Arek Jakubik: „Zawsze będę miał przypiętą gębę śpiewającego aktora”

16 minut czytania
4255
0
Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
19 kwietnia 2018
fot. Universal Music Polska

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Człowiek orkiestra: aktor, reżyser filmowy i teatralny, muzyk – ale wciąż mu mało! Arek Jakubik, który od kilku lat z powodzeniem śpiewa w kapeli Dr Misio, opowiada nam o swojej pierwszej solowej płycie „Szatan na Kabatach”, o tym w czym muzyka jest lepsza od aktorstwa i dlaczego boi się słowa „profesjonalizacja”.

Kasia Nowakowska: Czy nowy, solowy projekt powstał dlatego, że Dr Misio i tak był zawsze postrzegany jako “zespół Arka Jakubika”, czy stoją za tym inne względy?

Arek Jakubik: Rok temu skończyłem z Kubą Galińskim pracę nad płytą “Zmartwychwstaniemy” Dr Misio, której był producentem muzycznym. Już wtedy wiedziałem, że właśnie z Kubą nagram kolejny, solowy projekt. Dlaczego? Ponieważ w trakcie pracy nad tamtą płytą złapaliśmy fantastyczny rodzaj energii i porozumienia. Jestem wielkim admiratorem kompozytorskiego talentu Kuby Galińskiego.

To on jest autorem kompozycji na nowej płycie?

Zrobiliśmy tę płytę we dwóch i jesteśmy współautorami muzyki. On przynosił bity, pomysły na podkłady muzyczne, ja przynosiłem teksty z jakąś tam melodią, frazą. Taka metoda pracy nad piosenkami zaczęła się zresztą już w trakcie realizacji ostatniej płyty Dr Misio. Kiedyś nie mieliśmy pomysłu na aranżację kolejnej piosenki, Kuba wyciągnął gitarę, zaczął na niej brzdąkać i pyta: „Masz jakiś tekst?” „No mam.” „To dawaj!” I poszło. Zrobiliśmy wtedy ze trzy nowe zupełnie numery – ot, po prostu z potrzeby wspólnego tworzenia muzyki. A Kuba jest bardzo zajętą osobą i fakt, że się w ten nowy projekt tak mocno wkręcił, jest niesamowity. W maju zeszłego roku była premiera “Zmartwychwstaniemy”, a już w wakacje zaczęliśmy pracować nad nowym albumem.

„Profesja kojarzy mi się z pewnego rodzaju rutyną, sztampą, robotą do wykonania. A ja się tego bardzo boję”. fot. Universal Music Polska

Czyli muzyka właściwie stała się dla ciebie kolejną profesją, czymś czemu poświęcasz się stale, a nie tylko artystyczną odskocznią czy kaprysem znanego aktora?

Jak wydałem pierwszą płytę „Młodzi” z Dr Misio w 2013 roku, zrozumiałem, że zabawa się skończyła. Że teraz to jest sprawa serio, bo zobaczyłem jak ludzie entuzjastycznie reagują na naszą muzykę, że przychodzą tłumnie na koncerty, śpiewają wszystkie teksty. Boję się jednak słowa profesja czy profesjonalizacja w tym kontekście, bo ma to dla mnie zabarwienie pejoratywne. Kojarzy mi się z pewnego rodzaju rutyną, sztampą, robotą do wykonania. A ja się tego bardzo boję.

I chyba skutecznie tego unikasz, bo te kolejne projekty muzyczne: Dr Misio, współpraca z Olafem Deriglasoffem czy teraz z Kubą Galińskim, to raczej takie pączkujące sytuacje towarzyskie – spotyka się paru kumpli i wpadają razem na jakiś pomysł.

A żebyś wiedziała, że tak to właśnie funkcjonuje. Pamiętam jak to było z pierwszą płytą Dr Misio. Przez rok chodziłem po wszystkich wytwórniach w tym kraju – a ja jestem takim upartym osłem spod znaku Koziorożca i jak się zawezmę to ciężko mnie wyrzucić: jak mnie wyrzucali drzwiami, to wracałem oknem – ale przez rok żadna wytwórnia nie była zainteresowana tym materiałem.

Dlaczego? Tam były same bardzo dobre nazwiska: Varga, Świetlicki, Deriglasoff i jeszcze znany aktor na froncie, czyli promocyjny samograj.

Ale wiesz jak to jest z tymi śpiewającymi aktorami w tym kraju, z czym się kojarzą: piosenka aktorska, Wrocław, ubrany na czarno aktor staje przed mikrofonem, ostre światło spotowe na twarz, a on przeżywa piosenkę. Gra, że śpiewa. I ja wiem, że pewnie zawsze będę miał przypiętą gębę, do końca funkcjonowania Dr Misio i moich kolejnych muzycznych projektów, gębę „śpiewającego aktora”. Ale mam to w nosie, szczerze mówiąc. Robię swoje. Ponieważ ta przestrzeń artystycznej twórczości stała się dla mnie równie ważna, jak to, co robię jako aktor czy reżyser filmowy i teatralny. Bo kiedy jesteś aktorem, to jesteś takim mniejszym czy większym, ale tylko trybikiem w wielkiej filmowej machinie. I zawsze to polega na tym, że albo masz tego farta, że ktoś do ciebie zadzwoni z ciekawą, oryginalną propozycja – a nie ukrywam, że na takie najbardziej czekam – albo ten telefon będzie milczał. I nie robisz nic.

„Kiedy jesteś aktorem, to jesteś takim mniejszym czy większym, ale tylko trybikiem w wielkiej filmowej machinie”. fot. Universal Music Polska

A muzykę można, kiedy się chce?

Dokładnie. Bo tutaj to ja jestem siłą sprawczą, to ja generuję swojego rodzaju energię, pomysł na kolejną płytę i konsekwentnie wprowadzam go w życie. W dodatku nie mam nad sobą, i to jest chyba dla mnie rzecz najważniejsza, żadnego reżysera, producenta, który mówi mi: oj, nie, nie, to trzeba zrobić tak i tak, bo to się lepiej sprzeda. Nie. Ja mam po prostu tylko swoich kumpli, z którymi pracuję i mam do nich zaufanie – takich jak przyjaciele z Dr Misio, jak Kuba Galiński czy Olaf Deriglasoff. W ciągu pięciu lat zrealizowałem w ten sposób pięć płyt: trzy Dr Misio, “40 przebojów” z Deriglasoffem czy teraz “Szatana na Kabatach” z Galińskim. I to Olaf mi kiedyś coś ważnego powiedział. Kiedy szukaliśmy wydawcy pierwszej płyty – ja taki naiwny, stawiający pierwsze kroki w tej branży – pewien producent z bardzo uznanej wytwórni powiedział coś, co będę pamiętał do końca życia. “Arek, stary, zastanów się dla kogo ty tę płytę robisz. Albo ją robisz dla ludzi i chcesz, żeby jej słuchali, albo robisz dla siebie, żeby szpanować przed kolegami aktorami, że jesteś rocknedrollowcem”. A chodziło o to, że on nas namawiał, żebyśmy nagrali kilka komercyjnych numerów, które miałyby szansę na to, żeby puszczać je w radio. I wtedy poszedłem z kolegą Olafem na wódkę i on mi powiedział: “Nie słuchaj tego, to jest jakaś totalna bzdura. Muzykę zawsze robi się dla siebie i swoich przyjaciół”. I pod tym się podpisuję. Wszystko, co robię, robię dla swoich kumpli i dla siebie. A ludzi po prostu zapraszamy do tej naszej bandy, szeroko otwierając ramiona. Ci, którzy mają podobny rodzaj wrażliwości, podobnie jak my oglądają świat – oni przychodzą.

Zostańmy na chwilę w tym świecie kumpli – choć “Szatan na Kabatach” muzycznie odbiega od Dr Misio, to jednak świat przedstawiony w warstwie lirycznej, to jest ten sam świat: szatan mieszka na Kabatach, a umiera się w Tesco. Czy to tylko wynika stąd, że autorzy tekstów pozostają ci sami: Krzysztof Varga i Marcin Świetlicki?

Nie da się uciec od samego siebie, od tego, jak się ten świat widzi. Od gorzko-ironicznej obserwacji rzeczywistości. Krzysiek Varga jest bez wątpienia szóstym członkiem zespołu Dr Misio, ale na tym albumie jest osiem kawałków, których jestem współautorem tekstów. Ta płyta jest dla mnie o tyle najważniejsza, że jest najbardziej intymna, moja prywatna. Na czele z piosenką “Plan antypaństwowy”, w której tłumaczę się sam przed sobą, dlaczego muszę całe życie ukrywać się, zmieniać, uciekać od ludzi, których tak naprawdę się boję. A te piosenki są moją próbą skomunikowania się z nimi, nawiązania dialogu czy wręcz zwierzenia się. Dzisiaj co prawda gadam cały czas jak najęty, taka to konwencja wywiadu, ale w codziennym życiu nie jestem jakimś wodzirejem. Raczej siadam sobie z tyłu ze szklanką whisky i wolę ludzi słuchać, obserwować, niż być na pierwszym planie z nieśmiertelnym zestawem anegdot do sprzedania towarzystwu.

Co jeszcze się zmienia, wraz z twoim większym udziałem w warstwie lirycznej?

Są tutaj bardzo odważne „eksperymenty”, przynajmniej dla mnie, takie na przykład jak melorecytacja, która tutaj się kilka razy pojawia – zresztą za gorącą namową Kuby. A ja wiadomo, miałem ciągle z tyłu głowy tego „śpiewającego aktora”. I mówię: „W życiu! Nie! Słyszałem paru aktorów, którzy z emfazą recytowali na podkładzie muzycznym „Pana Tadeusza” albo coś w podobie, a znane wokalistki pośpiewywały coś w refrenie – ja uciekam od takich rzeczy, człowieku”. Ale Galiński ciągle mnie przekonywał, że warto może spróbować. W końcu dałem się namówić. I nie żałuję. Jest taka piosenka „Twoje zniknięcie”, do której bardzo długo się przekonywałem, gdzie po prostu nawijam cały czas do mikrofonu. To dla mnie teraz jedna z najważniejszych piosenek na tej płycie. Na tych kilka eksperymentów formalnych, na czele z takim „śpiewaniem” właśnie, bym się jednak z Dr Misio nie odważył. 

Bo Dr Misio jest wygłupem?

W którym miejscu? Dr Misio jest kapelą punkową. Przyjdź kiedyś na nasz koncert, zobaczysz co się dzieje z publiką. Jak półnadzy tańczą z nami pogo. Moje inspiracje są tutaj raczej jarocińsko-garażowe.

fot. Universal Music Polska

Jeździłeś do Jarocina?

Tak, i dzisiaj mam to szczęście, że współpracuję z kolegą Deriglassoffem, jeździmy razem z koncertami, a w 85 roku, gdy Olaf występował ze swoimi Dziećmi Kapitana Klossa, to ja oglądałem go z widowni. Patrzyłem jak urzeczony na tego dryblasa na scenie i w życiu do głowy by mi nie przyszło, że za 30 lat będziemy coś razem robili.

Mam wrażenie, że ty tymi płytami i artystycznymi kolaboracjami budujesz taki złożony i spójny świat, wykraczający poza strefę muzyki. Dochodzą do tego przecież jeszcze klipy, kręcone przez naprawdę niekiepskich reżyserów, z którymi współpracujesz jako aktor.

W „Szatanie na Kabatach” jest trochę inaczej: nie ma Smarzowskiego, nie ma Palkowskiego, czyli tych sprawdzonych reżyserskich marek, które robiły klipy dla Dr Misio. Dwa pierwsze klipy powierzyłem młodym, zupełnie nieznanym reżyserom. Czas na młodzież! Z wielką dumą chciałem niniejszym oświadczyć, że klip do piosenki “Dziś w internecie” wyreżyserował i napisał do niego scenariusz mój starszy syn: Jakub Jakubik.

Czyli studia procentują?

Tak jest. Jest teraz na scenopisarstwie w Łodzi i są efekty. Zresztą ten klip to familijna produkcja, bo jak przyjrzysz się uważnie to przystojny młodzieniec, który siedzi przed komputerem, a potem – o zgrozo! – pije piwo, to mój młodszy syn, Jan. Dwie panie, które siedzą przy czerwonym radioodbiorniku, to po prawej moja mama, a po lewej teściowa. A pani, która sama ogląda telewizję, to nasza pani Gosia, która jest z nami od zawsze, bo opiekowała się naszymi dwoma synami i też należy do rodziny.

“Plan antypaństwowy”, o którym wspomniałeś wcześniej, to kawałek, który dla mnie brzmi jak coś z repertuaru Brygady Kryzys – i to jest komplement! W ogóle mam wrażenie, że muzycznie to taka sentymentalna wycieczka dla osób 40+, które za młodu jarały się Joy Division, New Order czy The Smiths.

I o to chodzi. O dziwo, Kuba Galiński, który jest ode mnie młodszy o kilkanaście lat, pytany o inspiracje – ja zresztą bardzo nie lubię podawać muzycznych inspiracji, bo to zaraz nas szufladkuje, albo jest dowodem zrzynania – wśród swoich faworytów, takich jak Ariel Pink, Moon Duo czy Sleaford Mods, wymienia też The Smiths. Czyli następna generacja też lubi tę muzykę.

Masz szczęście do ludzi?

I to jakie. Jednym z takich moich jarocińskich idoli był również, czy raczej nadal jest, kolega Muniek Staszczyk. Jednak w życiu bym się teraz nie odważył, mimo, że znamy się dobrze, do Muńka zadzwonić i zaproponować żeby coś razem muzycznie zrobić. Bo nie chcę się pod Muńka czy pod Kazika, który również jest moim idolem, podpinać. Idę swoją drogą. Ale kiedy 18 lat temu reżyserowałem spektakl muzyczny o Doorsach “Jeździec burzy” to zadzwoniłem do Muńka i mu zaproponowałem jedną z ról – Van Morrissona, bo pamiętałem energetyczne wykonanie “Glorii” z koncertów T-Love, a to przecież piosenka Van Morrisona. I nagle okazało się, że kolega Staszczyk ma fantastyczne predyspozycje aktorskie. Jak on się genialnie sprawdził jako aktor! Mam więc tę przyjemność, że i z tym idolem pracowałem, aczkolwiek po trzech latach Muniek stwierdził: “Ciągle to samo, mi się już nie chce”i trzeba było zrobić zastępstwo. Spektakl niedawno osiągnął pełnoletność i niestety zszedł z repertuaru teatru Rampa. Smutek i żal, ale trzeba iść dalej.

No właśnie, mówi się czasem, że inteligentni aktorzy długo w aktorstwie nie wytrzymują – muszą robić jeszcze coś innego. To są takie ucieczki, by mieć kontrolę nad procesem twórczym?

Te rzeczy, które ci siedzą w głowie, te pomysły, które domagają się wyjścia i realizacji – tego nie daje aktorstwo. Tutaj masz scenariusz, dialogi i masz jak najlepiej je wyinterpretować.

Ale akurat ty jako aktor nie masz ról do odklepania. To są trudne kreacje, wymagające dużego wkładu własnego. Nie wystarcza?

To są zupełnie inne pokłady, które trzeba w sobie poruszyć – bardziej emocjonalnej wrażliwości niż kreatywności. Reżyseria filmowa czy teatralna, muzyka – tam się włącza jakiś demiurg, kreator. Nic nie zastąpi tych chwil, setek godzin siedzenia nad scenariuszem i wymyślania świata, twojego świata. Tu, jak przy robieniu muzyki jest się niezależnym. Do tego w muzyce, przynajmniej takiej, jaką ja uprawiam, nie ma konieczności zawierania kompromisów. I to jest dla mnie największym lotem w tym wszystkim. Robię to, co mi siedzi w bebechach. Robię po swojemu.

Czyli po prostu wolność.

Jakkolwiek to banalnie zabrzmi: w muzyce jest totalna, niczym nieskrępowana artystyczna wolność. I powiem ci, że żadna inna przestrzeń tych moich aktywności twórczych mi takiej wolności nie daje.

„Ja się muszę angażować na sto procent. Nie potrafię inaczej”. fot. Universal Music Polska

Ale nie masz takiego pomysłu, żeby odejść od aktorstwa trwale?

Nie, pewnie, że nie. Natomiast mam, przynajmniej na ten rok, taki plan, by od filmu odpocząć. Ja jestem typem „zadaniowca”: plan, kalendarz, wszystko musi być poukładane.

Miałam zamiar zacząć naszą rozmowę od prośby, żebyś pokazał mi swój kalendarz, bo czułam, że musi być mocno wypełniony, ale w końcu uznałam, że to zbyt bezczelne…

Nie pokażę ci kalendarza, bo go nie mam. W sensie analogowym. Od tego roku po raz pierwszy korzystam wyłącznie z kalendarza elektronicznego. Przez lata prowadziłem taki normalny papierowy kalendarz, do którego po prostu wpisywałem swoje adnotacje długopisem, ale kiedy zaczęły dochodzić długie trasy koncertowe, okresy zdjęciowe, musiałem uruchomić wersję elektroniczną, do której dostęp mają moja agentka, manager Dr Misio – Romek Rojewski i Universal. I oni też tam swoje wpisują.

Czy on jest mocno zajęty? Nie. To nie jest tak, że jestem cały czas zawalony robotą. Dla swojego bezpieczeństwa, dla higieny psychicznej muszę mieć pół na pół wolnego. Muszę mieć czas żeby posiedzieć w domu, obejrzeć film, poczytać książkę, pójść do kina z synkami, z żoną. Bo dla mnie ten port mój, ta baza, jest rzeczą, która daje mi napęd. Staram się mieć czas dla siebie, żeby nie zwariować i nie wpaść w rutynę z tym muzykowaniem. Bo jak to dla mnie będzie praca i taki moment, którego się boję, który czasem mi się śni, że stoję na scenie znudzony i myślę sobie: “O fuck, ile jeszcze numerów do końca?” – to będzie źle. Ja muszę na te koncerty czekać, muszę za nimi tęsknić.

Ale masz taki komfort, że możesz sobie tymi projektami żonglować: tu trochę filmu, tu trochę trasy, a teraz spektakl?

Takie jest główne zadanie tego kalendarza. Absolutnie wykluczone jest to, żeby robić dwie rzeczy jednocześnie. Zawsze któraś z tych rzeczy jest wtedy stratna. A ja się muszę angażować na sto procent. Nie potrafię inaczej. Choć moja żona zawsze mi powtarza: “Nie dawaj z siebie wszystkiego”. Ale ja gram zawsze, jakby to był ostatni raz w moim życiu. To pochłania energię.

A czemu teraz robisz przerwę od filmu?

Bo miałem wrażenie w zeszłym roku, że tego Jakubika jest za dużo. Wyskakiwał z każdej lodówki. Najpierw był film “Sztuka kochania” z Magdą Boczarską, potem “Ach śpij kochanie” z Andrzejem Chyrą, Tomkiem Schurchardtem i Bogusiem Lindą, przemknąłem też przez “Człowieka z magicznym pudełkiem” kolegi Bodo Koxa. Następnie “Najlepszy” Łukasza Palkowskiego i “Cicha noc” Domalewskiego. Pomyślałem, że trzeba dać ludziom odpocząć od swojej facjaty.

Teraz niech słuchają.

Tak jest. Żeby zatęsknili za mną jako aktorem, a ja za pracą na planie filmowym.

IgiMag jest patronem płyty „Szatan na Kabatach”

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
Od ponad dziesięciu lat "robi w słowie" jako dziennikarka, blogerka, felietonistka. Była redaktor naczelną internetowego serwisu dla kobiet Foch.pl i współzałożycielką BACHORA, humorystycznego magazynu dla sfrustrowanych rodziców. Ma za sobą pracę w prasie papierowej (m.in. Dziennik, Przekrój, Machina), ale bez trudu przeniosła się do internetu i tu czuje się u siebie. Nałogowo ogląda seriale, tłumaczy gry i komiksy, uwielbia przeprowadzać wywiady (i nienawidzi ich potem spisywać). Zwierzę miejskie, matka dzieciom (sztuk dwie) i fanka Davida Bowiego.
Put on your red shoes and dance the blues.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Pjus, twórca słów – rozmowa z autorem “ghostwriterskiego” albumu “Słowowtóry”

Zachwyca słowotwórstwem. Całe szczęście, że został raperem, bo wszyscy możemy poznać jego doskonałe neologizmy. Niestety choroba, w wyniku której stracił najpierw słuch, a teraz traci głos, nie pozwoliła mu na rapowanie własnych tekstów na nowej płycie. Robią to zaproszeni goście: Tymon Tymańki, Pablopavo, Eldo, Wdowa i wielu innych. Oto Pjus, muzyk wyjątkowy i jego “ghostwriterski” album “Słowowtóry”.
Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
9 listopada 2017
CZYTAJ WIĘCEJ