Co Bóg złączył… a czego Bóg nie złączył, czyli o „rozwodzie kościelnym”

4 minuty czytania
4983
1
Gosia Nowakowska
Gosia Nowakowska
22 kwietnia 2018

Odsłuchaj

Statystyki są nieubłagane – co trzecie małżeństwo rozpada się. Rozwód w sądzie cywilnym rzadko bywa przyjemnością jest jednak powszechnym rozwiązaniem, jeśli chodzi o zakończenie związku małżeńskiego. Większość małżeństw w Polsce zawieranych jest jednak nie w urzędzie stanu cywilnego, a konkordatowo – w kościele. Czy z punktu widzenia wiary katolickiej również można rozwiązać małżeństwo?

Piękna, biała suknia, elegancki garnitur, coś pożyczonego i coś niebieskiego, błysk zakładanych na serdeczne palce obrączek, jeszcze tylko zabawa do białego rana, a potem żyli długo i szczęśliwie. Czyżby?

Czy rozwód kościelny to na pewno „rozwód”?

Zakończenie związku małżeńskiego nie tylko w sądzie cywilnym, ale też kościelnym to z pewnością nęcąca opcja. Z psychologicznego punktu widzenia, rozwód to zamknięcie pewnego etapu. Ponadto, w świetle wiary katolickiej, wiązanie się z inną osobą, podczas gdy wciąż trwa małżeństwo, jest grzechem, co może być ciężarem dla wielu rozwiedzionych cywilnie osób, które jednak w kościelnych dokumentach nadal figurują jako mąż i żona. Tak zwany „rozwód kościelny” ma też czysto praktyczną korzyść – po jego uzyskaniu można wziąć ślub z nowym partnerem. Wszystko byłoby pięknie, tylko że… Kościół katolicki rozwodów nie udziela.

To, co nazywamy potocznie „rozwodem kościelnym”, jest w rzeczywistości stwierdzeniem nieważności małżeństwa.  Przepisy kościelne stanowią, że nie można rozwiązać, czy unieważnić, ważnie zawartego związku małżeńskiego. A zatem, ślub pomiędzy kobietą a mężczyzną, do którego nikt nie został przymuszony, czy zwabiony podstępem, którego strony były dojrzałe – zarówno fizycznie, jak i psychicznie – do podejmowanej decyzji i w pełni jej świadome, oraz żadna z nich nie zataiła ważnych informacji na swój temat, najprawdopodobniej jest ważny. I takim, z punktu widzenia Kościoła katolickiego, pozostanie na zawsze. Prawdą pozostaje więc powiedzenie, że tego, co Bóg złączył, człowiek rozłączyć nie może. Co innego, jeśli…

Bóg nigdy nie złączył…

Kościelne stwierdzenie nieważności małżeństwa, to, innymi słowy, uznanie go za niebyłe, nigdy nie istniejące. W przeciwieństwie do sądu cywilnego, który orzeka, że dane małżeństwo trwało przez określony czas i zakończyło się, sąd kościelny ogłasza, że w zasadzie nie istniało ono od samego początku. Nie mogło się zakończyć, gdyż nigdy się tak naprawdę nie rozpoczęło.

Małżeństwo? Jakie małżeństwo?

Do uzyskania takiego orzeczenia prowadzi jednak długa droga, zaczynająca się od ustalenia istotnej przyczyny, która mogła uniemożliwić ważne zawarcie sakramentu (np. impotencja, wiek młodociany, podstęp, niedojrzałość), a prowadząca przez nieuniknione pranie brudów. I to publiczne.

„Czy muszę brać udział w tym cyrku?”

Proces wiodący do stwierdzenia nieważności związku małżeńskiego niewątpliwie nie cieszy się najlepszą sławą. „Mój były mąż złożył wniosek o rozwód kościelny. Czy muszę brać udział w tym cyrku?” – od tych słów zaczyna się jeden z wątków na internetowym forum. Poniżej nie brakuje odpowiedzi potwierdzających obawy autorki tematu: „Ksiądz będzie wypytywał o wszystko, zapomnij o intymności”, „Potrzebni są świadkowie, a więc wciągane są w to osoby trzecie”, „Postępowanie ciągnie się miesiącami, a nie ma gwarancji, że się uda”. Wszystkie one są prawdziwe. Choć faktem jest też, że autorka wątku nie musi brać udziału w „tym cyrku”.

Wniosek składa jedno z małżonków. Tu nie ma mowy o porozumieniu stron. Drugie z nich zostaje o tym fakcie powiadomione i może ustosunkować się do treści zawartej we wniosku, wyrażając chęć uczestnictwa w postępowaniu, jak też może zupełnie zignorować zawiadamiające ją o wszczęciu procesu pismo – nie grożą za to żadne kary. Ów proces i tak będzie się toczył, z udziałem czy bez udziału drugiego z małżonków.

Warto jednak mieć na uwadze, że jeśli zależy nam na pozytywnym rozpatrzeniu sprawy, to bardziej korzystne wydaje się aktywne uczestnictwo w procesie, zeznania obydwu stron, jak też ich świadków, mogą bowiem rzucić pełniejsze światło na kwestię ważności sakramentu, niż zeznania tylko jednej z nich. Proces koncentruje się w dużej mierze na wydarzeniach, które miały miejsce jeszcze przed ślubem, ale nie brakuje też pytań o pożycie małżeńskie. Niestety, w czasie przesłuchania padają również zapytania o kwestie intymne. Pocieszający może być fakt, że odbywają się one na osobności, a małżonkowie, jak i powołani przez nich świadkowie, nie są w żadnym momencie konfrontowani.

W 2010 stwierdzenie nieważności małżeństwa uzyskało 2369 par.

Gwarancji, że sąd kościelny uzna małżeństwo za nieważne, oczywiście nie ma. Z wielu, opisanych wyżej, przyczyn bywa to o wiele bardziej skomplikowany proces niż „zwykły” rozwód. Liczba „unieważnionych” przez Kościół małżeństw, zwiększa się jednak z upływem lat. W 1999 roku w Polsce uznano za nieważne 1265 związków małżeńskich, w 2006 było to już 1961 małżeństw, a w 2010 – stwierdzenie nieważności małżeństwa uzyskało 2369 par. Szacuje się, że wniosków w tej sprawie wpłynęło tamtego roku do sądu biskupiego około trzy i pół tysiąca.

Szanse, czyli czy gra jest warta świeczki?

Statystyki wydają się być raczej optymistyczne, jednakże wciąż pozostaje ryzyko, że trafimy do tego mniejszego procenta – małżeństw, które stwierdzenia nieważności nie otrzymały. Najrozsądniejsze wydaje się samodzielne przeanalizowanie sytuacji, pod kątem wyróżnianych przez Kościół przyczyn, przemawiających za nieważnością sakramentu i na podstawie tej właśnie analizy podjęcie decyzji, czy składać wniosek, czy też nie.

Sam papież Franciszek zauważa: „Mój poprzednik [jako kardynała], kardynał Quarracino, mówił, że według niego połowa małżeństw jest nieważna. Dlaczego tak mówił? Ponieważ pobierają się bez dojrzałości, pobierają się nie dostrzegając, że to jest na całe życie albo biorą ślub dlatego, że z racji społecznych powinni się pobrać”. Każde z takich małżeństw w świetle wiary katolickiej jest małżeństwem nieważnym…

Pozostaje jeszcze kwestia szczerości w czasie procesu. Niejednej osobie dążącej do uzyskania „kościelnej wolności” przychodzi zapewne na myśl, aby podkoloryzować nieco zeznania. Czy jednak warto to robić?  Tu rodzi się pytanie, czy w czasie trwającego kilka godzin przesłuchania nie zaplączemy się przypadkiem w wersjach wydarzeń? I jeszcze o to, czy uzyskane kłamstwem kościelne stwierdzenie nieważności wciąż ma swoją wartość?

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Gosia Nowakowska
Gosia Nowakowska
Z wykształcenia pedagog, z zamiłowania człowiek gór, o których bloguje na Rudazwyboru.pl. Trochę pisze, trochę biega, trochę się wspina, ale - nie oszukujmy się - marzy o tym, by móc całymi dniami oglądać seriale. Po trzydziestce stara się być po prostu sobą, cokolwiek miałoby to znaczyć.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Społeczeństwo

I nie opuszczę cię aż do… jutra. Czy małżeństwo to przeżytek?

Obecnie małżeństwo to nierzadko bardziej kontrakt i układ interesów niż sakrament. Coraz częściej elementem najsilniej scalającym związek jest wspólny kredyt czy prowadzenie firmy. Uczucia pozostają na drugim planie.
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
9 października 2017
CZYTAJ WIĘCEJ