Stellan Skarsgård: „Jako aktor jesteś najemnikiem”

6 minut czytania
487
0
Piotr Pluciński
Piotr Pluciński
4 marca 2018
fot. Denis Makarenko/Shutterstock.com

Senior aktorskiego rodu Skarsgårdów opowiada o swojej trwającej już pół wieku karierze, Robinie Williamsie – „człowieku z trzema mózgami” – i o tym dlaczego nigdy nie załatwił żadnej roli swoim synom.

Piotr Pluciński: Skarsgård – ostatnio ciągle słyszę to nazwisko.

Stellan Skarsgård: Musisz mieć na myśli Alexandra. Grał w „Wielkich kłamstewkach”.

Nie, to nie to.

Gustaf? No wiesz, Floki z „Wikingów”.

Nie, nie.

Zatem Bill, był klaunem w „To”.

Sporo tych Skarsgårdów!

A jest jeszcze Valter! (śmiech) Dotąd grywał głównie w szwedzkich produkcjach, możesz go nie kojarzyć, ale on jest wciąż bardzo młody, wszystko przed nim.

Stellan Skarsgård (fot. magicinfoto/Shutterstock.com)

Jako głowa tego aktorskiego klanu, musi pan być dumny.

Oczywiście. Ale to nie tak, że synowie realizują moje ambicje. Nigdy nie przywiązywałem wagi do tego, jaką ścieżkę zawodową wybiorą, nie zachęcałem ich do aktorstwa. Gdy jeden po drugim decydowali się iść moim śladem, w jakiś sposób mnie to łechtało, ale wiedziałem, że jeśli mają odnieść sukces, jeśli mają spełnić się w zawodzie, nie mogę im pomagać. Nikomu ich nie przedstawiałem, nie szukałem im agentów czy castingów, nie doradzałem, którą rolę powinni wybrać. Uznałem, że jeśli ma im się powieść, to dzięki własnym umiejętnościom i samozaparciu. A jeśli mają ponieść porażkę, niech to będzie ich porażka.

Ale zdarza wam się wspólnie zagrać.

Dla producentów jest to zawsze jakaś atrakcja. Wiesz, takie: „zderzmy starego Skarsgårda z młodym i zobaczmy, co się stanie!”. Innym razem – wygoda. Ale nie przypominam sobie sytuacji, bym to ja zabiegał o rolę dla któregoś z nich, bym mówił reżyserowi: „Wiesz, kto by to dobrze zagrał? Mój syn!”. Cieszę się, gdy mogę z którymś z nich zagrać. To przecież moja krew. Wywodzimy się z tego samego miejsca, mówimy tym samym językiem, podobnie widzimy pewne rzeczy, dobrze się rozumiemy – to procentuje na ekranie. No i świetnie jest widzieć, jak dojrzewają, rozwijają się aktorsko.

Jesteście ze sobą blisko?

Każdy z nich ma swoje życie, ale lubimy spędzać wspólnie czas. Razem gotujemy, bawimy się, śmiejemy. Czasem przenosi się to na plan. Na przykład, gdy grałem z Gustafem w „Templariuszach”, obaj mieliśmy sztuczne brody, peruki i wyglądaliśmy idiotycznie. Nie mogliśmy przestać się śmiać. I tak przez pół godziny, ekipa nie mogła kręcić.

Synowie są w pana zapatrzeni?

Kiedyś bardziej. Ale dorośli, usamodzielnili się, poszli swoimi ścieżkami. Mają własne wyobrażenie kariery, są wciąż młodzi, mają wiele możliwości. Staruszek już im tak nie imponuje. (śmiech)

A powinien! Po blisko pięćdziesięciu latach na ekranie, po przeszło stu rolach, pozostaje pan w pierwszej lidze.

To już naprawdę pięćdziesiąt lat? Nie, niemożliwe. (po chwili) Chociaż, jeśli się zastanowić, „Bombi Bitt…” [szwedzki serial młodzieżowy z 1968 roku, w którym 17-letni Skarsgård zadebiutował jako aktor], to końcówka lat sześćdziesiątych. Tak, rzeczywiście, to już tak długo…

Kino niezależne, telewizja i blockbustery. Pomimo dziesiątek ról, czuć w tym pewną spójność, wewnętrzną integralność.

Jedno ci powiem: to nieustająca walka. Jako aktor jesteś najemnikiem, musisz wpasować się w czyjś wszechświat, którego nie możesz stworzyć od podstaw, jak zrobiłby to pisarz czy malarz. Nie należy on do ciebie. Ale mam na to sposób. Mój światopogląd, spojrzenie na świat, na człowieczeństwo, znajdują odbicie w moich zawodowych wyborach, w tym, z kim decyduję się współpracować, jakie role wybieram. Jeśli spojrzysz na mój dorobek, zobaczysz przede wszystkim mnie. Nawet jeśli gram postać negatywną, staram się, by posługiwała się wyłącznie znanymi mi emocjami.

Stellan Skarsgård podczas premiery „Powrotu do Montauk” (fot. Denis Makarenko/Shutterstock.com)

Często wraca pan do tych samych twórców – Larsa Von Triera, Hansa Petera Mollanda, Kennetha Branagha…

Dobrze mieć przyjaciół, którzy podzielają twoją wizję. Szczególnie blisko jestem z Hansem. Znamy się od lat. Chciał, bym zagrał w jego drugim filmie, „Zero stopni w skali Kelvina” z 1995. Trzech myśliwych, warunki arktyczne, chata na pustkowiu. Zżyliśmy się i odkryliśmy, że cenimy się nawzajem i dość dobrze uzupełniamy. On jest powolny, ja – dynamiczny, on zawsze myśli, zanim coś powie, ja – przeciwnie. Tak dobrze nam się wtedy pracowało, że zrobiliśmy wspólnie jeszcze trzy filmy. Niedługo zaczynamy pracę nad kolejnym.

W Hollywood pewnie trudno o taką chemię, zwłaszcza, jeśli jest się człowiekiem z zewnątrz, z Europy.

Kiedy grasz w Europie albo po prostu w filmie niezależnie finansowanym, pojawia się luz. Możesz próbować nowych rzeczy i pozwolić sobie na potknięcie. Ale przy budżetach rzędu 100-200 milionów dolarów, natychmiast się stresujesz. Nikt nie chce ryzykować, wychylać się, wszystko jest nadzorowane. Ludzie ze studia decydują, co możesz powiedzieć, a czego nie. Wpływ reżysera jest mniejszy. Wiele jednak zależy od tego, kim on jest. Gdy pracujesz z Kennethem Branaghiem, który jest także aktorem i ma silną pozycję w branży, zyskujesz więcej swobody i nie musisz silić się na kompromisy.

Z kim jeszcze w Hollywood dobrze się pracuje?

Jest ich paru. Gore Verbinsky [współpracował ze Skarsgårdem przy 2. i 3. części „Piratów z Karaibów”], na przykład. Facet z charakterem. Dobrze rozumieliśmy się też z Gusem Van Santem, ale akurat on wywodzi się z kina niezależnego. Paradoksalnie, zagrałem w najbardziej hollywoodzkim z jego filmów – „Buntowniku z wyboru”.

Podobno Robin Williams wyciął tam panu niezły numer.

Williams był zabawny i nieprzewidywalny, ciągle improwizował. Była taka scena, pierwsza, jaką wspólnie nakręciliśmy. Miałem wejść do baru, by z nim porozmawiać. Wchodzę, a on zaczyna imitować Jacka Nicholsona. Stoję osłupiały, spoglądam na Gusa, a ten ma kamienną minę. Myślę sobie wtedy: „Co jest? O czymś nie wiem?”. Nic nie powiedziałem, bo nie chciałem, by pomyśleli, że jestem nieprzygotowany. Nagle Gus krzyczy: „Cięcie! Od początku”. Kręcimy więc od nowa, wchodzę do tego baru, a Williams „jedzie” Edwardem G. Robinsonem. Próbowałem improwizować, by dotrzymać mu kroku, ale wyszedł z tego jakiś bełkot. W końcu ktoś nie wytrzymał i wszyscy wybuchnęli śmiechem. Taki właśnie był Williams, facet z trzema mózgami – w jednej chwili cię wkręcał, w drugiej bezbłędnie wypowiadał kwestie ze scenariusza, w trzeciej był już myślami gdzieś indziej.

W „Buntowniku…” gra pan Szweda. Ten motyw – grania imigrantów, cudzoziemców – powraca w hollywoodzkiej części pańskiej filmografii. Czy jako Europejczykowi, obcemu z akcentem, ciężko było panu wtopić się w lokalny krajobraz, dostać pierwszą rolę Amerykanina z krwi i kości?  

Gdy zaczynałem w Stanach, lokalny rynek był dla Hollywood jedynym ważnym miejscem zbytu. Jeśli miałeś akcent, grałeś imigranta lub bandziora. Ot, amerykańska ksenofobia w czystej postaci – tak cię widział przeciętny widz. Z czasem to się zmieniło, bo hollywoodzkie filmy zaczęły zarabiać na rynkach zewnętrznych. Nagle okazało się, że możesz mieć akcent i grywać różne role, także te napisane z myślą o amerykańskich aktorach. Teraz nie jest idealnie, ale jednak lepiej niż 20 lat temu. Gdy zatrudniono mnie przy „Buntowniku…”, ktoś zasugerował, że skoro mój bohater jest Szwedem, powinien mieć typowo szwedzkie nazwisko. „Lambeau? Nie kojarzy się ze Szwecją” – mówili. „Dobra, nazwijmy go Larsson” – odpowiedziałem. „Ale w takim razie niech pozostałe postaci noszą nazwiska Smith, Washington i Cooper”.

Stellan Skarsgård (fot. magicinfoto/Shutterstock.com)

Dużo takich walk pan stoczył?

Całkiem sporo. Bywało, że z przekory. Gdy chciano, bym zagrał negatywną postać w „Królu Arturze”, dowiedziałem się, że mam mieć niemiecki akcent. Uznałem, że to aż nazbyt oczywiste – język niemiecki jest szorstki, budzi pewne skojarzenia, łatwo wpada w karykaturę. To nudne. Zagrałem już kilku złych Niemców, wystarczy. Przekonywano mnie wtedy: „Ale bohater jest Niemcem – saksońskim najeźdźcą”. Gdy znowu odmówiłem, błagali: „Obsadziliśmy już Tila Schweigera w roli syna, on też jest Niemcem i ma niemiecki akcent!”. Nie zmieniłem zdania. Kontrakt był już podpisany, czasu do rozpoczęcia zdjęć zostało niewiele, w końcu ulegli.

I jaki akcent pan wybrał?

To było w 2003, tuż przed inwazją USA na Irak, pomyślałem, że złośliwie do tego nawiążę. Wsłuchaj się uważnie – mój saksoński najeźdźca ma tam teksański akcent, taki jak… George W. Bush.

Dzisiaj, w innych realiach politycznych, zdecydowałby się pan na podobne nawiązanie?

Dzisiaj? Równie dobrze mógłbym zagrać Niemca.

Piotr Pluciński
Piotr Pluciński
Krytyk filmowy i publicysta popkulturowy. Prowadzi stronę Pop Glitch
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Kultura

Najnowszy potwór w popkulturze: mamuśka na ścieżce wojennej

Serial “Wielkie kłamstewka” z doborową obsadą (Nicole Kidman, Reese Witherspoon, Laura Dern) to połączenie kryminału i satyry społecznej, której celem jest zjawisko dobrze znane użytkowniczkom forów dla matek: tzw. wojna mamusiek. Może brzmi niewinnie, ale matki nie biorą jeńców - i to się świetnie ogląda!
Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
22 marca 2017
CZYTAJ WIĘCEJ