Błażej Król: “Jestem trochę dyktatorem”

8 minut czytania
2545
0
Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
21 kwietnia 2018
fot. Paweł Zanio

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Nałogowo ogląda „Klan” i „Warsaw Shore”, jest leniem, cykorem i śmieciarzem. Z drugiej strony, Błażej Król to najważniejsza postać polskiej alternatywy ostatnich lat. Gra solo, z żoną w zespole Kobieta z Wydm, wcześniej w Ul/Kr. Właśnie wydał kolejny znakomity solowy album „Przewijanie na podglądzie”. Nam opowiedział o fotograficznej pasji, amerykańskich stand-uperach, żużlu i o tym jak uderzyć kogoś z bańki, żeby nie dostać wstrząsu mózgu.

Wojciech Przylipiak: To jak będzie z tym przedłużającym się pobytem Maćka w Kanadzie?

Błażej Król: Tak sobie dywagujemy z żoną Iwoną, że tam pewnie rozegra się jakiś dramat, że będzie ciężko. Miejmy jednak nadzieję, że będzie dobrze.

Pytam oczywiście o bohatera serialu „Klan”. Jakiś czas temu na Facebooku napisałeś, że obawiasz się o Maćka. Tym samym dołączyłeś do sporego grona moich znajomych, tzw. ujawnionych maniaków tego serialu.

Ale wcale nie dołączyłem, bo ja ten serial w zasadzie oglądam od podstawówki, od lat 90. Dziś podchodzę do niego trochę sentymentalnie. Nigdy nie lubiłem na przykład „Mody na sukces”, zawsze wolałem „Klan”, bo jest taki nasz, polski.

Wiele osób mnie pyta czy oglądam „Klan” żeby się pośmiać, czy naprawdę interesują mnie losy bohaterów.

Jest dużo śmiechu podczas oglądania, ale jest też politowanie, no bo serial jest naiwny, taki dobroduszny. Poza tym, uwielbiam podglądanie, podsłuchiwanie. Czasami w knajpie Iwona się mnie pyta: ty siedzisz i rozmawiasz ze mną, czy podsłuchujesz tych ludzi siedzących obok nas?
A propos podglądania to czasami oglądam też na przykład „M jak miłość”. Tu ostatnio Mroczek miał wypadek „w stylu Hanki Mostowiak”. Też wjechał w jakieś kartony. Dzieje się. Nałogowo oglądam również „Warsaw Shore”. Tego typu programy wyłączają mi część mózgu. Oczywiście oglądając niektóre sceny w  „Warsaw Shore” czujemy się z Iwoną zażenowani, ale z drugiej strony po niektórych odcinkach zdarzało się nam powiedzieć: ej, taki słaby odcinek, bez wanny, seksu, nikt nie rzygał, ani się nie pobił, słabe. Od kiedy w naszym wiejskim domu mamy telewizor doświadczyłem też nowego dla mnie świata pseudo dokumentalnych seriali o lekarzach, policjantach, uczniach w szkole, zdradach, kłamstwach. Tego jest multum, na kilku kanałach jednocześnie.

A sam chciałbyś uczestniczyć w takim świecie, być częścią programu „Z kamerą u Królów”?

To byłoby nudne. Choć może jakiś wybrany weekend z ostatnich kilku miesięcy, moje imprezowanie przy muzyce rave dogoniłoby wyczyny bohaterów „Warsaw Shore”

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że twoje pisanie bliskie jest fotografii. Masz jakichś ulubionych mistrzów fotografii?

Moja żona siedzi w tym bardziej i podsuwa mi kolejne nazwiska (w czasie naszej rozmowy Błażej odbiera telefony albo SMS-y od żony z kolejnymi nazwiskami fotografów, których lubi, a sam nie pamięta. Rozmowy kończy czułym: kocham cię – przyp. red.). Jedną z moich ulubionych fotografek jest Sally Mann. Lubię u niej klimat brudnej, amerykańskiej prerii, niepokoju, no i kontrowersji. Krytykowano ją za odważne zdjęcia jej dzieci. Lubię też Helmuta Newtona, za klimat lat 80. i niewulgarne potraktowanie kobiecego ciała. Poza tym Dasha Snowa. To amerykański fotograf, który bardzo młodo zmarł. Robił mocne zdjęcia, pełne dragów, przemocy i seksu. Trochę w klimacie filmu „Dzieciaki”. Jeszcze był taki gość, który fotografował swoją patologiczną rodzinę, Richard Billingham. W ogóle lubię taki syf, patologię. Jak widzę pijaczków chowających się gdzieś w krzakach, to mówię do Iwony: chciałbym tak skończyć. Wiem, że to głupie, bo oni na pewno tak nie chcieli, ale chodzą mi takie głupoty po głowie, taki sadomasochizm. Pewnie także dlatego, że jestem szczęściarzem. Nie dopadły mnie jeszcze tragedie, śmierć kogoś bliskiego, choroba. Może przez to ciągnie mnie do ciężkich przeżyć. Czuję, że jak do nich w moim życiu dojdzie, to siądzie mi bania, bo nie jestem na to przygotowany.

A sam nie myślałeś o zajęciu się fotografią?

Lubię robić zdjęcia, ale tylko na poziomie portali społecznościowych. Muzyka wypełnia mi cały możliwy czas i póki co nie zanosi się, że się nią zmęczę albo przestanie mnie cieszyć. Jeżeli tak się stanie to może wtedy poszukam innego medium.

Na przykład malowanie? Skończyłeś przecież szkołę plastyczną?

Nie. Przez tyle lat już nie malowałem ani nie rzeźbiłem, że chyba nie chciałoby mi się już ponownie przechodzić przez odbudowę warsztatu. Jestem leniwy, zawsze byłem i jak mam się teraz uczyć czegoś nowego to ciało i umysł mówią: przestań, korzystaj z tego co masz.

Dlatego twoje płyty są takie krótkie, z lenistwa?

Nie. No, może to jeden z małych elementów. Ale główny jest taki, że ja po prostu czuję, że jest OK, że płyta jest gotowa i nadszedł na nią czas.

Powiedziałeś, że jeszcze muzyka cię nie męczy, ale jak ty się zmieniłeś muzycznie od czasu grania z Kawałkiem Kulki kilkanaście lat temu albo w Ul/Kr kilka lat temu? Muzyka to już dla ciebie praca? W końcu niedawno zrezygnowałeś ze stałej pracy i całkowicie poświęciłeś się graniu.

Faktycznie niedawno zrezygnowałem z pracy i momentami, kiedy zasypam, to mam takie przerażające myśli, żeby może jednak wrócić do stałości dochodów. Choć na co dzień bardziej moimi finansami przejmuje się mój tata. Zawsze dzwoni do mnie po koncercie i pyta: no jak, zapłacili? Albo: ćwiczysz, grasz, tworzysz nowe rzeczy? Trochę jak mój menago. Zresztą sam jest muzykiem-samoukiem. Na przełomie lat 70. i 80. grał w klubach na dansingach. W różnych zespołach, m. in. Gest, grał na perkusji, akordeonie, coś tam śpiewał. Jest ze starej, piosenkowej szkoły. Utwór musi mieć mostek, refren itp. – stary kanon. Dlatego preferuje moje projekty bardziej piosenkowe. Choć, w porównaniu z moją żoną, o moich piosenkach wygłasza raczej wyważone oceny. Bo Iwona to zazwyczaj po mnie jedzie. Albo jej się bardzo podoba, albo w ogóle. Chce wycisnąć ze mnie esencję. I bardzo dobrze. Na serio jest z muzyką od niedawna i działa trochę instynktownie. Z tego powodu, na początku, dochodziło między nami do zgrzytów. Nie to, że jestem wirtuozem, ale pracując tyle lat z muzyką, z maszynami, mam problem jak coś jest nierówno albo nie działa na zasadzie skrótu klawiaturą. Wtedy wychodzi ze mnie niecierpliwość. Dochodziło wtedy do płaczu, rękoczynów,  rzucania czymś, oczywiście nie z mojej strony, tylko żony. Ale słusznie, bo mam taką brzydką cechę, że nie krzyczę tylko wprowadzam niepokojącą atmosferę. Jestem trochę dyktatorem. To się, na szczęście, przez ostatni rok we mnie zmieniło, a Iwona też bardzo dobrze usadowiła się muzycznie. A wracając do pytania o muzykę jako pracę. Tak jej nie traktuję. Jeżeli tak się stanie to będzie słabo.

Pod klipem z wykonania utworu „Przeciął” z festiwalu Męskie Granie 2017, który zaprezentowałeś tam z zespołem Coma, ktoś napisał: „Uwielbiam piosenkę ale za cholerę nie wiem o czym jest”. Często tak masz ze swoimi piosenkami?

Nie wiem, ale nie chcę naprowadzać słuchaczy na interpretację swoich tekstów. Pokazuję jak ja widzę, ale nie pokazuję, w którą stronę patrzę. Trochę jak z dobrymi fotografiami. Opowiadam o tym, co widać, ale niekoniecznie o tym, na co zwracam w tym krajobrazie uwagę. Każdego może skusić inna część tej opowieści. Jak u Hieronima Boscha w obrazie „Ogród rozkoszy ziemskich”. Absolutnie nie mówię, że moje teksty są jak jego obrazy, ale chodzi o możliwość wybrania swojego fragmentu z całości. Każdy może zobaczyć coś innego.

Na Facebooku często wrzucasz tłumaczenia tekstów popowych przebojów sprzed lat.

I to często okazują się naprawdę dobre i mocne teksty. Niestety sam ich nie tłumaczę, choć wiele osób mnie o to pyta. Ale takie teksty jak „7 Seconds” Neneh Cherry i Youssou N’Doura to dla mnie duże odkrycia. Śpiewa m.in. o tym, że co siedem sekund umiera dziecko. Straszny dół, a przecież słuchając tego numeru niektórzy tańczą, kochają się.

A ty chciałbyś napisać popowy tekst?

Na pewno chciałbym, żeby tekst chwytał, chciałbym pisać dobre piosenki, które działają na głowę albo serce. Jednak nigdy nie chciałem pisać fabuł. Tak jak pisze, na przykład Pablopavo, którego zresztą bardzo cenię i jego ostatnie płyty uważam za znakomite. Świetnie pisze i mówi, ale ten styl – w uproszczeniu: wyszedł z domu, coś się stało i wrócił – jest nie do końca dla mnie.  Chociaż może ostatnio się do tego trochę przekonuję.

A jest coś o czym nie napiszesz?

Chyba nie napisałbym tekstu politycznego. Nie do końca mnie to interesuje, nie znam się, boję się też o tym mówić, bo jestem cykorem. Podziwiam osoby, które mają ugruntowane zdanie, czy to jeśli chodzi o religię czy politykę. A z drugiej strony, przerażają mnie osoby, które wiedzą i są czegoś pewne. Jestem cykorem i nie jestem pewien większości rzeczy. Oczywiście widzę zło, głupotę, ale jak przyjeżdżam do swojego domku pod Gorzowem to myślę, żeby nam drogę naprawili, bo mi się na niej w końcu samochód rozpieprzy, a nie mamy kasy na naprawę. Może to słabe, że nie myślę globalnie tylko lokalnie. Jestem zresztą nie tylko apolityczny, ale też asportowy.

No właśnie, Gorzów Wielkopolski słynie ze znakomitej drużyny żużlowej. Jako fan czarnego sportu nie mogę cię nie zapytać czy jako dziecko chodziłeś na żużel?

Raz byłem. Choć często słyszę jak panowie się ścigają, kiedy odwiedzamy znajomych w dzielnicy Zawarcie w Gorzowie. To jest takie postindustrialne miejsce, które trochę kojarzy mi się z Łodzią. Kiedyś tam się w ogóle nie chodziło. Było najbardziej zaniedbaną częścią zaniedbanego Gorzowa. Zresztą my z Iwoną mówimy, że też jesteśmy z Zawarcia. I to jest środowisko Stalowców, bo dzielnica zbudowana jest z grubsza na około stadionu. Dziś staje się fajnym miejscem dla środowiska młodych gorzowskich artystów.

Cykorzysz, jesteś leniem, jakie jeszcze masz wady?

Niespecjalnie umiem coś naprawić w domu, nie lubię rzeczy z prądem. Choć ostatnio udało mi się kibel naprawić. Uczę się też sprzątać, bo jestem strasznym syfiarzem.

A żona Iwona za co cię lubi?

Na pewno jestem dla niej kochany i ładny. Poza tym, bronię innych, lubię stawiać ludzi w dobrym świetle. Wybielam ludzi i daję szanse, potrafię wybaczyć. Ale z drugiej strony, dzisiaj się zastanawiałem: jak uderzyć kogoś z bańki, złamać mu nos, ale nie dostać wstrząsu mózgu. Mówię o chuliganie, który ewidentnie powinien mieć złamany nos. Tylko ja bałbym się wstrząsu mózgu.

W muzyce też wybaczasz? Ciężko się z tobą pracuje?

Staram się z nikim nie pracować, chyba że z żoną.

Jesteś zadowolony z tego, jak teraz wygląda twoje muzyczne życie? Gdzie widzisz siebie za kilka lat?

Teraz mam idealny układ co do liczby koncertów, słuchaczy, odbioru mojej muzyki. Nie nastawiam się nad krokami do przodu, ale na pewno go zrobimy i mam nadzieję, że wyjdzie. Aktualnie moja muzyka obrazuje trochę moją beztroskę, ale też niepokój związany z tym szczęściem. Czuję jednak, że to dla mnie idealny czas.

Który podobno wypełniasz m.in. oglądając pasjami serię „Comedians in Cars Getting Coffee” na Netfliksie?

Dzięki niemu wsiąknąłem w komedię. Nagle stwierdziłem, że szeroko rozumiana scena komediowa to bardzo trudny i zajmujący obszar. Zawsze myślałem, że wolę rzeczy wprowadzające w melancholijny nastrój, ale było tak do czasu, zanim odkryłem Jerry’ego Seinfelda. Zaprasza amerykańskich stand-upowców do swoich starych supersamochodów (na których się kompletnie nie znam) i rozmawiają, pijąc kawę. Zresztą przez ten serial sam stałem się kawowym smakoszem. Wcześniej komedię traktowałem jako sposób na odmóżdżenie, ale to środowisko amerykańskiego SNL mnie zajarało. Chcę, żeby moje życie było jak Andy’ego Kaufmana, świrnięte.

fot. Agora S.A.

 

Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
Dziennikarz, przede wszystkim muzyczny. Zbieracz zabawek, komiksów i innych przedmiotów z epoki Commodore i Składnic harcerskich. Wszystko trzyma w domu - nie jest łatwo. Prowadzi bloga Bufet PRL.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Dodaj komentarz

Zobacz też

Arek Jakubik: „Zawsze będę miał przypiętą gębę śpiewającego aktora”

Człowiek orkiestra: aktor, reżyser filmowy i teatralny, muzyk – ale wciąż mu mało! Arek Jakubik, który od kilku lat z powodzeniem śpiewa w kapeli Dr Misio, opowiada nam o swojej pierwszej solowej płycie "Szatan na Kabatach", o tym w czym muzyka jest lepsza od aktorstwa i dlaczego boi się słowa "profesjonalizacja".
Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
19 kwietnia 2018
CZYTAJ WIĘCEJ