Zofia Małecka: “Żeby tu przyjechać nie musiałam mieć góry złota”. Podróżniczka emerytka i przeprowadzka do Meksyku

7 minut czytania
1405
1
Beata Turska
Beata Turska
31 marca 2018

Pamiętacie Zofię Małecką, która zjeździła pół świata (włącznie z Kambodżą i Australią) choć jest już na emeryturze, wcale nie opływa w dostatki i nie mówi świetnie po angielsku? Zrobiła, co zamierzała: przeprowadziła się na rok do Meksyku.

Beata Turska: Czy przeprowadzka na drugi koniec świata jest łatwa?

Zofia Małecka: Nie, trzeba ją dobrze przemyśleć. Ale gdy się już podejmie decyzję, wszystko idzie gładko. Najważniejsze jest to, żeby nie być nadmiernie przywiązanym do rzeczy. Ich nadmiar ogranicza. Czuję się teraz jak po ścięciu włosów u fryzjera: lekka i wolna. Jakbym zrzuciła jakiś niechciany ciężar.

Trochę tego chcianego także….

Tak, bo podczas przesiadki w Londynie musiałam zostawić połowę ręcznego bagażu. Leciałam czarterem i okazało się, że mogę mieć tylko 5, a nie 10 kilogramów. Szczęście, że była ze mną moja córka, Oliwia. Oddałam jej cały plecak i tylko kilka rzeczy przepakowałam do plecaczka, który wygrzebałam z walizki. Byłam w takiej furii, że wyrzuciłam drobiazgi, na których mi zależało: książki, mapy, czytnik, przybory kosmetyczne i higieniczne, które mi są potrzebne, a tu nie mogę ich nigdzie kupić… Owszem, dobrze jest nie przywiązywać się do rzeczy i pozbyć się ich jak najwięcej, ale – kurczę! – nie wszystkich! Zabrałam ze sobą sandały sportowe, bo takich solidnych, jak w Europie, nigdzie nie ma, trzy letnie sukienki, dwie pary spodni. Ręcznik kupiłam na miejscu. Najwięcej miejsca zajęła elektronika: laptop, dwa aparaty fotograficzne (i dobrze, bo ten bardziej używany właśnie się zepsuł), dyski zewnętrzne, pendrive’y, wtyczki do tutejszych kontaktów i kable, kable, kable. Poza tym kosmetyki, lekarstwa i apteczkę.To wszystko.

Autoportret w Puerto Vallarta (fot. Zofia Małecka)

Dlaczego wybrała Pani akurat Meksyk?

Przyczyna jest prosta: żeby tu przyjechać, nie musiałam mieć wizy ani góry złota. Najchętniej zamieszkałabym na jakieś karaibskiej wyspie należącej do UE, na przykład na St. Martin albo St. Lucia. Ale życie jest tam dla mnie za drogie, jestem w końcu polską emerytką. Meksyk jest znacznie tańszy. Drugi powód: bez wizy mogę tu być 180 dni. Potem wystarczy wyjechać na weekend do Gwatemali, Belize lub jakiegoś przygranicznego miasteczka w USA i wrócić na następne 180 dni. Nasze wybory najczęściej zależne są od naszych możliwości.

Zamieszkała Pani w Puerto Vallarta stanie Jelisco. To był dobry wybór?

To turystyczne miasto ze wszystkimi tego zaletami i wadami. Wybrałam je na podstawie tego, co przeczytałam na forach internetowych. Czy będzie dobre dla mnie? Jeszcze do końca nie wiem, będę to mogła ocenić dopiero za jakiś czas. Przyjechać do obcego kraju na dwa tygodnie urlopu to w końcu nie to samo, co mieszkać tam dłużej.

Co się tu Pani najbardziej podoba?

Colonia Emiliano Zapata w Old Town, zwana Zoną Romantica (na mapach Vieja Vallarta). Zaczyna się tuż za mostem na Rio Cuale, która wpływa tu do morza. To najstarsza część miasta. Mało samochodów, urocze, pnące się go góry brukowane uliczki, kolorowe domy w stylu kolonialnym, a w dole, Zatoka Banderas i plaża
Ciekawa też jest dzielnica biznesu, po przeciwnej stronie miasta: nowoczesna zabudowa, kina, centra handlowe, galerie, zbudowane w stylu Wenecji (woda, kolorowe ryby, żółwie, kamienne mostki, łódki przypominające gondole itp.), chronione condominia, prywatne domy. Ale jest tam też Marina Vallarta z ogromnymi statkami i setkami białych motorówek.

Artyści na Malecón (fot. Zofia Małecka)

A gdzie Pani mieszka?

W Centro, czyli w Downtown. Do morza mam kilka kroków. Ulice są tu brukowane, jednokierunkowe i noszą nazwy państw. Moja, Colombia, jest między Chile i Venezuelą.

Zadomowiła się Pani?

Pomału wrastam. Mam wygodne mieszkanie: kuchnię, sypialnię i łazienkę. Bez widoku na morze czy góry, ale w przystępnej cenie, w centrum miasta, jasne i bezpiecznie położone wewnątrz patio. Nikt tu nie żebrze na ulicy. Nie ma też komarów, ani wałęsających się bezdomnych psów i kotów. Są chodniki, kosze na śmieci. No i jest czysto, czego nie da się powiedzieć o wszystkich krajach, w których byłam wcześniej. Meksykanie to pracowici ludzie. Ciągle coś robią, naprawiają, budują, zamiatają, sprzątają, myją. Odpoczywają dopiero pod wieczór.

A jacy są dla Pani i innych obcokrajowców?

Uprzejmi, ale się nie narzucają. Obcy pozdrawiają mnie na ulicy – Ola! – i uśmiechają się do mnie. Odpowiadam im tym samym. Jest dobrze.

Pod innymi względami także?

Tak, bo zawsze czuję się dobrze tam, gdzie jest jasno, ciepło i przyjemnie. Kiedyś to nie miało aż takiego znaczenia. Człowiek był młody, zaganiany, musiał ogarnąć pracę, dzieci, dom. Nie miał czasu zastanawiać się, czy odpowiada mu zimowy ziąb, chlapa i ciemność po szesnastej. Teraz czasu mam dużo, a obowiązków żadnych. I co? Co miałabym robić z tym czasem w Warszawie, zwłaszcza zimą? Książki i muzykę mam także tutaj, a jednocześnie słońce, bujną zieleń, egzotyczne ptaki, plażę, wodę, a wokół zadowolonych ludzi.

Co Panią zaciekawia, co zaskakuje, a co denerwuje?

Zaciekawia mnie mnóstwo rzeczy, bo pasjami lubię zwiedzać miasta z historią. Wyobrażam sobie, jak tu było kiedyś i jak żyli tu ludzie, oglądam stare domy, forty, kościoły. Sama zabudowa ulic, architektura kolonialna, robi na mnie wrażenie. Dlatego chodzę głównie pieszo i zaglądam w różne zakamarki. Odwiedzam wszystkie muzea, galerie i wystawy. Wioski udostępniane turystom też. Nie kręcę nosem, że to podróbka na potrzeby zwiedzających, bo nie wymagam, aby ludzie nadal żyli w trudnych warunkach i zacofaniu. Oni pokazują mi po prostu, jak żyli ich przodkowie, a właśnie to mnie interesuje. Lubię też oglądać występy z okazji różnych świąt i festyny. A zaskoczyć czy zdenerwować mnie niełatwo. Przyjechałam z Polski. Jestem uodporniona.

Uliczne jedzenie w Puerto Vallarta (fot. Zofia Małecka)

Jak Pani spędza czas?

Robię to, co mi się żywnie podoba. Pełen luz! Chcę, to wstaję rano i biegnę zwiedzać miasto, nim zacznie się upał. Potem na plażę. W drodze powrotnej jakieś zakupy – baniak wody, mleko, chleb – i do domu. Potem przeglądam zrobione zdjęcia, słucham muzyki z laptopa, oglądam NG w telewizji, odpoczywam. Patrzę, słucham, myślę. Nie chcę, to nie wstaję. Jem coś w kuchni, biorę kubek z kawą, wracam do łóżka i czytam przy muzyce, a po południu schodzę nad morze, żeby posiedzieć na ławce i poobserwować, co dzieje się na wodzie.

Ma już Pani znajomych?

Co rusz kogoś poznaję, ale najbliżsi mi są Alicia i Alex, u których mieszkam, Chińczyk Mike, który znalazł mi mieszkanie i Francesco, prowadzący swoją restauracyjkę na uroczej Calle Morelos, którego poznałam kilka dni po przyjeździe. I Marco, młody właściciel hostelu „El Sunset Hostel”, u którego mieszkałam pierwsze dwa tygodnie, nim znalazłam mieszkanie. Marco przy pożegnaniu powiedział, że jeżeli z czymkolwiek będę miała kłopot, zawsze mogę do niego przyjść i on mi pomoże. Totalne zaskoczenie, ale jakie miłe! Zawsze, gdy poprosiłam, szedł ze mną do bankomatu za rogiem ulicy, ale wiem, że w każdej innej sytuacji mogę na niego liczyć. To dodaje mi pewności siebie.

Spotkała Pani w Puerto Vallarta Polaków?

Jeszcze nie. Są tu głównie Amerykanie, Kanadyjczycy i Niemcy plus pojedyncze osoby z innych krajów. Inna sprawa, że specjalnie nie szukam znajomości. Niezbyt garnę się do ludzi. Gdy mnie już jednak zaczepią, rozmawiam, na ile się da w cudzym języku.

Strome ulice miasta (fot. Zofia Małecka)

Czy jest coś, czego Pani w tym nowym miejscu brakuje?

Naszego polskiego chleba. Są na szczęście bagietki (zawsze to lepsze, niż chleb tostowy czy dmuchane bułki), ale takiego chleba, jaki mamy w Polsce, w żadnym innym kraju nie spotkałam. Nie widziałam też solonych śledzi ani wędzonych ryb. Dziwne: wokół morze, a ryby można kupić tylko świeże albo w puszkach. Mieszkać nad morzem i jeść ryby z puszki, to przecież profanacja! Na szczęście są jogurty, ale trzeba bardzo uważać z wyborem, bo wszystko tu jest słodzone, trudno coś znaleźć sin azucar. Tu nawet czekolada jest przesłodzona! Można kupić bez kłopotu różne gatunki wędlin, ale jeszcze się na żadną nie zdecydowałam: mają inny kolor niż nasze. Na razie żywię się pomidorami, cebulą, jajkami, serami, kluskami, kurczakami i owocami. I oczywiście owocami: marakują, małymi banankami, mango. Pyszności! Schudłam na tym jedzeniu, ale też o to chodziło.

A gdzie spędzi Pani Wielkanoc?

Tutaj. Podobno tu, w Meksyku, jest wyjątkowa.

Tęskni Pani za bliskimi?

Oczywiście, ale mam z nimi stały kontakt na czacie i poprzez maile. Syn Marcin z żoną i synkiem mają mnie odwiedzić w wakacje, a córka, Oliwia. przyleci do mnie w październiku. Do Meksyku nie wpada się na kilka dni, lecz co najmniej na trzy tygodnie, więc będę ich trochę miała dla siebie.

Jakie ma Pani plany na przyszłość?

Nie mam żadnych. Cieszę się tym, co mam. Jeśli wszystko dobrze się ułoży, zacznę planować za kilka miesięcy. Mój rok w Meksyku dopiero się zaczął i mam zamiar spokojnie się nim nacieszyć.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody

Beata Turska
Beata Turska
Dziennikarka, redaktorka i nie tylko. Matka nastolatka, który wie wszystko najlepiej. Od niedawna tropicielka tanich biletów do Wszędzie, a od zawsze - zbieraczka osobliwości i kuriozalnych coverów. Ozdobą jej kolekcji jest "Paint it black" Rolling Stonesów w wykonaniu Karela Gotta - po niemiecku. Kocha Indie, nie potrafi żyć bez kawy, gadania i psów.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Wywiad

„Ziemia jest tylko jedna, nie zgubię się”. Podróże na emeryturze

Gdy mówiła, że po przejściu na emeryturę będzie podróżować, znajomi unosili brwi i tylko się uśmiechali. No bo za co? Nie znając angielskiego? Bez biura podróży? Zupełnie sama? Teraz mogą poczytać na jej blogu relacje ze Sri Lanki, Kambodży, Meksyku, Gwatemali, Panamy, Australii…
Beata Turska
Beata Turska
23 grudnia 2017
CZYTAJ WIĘCEJ