek różnicy charakterów.

Patchwork nie musi być idealny

W rodzinach patchworkowych złączone przez los osoby nie mają obowiązku się kochać. Dzieci nie muszą być fanami nowych partnerów, a partnerzy nie muszą wielbić „nowo nabytego” potomstwa. Wystarczą życzliwość i szacunek. Zdarza się jednak, że takie zrekonstruowane układy kipią od prawdziwie rodzicielskich uczuć.

Celina, mama dwojga dzieci, spotkała na swej drodze Mariusza, ojca trzech synów, którego porzuciła uzależniona od narkotyków żona. Kupili dom, by każdy członek nowej rodziny miał swój pokój i czuł się swobodnie. Stworzyli układ prawie idealny. Prawie, bo jeden z synów Mariusza również wpadł w narkotykowy nałóg i związał się z uzależnioną partnerką. Para nie była w stanie zajmować się swoim nowo narodzonym dzieckiem. Doszło do tego, że pewnego dnia rodzice zostawili je na przystanku autobusowym. Celina i Mariusz zdecydowali się zaopiekować porzuconym niemowlęciem, tworząc rodzinę zastępczą. Dziś wychowują wspólnie pięcioro dzieci, które zresztą bardzo się polubiły. Dążyli też do resocjalizacji uzależnionego syna Mariusza i jego partnerki. Umieścili ich w Monarze, ale te działania skończyły się niepowodzeniem.

Wiele osób przeraża wizja wychowywania gromadki dzieci, szczególnie jeśli nie wszystkie są potomkami biologicznymi. Ale Celina i Mariusz to osoby nietuzinkowe. Kobieta  spełnia się w tej roli. Ma czas dla domowników, bo w sprawach służbowych wyjeżdża tylko raz w miesiącu. Taki model życia jej odpowiada. To kwestia osobowości – tłumaczy Małgorzata Chmielewska-Zdunek, psychoterapeutka oraz socjolog małżeństwa i rodziny. Do jej gabinetu przychodzą jednak i tacy pacjenci, którym stworzenie patchworku się nie powiodło. Wspomina mężczyznę, który wychowywał dwóch kilkuletnich synów i chciał stworzyć rodzinę z czarnoskórą kobietą. – Oni idealizowali ten związek. Byli zafascynowani wizją perfekcyjnej rodziny. Ojciec tak bardzo zaangażował się w wychowywanie chłopców, że zupełnie stracił zainteresowanie ciążą swojej partnerki i nie brał pod uwagę dziecka mającego przyjść na świat. Poza tym dzieci nie akceptowały partnerki ojca i były wobec niej agresywne. W tym przypadku stworzenie rodziny patchworkowej wydawało mi się mało prawdopodobne – mówi psychoterapeutka. Rzeczywiście związek ostatecznie się rozpadł.

Patchwork jak surwiwal

85 proc. Polaków deklaruje, że szczęście kojarzy im się z założeniem rodziny. Dlatego podejmują desperackie wysiłki, by ją stworzyć lub odtworzyć. Zresztą rodziny patchworkowe nie są domeną Polaków. Statystyki pokazują, że liczba rozwodów systematycznie wzrasta w takich krajach jak: USA, Wielka Brytania, Węgry, Finlandia czy Rosja. Co za tym idzie, powstaje coraz więcej rodzin patchworkowych. Ten trend utrzymuje się i wśród osób anonimowych, i wśród celebrytów.

Znanymi patchworkowcami są np. Goldie Hawn i Kurt Russell, którzy mają wspólnego syna Wyatta Russella, a oprócz tego są  rodzicami w sumie trojga dzieci z poprzednich związków. Skomplikowany model rodzicielstwa uskuteczniają też Melanie Griffith i Antonio Banderas wychowujący córkę Stellę, która ma siostrę i brata z dwóch poprzednich związków swojej mamy. Cóż, świat aktorski ma ścisłe powiązania z branżą kaskaderów. Może więc nie bez powodu znany polski psycholog i psychoterapeuta, Wojciech Eichelberger, w swojej wydanej niedawno książce pt. „Rodziny patchworkowe. Jak w nich żyć?”, właśnie kaskaderami nazywa osoby, które decydują się na założenie rodziny patchworkowej. Taką decyzję psychoterapeuta nazywa jeszcze bardziej karkołomną niż kaskaderska.

I oto jak uzasadnia swoją opinię w rozmowie z portalem Warszawa.Nasze miasto.pl: „Profesjonalni kaskaderzy są na ogół świetnie przygotowani do ryzyka, które podejmują. Zanim zdecydują się na decydującą akcję, dużo ćwiczą i starają się przewidzieć wszystkie możliwe niespodzianki. Skok w rodzinę patchworkową rzadko bywa decyzją, najczęściej działamy wtedy pod wpływem silnego impulsu i emocji, nie zdając sobie sprawy z tego, jak trudną i nieprzewidywalną podróż rozpoczynamy. Ilość możliwych komplikacji, konfliktów, nagłych zwrotów akcji w patchworkowej rodzinie jest bowiem niemal nieskończona”. Eichelberger podkreśla też, że patchworkowy układ to arcytrudne wyzwanie dla naszej emocjonalnej dojrzałości, na którą składają się m.in.: znajomość samego siebie, zdolność do panowania nad emocjami, elastyczność, świetne kompetencje komunikacyjne, takt, cierpliwość, wytrwałość, dyscyplina, zdolność do wybaczania, dystans do samego siebie i pogoda ducha.

Patchwork nie musi być idealny

Instrukcję obsługi musisz napisać sam

Czy poza wymienionymi kompetencjami i deklaracją ciągłej pracy nad sobą jest jeszcze coś, co zwiększy prawdopodobieństwo, że skomplikowany układ zwany rodziną patchworkową nam się uda i że wszystkie objęte nim osoby będą ze sobą chętnie rozmawiać i bez oporów spędzać ze sobą czas? Być może jakąś wskazówką jest informacja, że Maria i Tymon Tymańscy, którzy nad swym misternym patchworkiem zdają się świetnie panować, kroczą ścieżką buddyzmu i długodystansowe ćwiczenia duchowe nie są im straszne. A może znaczenie ma fakt, że Maria sama była wychowywana nie przez biologicznego ojca, z którym łączyła ją skomplikowana relacja, ale przez męża swojej mamy? Trudno powiedzieć.

Najważniejsze, by zdawać sobie sprawę, że każda rodzina zrekonstruowana to struktura wysoce indywidualna i niepowtarzalna. Dlatego na próżno by szukać uniwersalnej instrukcji obsługi. Taką instrukcję musimy stworzyć samodzielnie. Optymizmem napawają jednak badania pokazujące, że dla dzieci najważniejsze jest to, by były kochane. A to, czy będą się wychowywać w rodzinie bardziej czy mniej tradycyjnej, ma drugorzędne znaczenie.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

 

 

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.

Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.

Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Model rodziny: dwa plus pies

Znakiem naszych czasów jest coraz bardziej powszechny model rodziny 2+pies. Ewentualnie 1+pies albo 1+2 psy. Kiedyś, pies był psem, a dzisiaj nadaje mu się cechy ludzkie. Psy nazywamy swoimi „córeczkami” lub „synusiami”. Nosimy je w torebkach lub wózkach, kupujemy ubranka, zakładamy biżuterię i generalnie - traktujemy jak własne dzieci.
Justyna Michalkiewicz
Justyna Michalkiewicz
30 września 2017
CZYTAJ WIĘCEJ