Sami swoi na blokowisku. Co prawnik poradzi na trudne sąsiedzkie relacje

8 minut czytania
892
0
Martyna Kośka
Martyna Kośka
28 marca 2018

Sąsiedzi potrafią utrudnić życie: hałasami, paleniem na klatce albo gromadząc tony śmieci na swoim balkonie, jak pewien mieszkaniec Gocławia, który zyskał ostatnio nie tylko lokalną sławę. Jak sobie radzić w takich sytuacjach? Cy jesteśmy skazani na uciążliwe sąsiedztwo?

Na wysokości głowy mamy nieduży balkon, na którym piętrzą się worki śmieci. Do połowy wysokości zasłaniają okno, nie podejrzymy więc, czy identyczne worki rozlały się już po dużym pokoju. Sąsiedzi twierdzą, że owszem. Jeden z serwisów zamieścił mail od pechowca, który mieszka piętro wyżej i lekko tylko wychylając się ze swojego balkonu może na bieżąco monitorować, co tam się dzieje.

Hałas, donosy i góra śmieci. Takie hobby

„Całe jego mieszkanie jest tak zawalone jak tam balkon (na ok 80 m2). Co roku musimy zna własną rękę robić dezynsekcje,bo zdarzają się przez niego prusaki! Dodam jeszcze, że cały rok ma otwarte okna w mieszkaniu! Wyobrażacie sobie jak przez to jest zimno od podłogi i ile musimy grzać?”.

W komentarzach zawrzało. Dominowały pytania – to choroba czy złośliwość?

Mieszkańcy obawiają się epidemii. Niestety, zgodnie z obowiązującym prawem niewiele można zrobić, aby zalegające śmieci…

Opublikowany przez Gazeta Mieszkaniec na 18 marca 2018

Sąsiad z góry wyjaśnia, że problem nie zaczął się wczoraj, lecz trwa od 20 lat. Każdego lata, gdy wraz z rodziną wyjeżdża na urlop, towarzyszy mu ogromny strach, że nieznana zawartość worków może się zapalić i będzie ogromne nieszczęście.

Sąsiedzi skarżą się nie tylko w gazetach: informowali spółdzielnię, policję. Te są bezradne, bo tylko sąd jest władny zobowiązać uciążliwego lokatora do opróżnienia balkonu, a gdyby tego nie uczynił, w ramach tzw. Wykonania zastępczego może upoważnić spółdzielnię do powierzenia tego nieprzyjemnego zadania jakiejś wyspecjalizowanej firmie.

Co na to sprawca sytuacji? Sąsiad wyjaśnia, że „kiedyś zapytany dlaczego to wszystko zbiera, odpowiedział, że to jego hobby!”.

Moje drzwi wyznaczają mój świat

W klatce kamienicy, w której od kilku lat mieszkam, znajduje się zaledwie pięć mieszkań, co w sumie daje osiem osób. Bardzo kameralne towarzystwo – znamy się, mówimy sobie „dzień dobry”, pożyczamy przysłowiową szklankę cukru.

Sąsiad z naprzeciwka pali, palą także jego współlokatorzy. Panowie nie lubią zaczadzać się w tworzonym przez siebie dymie, więc wpadli na pomysł, by otwierać drzwi na klatkę i pozwolić mu swobodnie wędrować po kamienicy. Irytowało mnie to od początku, ale dałam sąsiadowi czas na refleksję – może dojdzie do wniosku, że nie jest normalną sytuacja, w którym drzwi do jego mieszkania są nieustannie otwarte, przy tym lubi chodzić niekompletnie ubrany, więc regularnie widywałam go… nie, nie chcę do tego wracać pamięcią.

Podstawowym problemem był jednak dym papierosowy, który momentalnie przedostawał się do mnie. Nie skorzystałam z modnej obecnie formy komunikacji, jaką jest zostawianie jakichś petycji i listów otwartych, w których autorzy zawsze używają liczby mnogiej, ganiąc sąsiada za naruszenie zasad życia społecznego. Do sąsiada udałam się zatem osobiście, gdy moje wiszące na wieszaku w korytarzu płaszcze zaczęły przechodzić zapachem papierosów. Rozmowa nie należała do miłych, bo każde z nas inaczej widziało konstytucyjne granice wolności. W pewnym momencie wyglądało to tak:

Sąsiad: To moje mieszkanie i jeśli chcę, mogę palić okrągłą dobę.

Ja: W porządku. Niech pan pali, ale przy zamkniętych drzwiach. Bo kiedy je pan otwiera, dym wdychamy już wszyscy.

Sąsiad: Drzwi należą do mieszkania, więc jeśli mam ochotę je otwierać, to moje prawo. I jeśli chcę chodzić w samych bokserkach, to też nikomu nic do tego.

Palący sąsiedzi potrafią być niezwykle uciążliwi

Z każdym prawem powiązane są ograniczenia

Ustalenie granic tego, gdzie kończy się moje prawo do decydowania o tym, co mogę robić w swoich czterech ścianach, jest bardzo trudne o tyle, że skutki tych działań mogą być odczuwalne na zewnątrz. Gdy ktoś skarży się na hałasy dobiegające z mojego mieszkania, nie mogę się tłumaczyć tym, że od podłogi do sufitu jest moje królestwo i nikomu nic do tego, co tam robię. To ogromne nadużycie.

Niestety, prawo nie rozsądza jednoznacznie wielu spornych kwestii. Ot, weźmy palenie na balkonie.

Art. 5 ust. 1 ustawy o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu wskazuje miejsca, w których zakazane jest palenie papierosów. Jest to niedopuszczalne m.in. na przystankach autobusowych, placach zabaw czy w pomieszczeniach dostępnych do użytku publicznego. Balkon zaś jest miejscem prywatnym i w związku z tym nie można opierać zakazu palenia na nim w oparciu o ten akt.

Skoro ustawa nie daje oręża do walki z uciążliwymi palaczami, za próbę rozwiązania problemu wzięły się spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe. Coraz częściej zamieszczają w regulaminach zakaz palenia na balkonach i loggiach – ale niestety taki zapis nie gwarantuje, że niepalący sąsiedzi będą wolni od dymu papierosowego. Uchwały nie są prawem powszechnie obowiązującym, więc nie można administracyjnie karać naruszycieli.

Wspólnota może podjąć kroki przeciwko niesubordynowanym

Karą za nieprzestrzeganie regulaminu może być wykluczenie ze spółdzielni czy wspólnoty – pod warunkiem, że uciążliwy sąsiad jest jej członkiem, co nie jest zasadą. Nawet jeśli jest, to wykluczenie zostanie poprzedzone długim procesem sądowym, który nie daje gwarancji wygranej. Sąd weźmie pod uwagę interesy obu stron i zada sobie pytanie, czy pozbawienie kogoś mieszkania poprzez zlicytowanie go na pewno jest kara adekwatną za palenie papierosów? Czy kara jest proporcjonalna do wykroczenia?

Niezadowoleni z obecności palacza sąsiedzi mogą skorzystać z broni mniejszego kalibru, a mianowicie wystąpić z powództwem o zobowiązanie go do powstrzymanie się od działań, które zakłócają korzystanie z sąsiednich nieruchomości. Trzeba tu udowodnić, że docierający do mieszkania dym utrudnia korzystanie z niego i obniża standard życia.

Nie da się z góry jednak przewidzieć szans na wygraną. Wiele zależy od tego, jak sąd potraktuje balkon, a więc czy zakwalifikuje go do części wspólnej budynku czy też nie.

Wcale nie mniej dylematów rodzi ustalenie, czy wolno palić na klatce schodowej. Niektóre wspólnoty i spółdzielnie traktują ją jako miejsce dostępne dla wszystkich, a w nich palić nie wolno. Cóż jednak z tego, skoro ustawa nie kwalifikuje klatki schodowej jako miejsc publicznego, gdyż dostęp do niej ma ograniczone grono osób. Sytuacja jest więc patowa.

Ściany mają uszy

Inny problem sąsiedzki to uporczywe hałasy. U mnie udało rozwiązać się go najprościej, bo wystarczyła wymiana dosłownie kilku zdań i sąsiadka zrozumiała, że jeśli jej rodzina ma tendencję do komunikowania się na bardzo wysokich rejestrach dźwiękowych, to nawet cegła tego nie wytłumi. Najgorzej było w weekendy, gdy odwiedzali ich goście. To nie jest tak, że ci ludzie krzyczeli na siebie jakoś patologicznie – nic z tych rzeczy, oni po prostu biesiadowali. Bez muzyki i zawsze kończyli przed 21, tyle że dźwięk niósł się do tego stopnia, że często miewałam wrażenie, że siedzę z nimi przy tym stole. Czasem słyszałam pełne zdania i mogłam śmiać się z opowiadanych przez nich dowcipów. Nie dość, że to męczące, to do tego krępujące.

Wielu ludzi błędnie uważa, że musi znosić hałas zza ściany w ciągu dnia, bo dopiero nocą można wymagać ciszy. „cisza nocna” to pojęcie nieznane przepisom prawa. Spotkamy się z nią w regulaminach wspólnot mieszkaniowych, spółdzielni czy choćby hoteli, ale przepisy nie zabraniają zwracania uwagi głośnemu sąsiadowi także w innym przedziale czasu niż 22 – 6 rano.

Poważny problem sąsiedzki to uporczywe hałasy

Podstawę prawną stanowi  art. 51 par. 1 Kodeksu wykroczeń, który mówi o tym, że karze aresztu, ograniczenia wolności lub grzywny podlega ten, kto „krzykiem, hałasem, alarmem lub innym wybrykiem zakłóca spokój, porządek publiczny, spoczynek nocny albo wywołuje zgorszenie w miejscu publicznym”.

Gdy sytuacja wydaje się beznadziejna, można też skorzystać z rozwiązania największego kalibru, czyli wezwać straż miejską lub policję – musimy jednak pamiętać, że strażnicy nie są dostarczycielami pizzy, którzy z biegu realizują każde wpływające zamówienie. Przyjadą pod warunkiem, że nie będą mieli pilniejszych wezwań.

Imprezę może zakończyć straż miejska

Gdy patrol już się pod wskazanym adresem pojawi, policjanci w pierwszej kolejności najpewniej będą chcieli porozmawiać z autorem zgłoszenia, by upewnić się, na czym polega problem. Następnie udadzą się do mieszkania, w którym znajduje się źródło problemu. Jeśli stwierdzą naruszenie, mogą nałożyć mandat w wysokości od 100 do 500 zł. Sąsiad może przyjąć go i to kończy sprawę. Jeśli odmówi przyjęcia mandatu, policja poinformuje go, że sprawa może znaleźć finał w sądzie.

W tej sytuacji piłeczka jest po stronie osoby wzywającej patrol. Wniosek do sądu musi być bowiem złożony przez pokrzywdzonego, a nie przez policjantów. Musi on więc podjąć decyzję, czy jest zainteresowany nadawaniem sprawy dalszego biegu czy też odpuści.

Obawiam się, że liczba sporów sąsiedzkich – o hałas, papierosy, grilla w ogródku, biegające po mieszkaniu dzieci, szczekającego jamnika – będzie tylko rosła. Ludzie coraz bardziej chcą czuć, że są u siebie i drażnią ich dźwięki czy inne dowody na to, że niestety tak zupełnie nie uda im się wydzielić, bo za ścianą mieszka ktoś, kto może mieć inny porządek dnia czy wyobrażenie o sąsiedzkim współżyciu. Nie pomagają słabo wytłumione mieszkania, które wprowadzają na rynek deweloperzy (pominę milczeniem, że budynki coraz częściej budowane są tak blisko siebie, że ludzie siedząc we własnym fotelu, mogą niemal oglądać telewizję w salonie sąsiada z naprzeciwka). Do tego wspomniana już nieumiejętność rozmawiania, zaczepienia sąsiada i wyjaśnienia, że wie pan, jest taki problem… Ale nie, lepiej powiesić na klatce schodowej apel albo wrzucić sąsiadowi do skrzynki anonimowe „uprzejmie się prosi o cichsze współżycie” lub coś innego z klasyki gatunku.

Smutny epilog

Przed kilkoma dniami w internecie pojawiło się nowe zdjęcie zawalonego śmieciami balkonu. Widać na nim wyraźnie, że jakiś mężczyzna (cytowani w lokalnych mediach sąsiedzi twierdzą, że to właściciel mieszkania) przerzuca worki do dużego samochodu. Przeczytał negatywne opinie i postanowił się wziąć w garść? Podobno nic z tego, bo sąsiedzi opowiedzieli, że takie sprzątanie odbywa się regularnie i tylko po to, by stworzyć miejsce dla nowych worków. Bo niestety, ale problemy z sąsiadami potrafią trwać całymi latami i przenosić się na kolejne pokolenia.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody

Martyna Kośka
Martyna Kośka
U progu dorosłości marzyła o uporządkowanym życiu i oglądaniu miasta z wysokiego piętra przeszklonego wieżowca, więc ukończyła prawo. Nie zdążyła jednak zastukać obcasami na korytarzu sądowym, bo przekonała się, że znacznie ciekawszy świat czeka na mnie gdzie indziej.
Jest dziennikarzem gospodarczym, jej analizy można przeczytać w kilku popularnych serwisach finansowych - ale po godzinach pracy praktycznie nie używa słów typu "inflacja", "nowelizacja" i "jurysdykcja krajowa", lecz pisze dużo bardziej reportażowo, życiowo.
Czyta reportaże, ogląda polskie dramaty obyczajowe, wybiera schody zamiast windy.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Życie

Kartka zamiast rozmowy, czyli jak to się robi z sąsiadami

Trochę nam się sąsiedzkie relacje pozmieniały, rzadziej mówimy dzień dobry, często nie mamy pojęcia, kto mieszka za ścianą, a sprawy z sąsiadami wolimy załatwiać na Facebooku albo przy pomocy powieszonych kartek. Często kuriozalnych i bardzo roszczeniowych. Bo nie po to kredyt na trzydzieści lat zaciągaliśmy, żeby nam ktoś przeszkadzał.
Olga Siemoniak
Olga Siemoniak
15 listopada 2017
CZYTAJ WIĘCEJ