Historia zamknięta we flakonie. Pani Walewska i kosmetyczne cuda doktora Lustra

8 minut czytania
755
0
Martyna Kośka
Martyna Kośka
16 kwietnia 2018

Charakterystyczne ciemnoniebieskie opakowania kryły jeden z najbardziej eleganckich kosmetyków w czasach PRL. Pani Walewska – kremy, mydła perfumowane, wody toaletowe – dziś budzą nostalgię i przechowują pamięć. Nie tylko tę o czasach niedoborów.

W 1971 r. produkty z linii Pani Walewska zaczęła produkować krakowska firma Miraculum, którą w 1924 roku założył doktor medycyny Leon Luster. Nazwano je na cześć Marii Walewskiej, polskiej kochanki Napoleona, ale to nie jedyna historia zamknięta we flakonikach o intensywnie granatowej barwie.

Romans sprzed wieków

„O, jakie to mnóstwo pięknych kobiet w Warszawie!” – miał powiedzieć Napoleon Bonaparte, gdy ujrzał Marię Walewską na balu karnawałowym na Zamku Królewskim. Rzecz działa się w 1807 r.

Tak narodził się jeden z najgłośniejszych romansów XIX wieku. W tej historii jest wszystko, co może rozbudzać  wyobraźnię czytelnika miłosnych historii: płomienne uczucie, wielka polityka, knowania postronnych i wiele, wiele niedopowiedzeń i tajemnic.

Historia Marii Walewskiej nadal rozbudza wyobraźnię… fot. bissig/Shutterstock

Zanim jednak Maria Łączyńska wpadnie w ramiona najpotężniejszego człowieka swych czasów, pod koniec 1804 r., w wieku lat 18, wydana zostanie za szambelana króla Stanisława Augusta Poniatowskiego – Anastazego Walewskiego z Walewic.

Dziwne to było małżeństwo, bo po zaledwie sześciu miesiącach od jego zawarcia młoda małżonka urodziła dziecko. Jego ojcem nie był sędziwy już szambelan, lecz prawdopodobnie rosyjski oficer Arkadij Suworow (zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa, był on spokrewniony z feldmarszałkiem, który tak źle zapisał się w historii Polski). Na związek z carskim wojskowym nie zgodziła się rodzica Łączyńskiej, wobec czego, aby ratować jej honor, wydano ją za starszego dostojnika. Oczywiście, Walewski nie chronił dobrego imienia dziewczyny bez korzyści dla siebie. Posag wniesiony przez Marię bardzo poprawił nie najlepszą sytuację majątkową szambelana.

Miłości w małżeństwie nie było, nic więc dziwnego, że kobieta, której zainteresowanie okazał genialny francuski strateg, dała się temu uczuciu ponieść.

Historycy spierają się co do tego, czy związek Marii i Napoleona to wynik tylko i wyłącznie eksplozji uczuć czy też wiele było w tle politycznych zagrywek i kalkulacji. Na pewno była fascynacja: wiemy, że Napoleon sprowadził Walewską na trzy tygodnie do swej kwatery w pałacu w Finckenstein w Prusach Wschodnich, a w 1809 roku Maria zamieszkała na kilka miesięcy w sąsiedztwie jego rezydencji w Wiedniu. W tym czasie zaszła z Napoleonem w ciążę. Na prośbę Anastazego, swego ślubnego wciąż męża, wróciła do dworu w Walewicach, gdzie w maju 1810 r. urodziła syna – Aleksandra.

I tak zakończył się ten romans. Napoleon zadbał o finansową przyszłość syna (zapisał mu ogromny majątek, którym do czasu osiągnięcia przez chłopca pełnoletności, zarządzać miała matka – rzecz niespotykana na owe czasy), a Marii ofiarował pałacyk w Paryżu.

Po raz ostatni dawni kochankowie spotkali się w 1815 roku, przed zesłaniem Napoleona na Wyspę Świętej Heleny. Cesarz Francuzów zmarł na „przeklętej skale” w 1821 r., cztery lata po Marii. Żyła krótko, zaledwie 31 lat.  Zmarła w wyniku choroby.

Na rok przed śmiercią poślubiła kuzyna Napoleona. Urodziła mu syna Rudolfa Augusta.

Dr Luster dokonuje cudów

Historia Marii Walewskiej pewnie podzieliłaby los innych romantycznych opowieści sprzed lat – a więc trwałaby w pamięci tych nielicznych, którzy kojarzą jeszcze film z Beatą Tyszkiewicz i Gustawem Holoubkiem w rolach głównych („Marysia i Napoleon”, 1966 r. w reżyserii Leonarda Buczkowskiego).

Uratowały ją charakterystyczne ciemnoniebieskie opakowania, które kryły jeden z najbardziej eleganckich kosmetyków w czasach PRL. Pani Walewska, synonim elegancji w czasach, w których sklepowy asortyment bardzo utrudniał kobietom zachowanie klasy.

Korzenie jej sięgają 1924 roku, kiedy to doktor medycyny Leon Luster założył w Krakowie przedsiębiorstwo, „Doktora Lustra Preparaty Kosmetyczno – Lekarskie Miraculum”. Produkowane przezeń preparaty szybko zdobyły uznanie nie tylko klientek w Polsce, ale i za granicą, czego dowodzi otrzymane na początku lat 30. wyróżnienie na Międzynarodowej Wystawie w Paryżu.

Produkty wytwórni Miraculum w Krakowie, lata 30., fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Firma była wszechstronna. Do oferty stopniowo wprowadzała olejki, kryształki do kąpieli, lakiery do paznokci i zmywacze, a nawet preparat do mechanicznego usuwania zbędnego owłosienia. No i kremy do twarzy, które zdecydowanie wyprzedziły swoją epokę. Choć dziś nie mamy wątpliwości co do tego, że jest kilka rodzajów cery, to jednak na początku XX wieku kosmetyki były uniwersalne – po prostu dla kobiety, ale już bez podziału na rodzaj skóry.

Dr Luster jako pierwszy wprowadził słownika kosmetologii podział na jej typy. Wyodrębnił cerę suchą, tłustą, normalną (którą określił jako prawidłową) i wiotczejącą, czyli dojrzałą – i dostarczał klientom produkt dla nich dostosowany.

Umiejętność uwzględnienia potrzeb różnych klientek nie była jedynym dowodem na przenikliwość doktora Lustra. Rozumiał, że nawet najlepszy produkt sam się nie sprzeda, jeśli stać za nim nie będzie kobieta, której inne zazdroszczą młodości, urody, seksapilu.

Jak na ulubioną markę ówczesnych dam przystało, Miraculum miało swoje ambasadorki i to nie byle kogo – gwiazdę pierwszej ligi Hankę Ordonównę i Zofię Batycką, Miss Polonia z 1930 r.

„Ależ oczywiście najlepsze kosmetyki są dr Lustra i ja osobiście tylko tych używam. Są po prostu cudowne” – tak odpisana była pocztówka, dziś powiedzielibyśmy, że ulotka, na której w 1924 r. Ordonka deklarowała swoją sympatię dla kremów.

Fabryka działała do lutego 1940 roku.

Pani Walewska – powiew wielkiego świata

Po II wojnie światowej Miraculum przeszło w państwowe ręce. Przez krótki moment firma produkowała proszki do prania, ale szybko powróciła do wytwarzania kosmetyków – i rzecz jasna, perfum, których receptury opracowywane były w krakowskim laboratorium.

Niby miała produkować dla mas, więc żadne tam fikuśne opakowania i wymyślne składniki. Taki był plan, ale jednak firma zręcznie udawało się wypuszczać eleganckie, niekiedy kipiące seksapilem kosmetyki, które sąsiadowały z prostym w swym składzie kremem ochronnym do rąk dla robotników.

Pewną naturalną dla kobiet potrzebę elegancji już w najbardziej siermiężnych czasach, w 1955 r., zaspokajały perfumy „Tango” (dla panów przewidziano zapach „Bridge”). W kolejnym roku pojawił się tusz do rzęs. Później poszło lotem błyskawicy, a kilka produktów stało się prawdziwymi szlagierami kosmetycznymi: krem ochronny do rąk (ponoć najpopularniejszy w czasach PRL), a w latach 60. Pojawił się na sklepowych półkach pierwszy szampon w płynie (wcześniej były w proszku), a także kremy zawierające algi i kwasy owocowe. A więc nowocześnie.

Czasy PRL to zresztą bardzo dobry okres dla Miraculum. Jako część Zjednoczenia Przemysłu Kosmetyków i Środków Czystości Pollena (do którego należały wszystkie  zakłady produkujące kosmetyki i środki czystości; dowolności zrzeszania się nie było), sprzedawała swoje produkty na trzech kontynentach, a dla kobiet, które ustrój socjalistyczny pozbawił możliwości wypróbowania kosmetycznych cudów świata zachodniego, produkty z fabryki na krakowskim Zabłociu naprawdę stanowiły powiew lepszego, bardziej eleganckiego świata.

Najbardziej rozbudzały wyobraźnię produkty z tej najpopularniejszej linii. Pojawiły się na początku lat 70. i do dziś znajdziemy je na półkach, choć raczej nie w sieciówkach, a mniejszych drogeriach. Kosmetyki niezmiennie kuszą opakowaniami w intensywnej granatowej barwie.

Perfumy w kapeluszu? fot. Facebook.com/MiraculumPolska/

Po latach z całej linii kosmetyków Pani Walewska najlepiej pamiętamy perfumy. Nawet nie o zapach chodzi, lecz o to, w czym ten zapach klientki dostawały. Myślisz Pani Walewska i oczami wyobraźni widzisz flakon o nieco dziwacznym kształcie – wystarczy jednak się przyjrzeć, by zobaczyć w tym wygięciu kapelusz Napoleona. Bez dwóch zdań, opakowanie tych perfum to dowód na to, jak dobrze kiedyś w Polsce projektowano przedmioty codziennego użytku.

Brutal dla prawdziwego szowinisty

Obok niedużego flakoniku Pani Walewskiej na szklanej półce w łazience mogła stać woda toaletowa Brutal – ale to trochę później, bo dopiero po 1977 r.

Pod koniec lat 70. władze na najwyższym szczeblu uznały, że trzeba polskich mężczyzn nieco ucywilizować. Jeżdżą na zagraniczne kontrakty, noszą na co dzień garnitury, niech więc pachną czymś, czego nie powstydziłby się Francuz! Oczywiście, jakieś kosmetyki dla panów były dostępne, ale jednak asortyment dla mężczyzn przedstawiał się nader ubogo.

Ów wymyślony na najwyższych szczeblach zapach wzorowany był na francuskiej wodzie Bru”. O ile francuski producent używał sloganu reklamowego „Esencja męskości”, to polski pozostawił go daleko w tyle, tworząc chyba najbardziej szowinistyczne hasło w czasach powojennych: „Emancypacja kobiet jest mrzonką, próbą ucieczki przed naturą, odrzuceniem dominacji mężczyzny nad płcią piękną, sztucznym przeobrażeniem świata”.

Dalej twórcy reklamy przekonywali, że „nawet na stanowisku kierowniczym niewiasta wzdycha przyglądając się mężczyźnie dobrze zbudowanemu, o szorstkim sposobie bycia. Uwielbienie dla ogłady znika, gdy pojawia się zdecydowanie, brutalność”.

Brutalem miał pachnieć prawdziwy mężczyzna, taki, który p powrocie z pracy rozwala się na kanapie i krzyczy do żony z dużego pokoju swojego M2 „przynieś obiad!”. Oczywiście, mógł wybrać Przemysławkę czy Warsa, ale to dobre dla mięczaków…

Najładniejsza para polskiej myśli kosmetycznej

Wyszli z jednej fabryki i tworzyli piękną parę: ona delikatna i dla wyrobionej użytkowniczki, on – dostępny dla każdego, bardzo egalitarny. Ona była symbolem luksusu, on – pierwotnej, zarezerwowanej dla najsilniejszego samca, siły. Pani Walewska i Brutal mieli też razem zniknąć z rynku, bo gdy towary z zachodu popłynęły szerokim strumieniem i zdobycie perfum sygnowanych przez dowolny dom mody nie stanowiło problemu (a podróbki były dostępne jeszcze łatwiej), to wydawało się, że już dla zapachów z PRL nie będzie miejsca.

Czarny scenariusz się nie sprawdził. W pierwszych latach kapitalizmu obie marki cieszyły się zainteresowaniem. Może w drogeriach nie stały na półce obok perfum Giorgio Armani, ale miały dużą grupę wiernych klientów. Tym co mogło ostatecznie położyć kres obu zapachom nie była zmiana gustu czy zachłyśnięcie się zagranicznymi nowościami. Niebezpieczeństwo przyszło z innej strony – ot, złe decyzje biznesowe i kryzys, który wybuchł dokładnie 10 lat temu.

A było to tak: W 2003 r. fabrykę Miraculum przejęła Kolastyna. Miał być „polski l’Oreal”, czyli wielka korporacja, która obejmie mniejsze firmy kosmetyczne, a była upadłość po tym, jak Kolastyna nie poradziła sobie z regulowaniem zobowiązań.

Zamknięto fabrykę, a gdy ostatnia ściana została przez spychacz zrównana z ziemią, na jej miejscu powstało osiedle mieszkalne. Brutal i Pani Walewska na jakiś czas zniknęły ze sklepów. Klienci byli niepocieszeni, ponoć nawet pisali do Miraculum, że zrobią zbiórki, że prześlą pieniądze. Ostatnie nieotwarte flakoniki i kremy pojawiły się na internetowych aukcjach – ale zawirowania trwały niewiele ponad rok. Firma dogadała się z wierzycielami i produkcja ruszyła na nowo, choć inaczej została zorganizowana.

Pani Walewska trzyma się mocno! fot. AS photo studio/Shutterstock

Pani Walewska wróciła w pięknym stylu – dokładnie w swoje 40. urodziny. Na przełomie 2010/11 roku w kolorowych magazynach pojawiła się kampania reklamowa, której twarzą była związana z Krakowem aktorka Katarzyna Gniewkowska. Chwile później do sklepów trafiły nowe kosmetyki z tej serii, przygotowano też serie dla nieco młodszych klientek (Chic oraz Gold). To wszystko jednak tylko drobne zmiany wizerunkowe. Przeliczy się, kto spodziewa się, że charakterystyczne pudełeczka i flakoniki mogą zostać zastąpione jakimiś bardziej nowoczesnymi – i choćby badania marketingowe dowodziły, że klientki pragną swojego kremu w opakowaniu mniej ekstrawaganckim, to producent nie odrzuci sprawdzonych przez lata rozwiązań. Wszak „ponadczasowe piękno”, slogan ze wspomnianej kampanii, zobowiązuje…

Brutal też ma się dobrze. W 2012 r., a więc zaraz po tym, jak wrócił do regularnej sprzedaży, firma badawcza Nielsen sprawdziła, które zapachy Polacy cenią najbardziej. Rodzimy Brutal znalazł się na szóstym miejscu, ustępując pola tylko światowym gigantom takim jak Adidas i Nivea.

Zakup motywowany tęsknotą

Pani Walewska nie zniknie ze sklepów. Miraculum robi co z jego mocy, by od czasu odświeżyć markę i przekonać młodsze klientki, że po charakterystyczny flakonik można sięgać na co dzień, a nie tylko przy okazji wyjścia na imprezę spod znaku kicz party w stylu lat 80.

Próba ścigania się z zagranicznymi koncernami może przynieść więcej szkód niż korzyści. Po Walewską sięgają panie, które albo używały jej w czasach swojej młodości, albo jako małe dziewczynki podpatrywały, jak mama przed wyjściem do pracy skrapla się delikatnie zapachem z niebieskiego flakonu. Gdy tylko dorosły i mogły kupować swoje zapachy, wybrały właśnie ten, do którego latami aspirowały. Główną motywacja do zakupu Pani Walewskiej jest więc nostalgia. Jak potoczą się losy marki, gdy wiedzione tęsknotą kobiety przestaną być lojalnymi klientkami?

Tego jeszcze nie wiem, ale firma Miraculum, która za sześć lat będzie obchodziła setną rocznice istnienia, udowodniła, że potrafi obronną ręką wyjść z każdych historycznych tarapatów.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Martyna Kośka
Martyna Kośka
U progu dorosłości marzyła o uporządkowanym życiu i oglądaniu miasta z wysokiego piętra przeszklonego wieżowca, więc ukończyła prawo. Nie zdążyła jednak zastukać obcasami na korytarzu sądowym, bo przekonała się, że znacznie ciekawszy świat czeka na mnie gdzie indziej.
Jest dziennikarzem gospodarczym, jej analizy można przeczytać w kilku popularnych serwisach finansowych - ale po godzinach pracy praktycznie nie używa słów typu "inflacja", "nowelizacja" i "jurysdykcja krajowa", lecz pisze dużo bardziej reportażowo, życiowo.
Czyta reportaże, ogląda polskie dramaty obyczajowe, wybiera schody zamiast windy.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Magazyn

Dzień z życia przedwojennego warszawiaka wiosną 1938 roku

Polska dwudziestolecia międzywojennego uchodzi za raj utracony, wzbudzający żywe zainteresowanie nawet tych, których historia jako taka nie ciekawi. Nic dziwnego, bo to przeszłość bardzo bliska, często znana z opowieści naocznych świadków z naszych rodzin. Przenieśmy się więc w nią na chwilę i zobaczmy, jak mógł wyglądać dzień typowego mieszkańca Warszawy z końca lat trzydziestych, inteligenta z klasy średniej.
Maciej Nowak-Kreyer
Maciej Nowak-Kreyer
8 kwietnia 2018
CZYTAJ WIĘCEJ