Maszyny do biegania, wstrząsacze kości i emancypacja kobiet, czyli zakręcona historia roweru

11 minut czytania
4960
1
Ania Ciężkowska
Ania Ciężkowska
29 kwietnia 2018

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Historia dwóch kółek może zadziwić. Rower ma swoje zasługi nie tylko na rzecz literatury, chemii i ekologii, ale też emancypacji kobiet, a nawet ograniczenia pijaństwa. Również konflikty między pieszymi, kierowcami, a rowerzystami to nic nowego!

Według sondażu CBOS 70 proc. Polaków to rowerzyści. Większość z nich jeździ codziennie lub kilka razy w tygodniu. Widok roweru od dawna nie jest niczym nadzwyczajnym, a na pewno nie budzi zaskoczenia ani zgorszenia, ale nie zawsze tak było!

Niejasne początki

Ciężko powiedzieć, kiedy dokładnie zaczyna się historia roweru. Pełna jest plotek i dziwnych konstrukcji. Podejrzewa się, że idea narodziła się już w starożytności. Świadczą o tym malowidła znalezione na terenie starożytnego Egiptu i Babilonu, na których widać “coś” przypominające pojazd na dwóch kołach.

Inny trop to “rowerowe okno” w kościele Saint-Gilles w Stoke Poges. Znajduje się tam witraż z 1642 roku, na którym widnieje mężczyzna siedzący na pojeździe przypominającym rower i grający na trąbce. Istnieje również szkic przedstawiający dwa równej wielkości koła ze szprychami, kierownicę, mechanizm korbowy, łańcuch i zębatkę, który został znaleziony wśród dokumentów Leonarda da Vinci. O ile część badaczy przypisuje autorstwo włoskiemu geniuszowi lub jego uczniowi, to bardzo prawdopodobne (i zarazem rozczarowujące), że projekt jest wynikiem fałszerstwa. Co w takim razie o historii rowerów wiemy na pewno?

Maszyna do biegania

“ (…) w 1808 r w paryzkim Luksemburskim ogrodzie ukazał się dziwnego kształtu wehikuł, składający się z siedzenia po środku drewnianej ramy , do obu końców której przymocowane były koła. (…) Parodya ta welocypedu dawała szerokie pole do znęcania się nad sobą ówczesnym karykaturzystom” – czytamy w książce “Welocypedy i cykliści” , wydanej w 1892 roku.

Opisana maszyna dawała też możliwość znęcania się nad kierującym. Nie miała pedałów, w związku z czym jedynym sposobem wprawienia jej w ruch było odpychanie się nogami od podłoża, co wystarczało na kilka bądź kilkanaście metrów. Nogi, a dokładniej buty, służyły również jako hamulce. Idealny rower dla Freda Flinstone’a. Wesoło się robiło, gdy kierujący chciał skręcić, bo pojazd nie dawał takiej możliwości. Jedynym sposobem na zmianę kierunku jazdy było zatrzymanie się i ustawienie maszyny w pożądaną stronę. Plotka głosi, że urządzenie zostało skonstruowane przez francuskiego hrabiego o nazwisku Sivrac, w drugiej połowie XVIII wieku, i nazywane było celeryferem (od francuskiego célérifére). Można mieć wątpliwości, czy miało ono więcej wspólnego z rowerem czy z kaloryferem. Legenda głosi również, że koła pojazdu zostały zrobione z beczek po winie, które Sivrac opróżnił z przyjaciółmi zanim zabrał się za konstruowanie wynalazku, co akurat brzmi całkiem wiarygodnie, gdy bierze się pod uwagę efekt końcowy.

Dumny protoplasta roweru – drezyna

Autorem dwukołowego, drewnianego wehikułu z siedzeniem, napędzanego nogami i uznawanego za archetyp roweru jest Karl Drais (a dokładniej Karl Friedrich Christian Ludwig Freiherr Drais von Sauerbronn), który stworzył również maszynkę do mielenia mięsa. Jego “maszyna do biegania” miała już obrotowy widelec przedni zintegrowany z kierownicą, co oznaczało, że dało się skręcać, bez konieczności zatrzymywania i przestawiania pojazdu. W 1817 roku na swoim wynalazku pokonał on trasę z Mannheim do Schwetzinger w czasie cztery razy krótszym niż dyliżans pocztowy, co było nie lada osiągnięciem. Pojazd początkowo zyskał nazwę Laufsmachine („biegmaszyna”), ale później został przemianowany na draisine, czyli „drezynę”.  Drezyny jako nowinka szybko zyskały zainteresowanie arystokracji, a już w 1819 odbył się pierwszy wyścig z udziałem pojazdów.

Pierwszy rower z napędem

Pierwszy welocyped napędzany pedałami został stworzony w 1839 roku przez pomysłowego kowala ze Szkocji – Kirkpatricka Macmillana. Ta przełomowa konstrukcja oznaczała koniec (niezmiennie wywołującego szyderstwa) odpychania się od ziemi, by wprawić pojazd w ruch. Składała się z dwóch pionowych prętów, które były przytwierdzone do kierownicy i połączone przymocowanymi przegubowo drążkami z korbami znajdującymi się na piaście koła tylnego oraz oczywiście z pedałów, które przypominały te wykorzystywane w maszynach do szycia. Aby wprawić “rower” w ruch trzeba było wykonywać naprzemienne ruchy nogami do przodu i do tyłu. Siostrzenica pomysłowego Szkota, Mary Marchbank, wsiadła w 1842 roku na stworzony przez niego prototyp i tym samym zapisała się w historii jako pierwsza kobieta, która jeździła na rowerze wyposażonym w pedały.

Maszynie było lekko mówiąc daleko do ideału, ale i tak okazała się ośmiornicą atencji. Macmillan wzbudził takie zainteresowanie, że w podekscytowanym tłumie, który obserwował jego wyczyny na rowerze, doszło do wypadku, w którym poturbowano dziecko. Jako sprawca całego zamieszania wynalazca dostał pięć szylingów grzywny.

Wstrząsacze kości

Pewnego dnia do warsztatu producentów powozów  i wózków dziecięcych, Pierre’a i Ernesta Michaux, przyszedł mężczyzna, który szukał kogoś, kto naprawi jego drezynę. Podobno w taki sposób Francuzi stworzyli pierwszy (sensownie działający!) welocyped, czyli pierwotną wersję roweru bez hamulców i łańcucha. W modelu stworzonym przez Michaux pedały obrotowe zainstalowane były przy osi przedniego koła, które było nieznacznie większe od tylnego i obite żelazem bądź stalą. Połączenie kamiennego bruku i metalu nie było zbyt komfortowe stąd też pojazd zyskał miano wstrząsacza kości (czy też w zależności od tłumaczenia – kościotłuka). James Starley, nazwany „ojcem przemysłu rowerowego” w 1871 roku jako pierwszy wprowadził bicykl, model Ariel, z dużym przednim i małym tylnym kołem, do produkcji seryjnej.

Nowy Jork, około 1891. Mistrz świata cyklistów William Walker Martin na „wstrząsaczu kości”

Ponieważ nie znano wtedy jeszcze łańcucha ani przerzutek, aby uzyskać prędkość większą niż 10-15 kilometrów na godzinę zaczęto zwiększać rozmiary przedniego koła, a zmniejszać tylnego, co miało docelowo poprawić stabilność. Z czasem dysproporcja między kołami stała się tak duża, że tylna opona bywała nawet czterokrotnie mniejsza. Średnica koła napędowego welocypedu, usytuowanego na przedzie, wynosiła od 100 do 150 cm. Jazda na tak skonstruowanych welocypedach była niewygodna, a czasem zwyczajnie niebezpieczna. Upadek z dużej wysokości, brak hamulca i opony, którym daleko do ideału z powodu tendencji do zsuwania się z obręczy, były przyczyną śmierci i kalectwa. Istniały również pozytywne aspekty związane z dyskomfortem jazdy na tego typu rowerach.

W cytowanej już książce  “Welocypedy i cykliści” czytamy: “W niższych warstwach społeczeństwa, użyteczność welocypedu jest jeszcze bardziej różnorodną i doniosłą. Często też w okolicy miast większych spotykamy robotników fabrycznych, jadących na welocypedzie (…). Pośrednio wpływa to też na zmniejszenie pijaństwa.  Robotnik taki niełatwo zdecyduje się przesiedzieć w szynkowni parę godzin więcej, ma bowiem przed sobą długą podróż na dwukołowcu, dla kierowania którym konieczne jest znajdowanie się w stanie trzeźwym”.

Rover, czyli rower!

Rozwiązaniem wielu problemów konstrukcyjnych był zestaw: łańcuch i przekładnia. Pierwszy rower, który miał dwa drewniane koła takiej samej wielkości i był napędzany z wykorzystaniem łańcucha osadzonego z przodu, stworzył Harry John Lawson w 1873 r. Dwanaście lat później John Kemp Starley (bratanek Lawsona, czyli wszystko zostaje w rodzinie) skonstruował znacznie łatwiejszy w obsłudze i bezpieczniejszy niż poprzednie modele rower, który nazwał „Rover Safety Cycle”. Był wyposażony w bezpośrednio skręcaną kierownicę, koła równej wielkości i czworoboczną ramę. Ten komfortowy pojazd (oraz późniejszy Lady’s Cycle, przypominający współczesny rower miejski)  sprawił, że więcej kobiet zainteresowało się pedałowaniem. Sama nazwa „Rover” pochodzi od angielskiego słowa “rove”, które oznacza wędrować lub włóczyć się. Bicykle produkowane przez Starleya i jego partnera Sattona zyskały dużą popularność również w Polsce, stąd też pochodzi określenie “rower”.

W 1902 Henry Sturmey i James Archer uzyskali patent na przekładnię umożliwiającą zmianę biegów podczas jazdy. Czemu to ważne, mógłby ktoś zapytać. Zmiana biegów to nic innego jak możliwość przełączenia przerzutki, co pozwala na wjechanie pod nawet bardzo stromą górkę bez konieczności wyplucia płuc lub doznania lekkiego stanu przedzawałowego. Nie bez znaczenia dla komfortu jazdy było też powstanie opony pneumatycznej w 1888 roku. John Dunlop wpadł na ten pomysł, gdy obserwował swoje dziecko bawiące się na rowerze. Los chciał, że w pobliżu leżał gumowy wąż ogrodowy.  W ten sposób w głowie lekarza weterynarii narodził się pomysł na gumową oponę dla bicykla, którą niedługo potem zaczął produkować masowo.

Cyklofobowie kontra fanatycy cykla

Pierwszy polski rower, a właściwie drewniany samojazd na trzech kółkach, został stworzony w 1866 roku przez malarza Edmunda Perla. Rok po tym wynalazku Władysław Romanowski sprowadził nad Wisłę welocyped wyprodukowany przez braci Michaux. Po tym czasie jednoślady szybko zdobyły popularność, o czym może świadczyć fakt, że już 5 czerwca 1869 r. w Ogrodzie Krasińskich w Warszawie odbyły się pierwsze wyścigi samojazdów, a w 1886 roku powstało Warszawskie Towarzystwo Cyklistów (WTC).

Nuty „galopu Cyklistów”, rok wydania 1894 (fot. Polona CC0)

Pomimo rosnącej grupy pasjonatów pedałowania, dopiero 30 lat po pojawieniu się pierwszego pojazdu na dwóch kółkach, zezwolono rowerzystom poruszać się bez ograniczeń po wszystkich ulicach w stolicy. Co ciekawe rowerzyści, nazywani również kołownikami lub sprężystymi, otrzymywali dowód rejestracyjny, a ich pojazd musiał mieć pod siodełkiem tablicę z numerem rejestracji. Również inne miasta Polski nie pozostały w tyle i podążały za sportową modą. W 1869 roku w Krakowie został zarejestrowany pierwszy rower, a szybki wzrost liczby cyklistów sprawił, że władze administracyjne (wtedy austriackie) opublikowały “Regulamin Jazdy Na Kole W Obrębie Miasta Krakowa” (1899 r.), w którym zwracano między innymi uwagę na konieczność posiadania sprawnego hamulca, głośnego dzwonka, a wieczorem zapalonej latarki. Dodatkowo regulamin zabraniał “jechać szybko t. j. w tempie przewyższającem chyżość raźnego kłusu koni”.

Początkowo kołownicy budzili nieufność, a w kronikach Warszawskiego Towarzystwa Cyklistów można znaleźć takie określenie jak cyklofob. Pośród inteligencji przez pewien czas panowało przekonanie, że sport rowerowy jest niewłaściwą i gorszącą rozrywką dla ludzi porządnych i wykształconych. Cyklistów obdarzano takimi epitetami jak “wariat i lucyper”. Społeczeństwo zaczęło patrzeć na kolarstwo bardziej przychylnym oczkiem dzięki licznym lekarzom, którzy zaczęli mówić o zaletach zdrowotnych jazdy na rowerze. “Lekarzy mamy już w Towarzystwie 20 i to sportsmenów zawołanych, fanatyków cykla” – cieszył się autor zapisków w kronice z 1892 roku.

Mężczyzna na rowerze, 1890 (fot. Polona CC0)

O dobry PR dbali również sami cykliści, którzy stosowali się do tzw. kolarskiego savoir-vivre’u. Wymagał on rowerzystów, by pamiętali, że droga nie jest przeznaczona tylko dla nich. Musieli zachowywać się w taki sposób, by nikomu nie przeszkadzać, ani nie utrudniać przemieszczania się. Szczególnie istotne było zachowanie w pobliżu koni, ponieważ mogły się spłoszyć. Obowiązkiem kolarza w pobliżu zaniepokojonego zwierzęcia było jak najszybsze zejście z roweru i w miarę możliwości oddalenie się od konia lub uspokojenie go.

Rower najlepszym przyjacielem…pisarza?

„Fortuna kołem się toczy, jest zatem cyklistą” – pisał Sienkiewicz. Arthur Conan Doyle jeździł z żoną na tandemie, a Henry James wybierał się na swoich dwóch kółkach na dłuższe wycieczki, by nabrać apetytu przed popołudniową herbatą. Jak się okazuje bicyklom zawdzięczamy niejedno dzieło literackie! Wśród znanych piszących rowerzystów, którzy pedałując szukali weny (i ją znaleźli) warto wymienić między innymi Johna Galsworthy’ego („Saga rodu Forsyte’ów”), Thomasa Hardy’ego (“Z dala od zgiełku”), czy Henry’ego Millera (“Zwrotnik Raka”, “Zwrotnik Koziorożca”), który podobno uważał, że rower jest mu się bliższy niż przyjaciele, bo w przeciwieństwie do ludzi na nim się nigdy nie zawiedzie.

Herbert George Wells napisał nawet powieść poświęconą kolarstwu ( “Wheels of chance”), a Bolesław Prus w 1894 roku deklarował w felietonie dla Kuriera Codziennego: “(…) rower jest jedną z najznakomitszych machin wieku XIX. Kolej żelazna daje nam wprawdzie szybkość 30 wiorst na godzinę, ale jest jednocześnie latającym więzieniem, którego nie wolno mi ani opuścić, ani zatrzymać, a które muszę dzielić z towarzystwem, nie zawsze przypadającym mi do smaku. Zaś rowerem przenoszę się z szybkością 20 wiorst na godzinę (notabene ja z szybkością ośmiu wiorst), jadę, kiedy mi się podoba, popasam lub odpoczywam, gdzie chcę, i – nie mam sąsiadów”.  Wiorsta to dawna rosyjska miara długości. Jedna wynosiła około 1067 metrów, co oznacza, że autor “Lalki” śmigał na rowerze z zawrotną prędkością ośmiu, w porywach do dziewięciu, kilometrów na godzinę.

Afisz z lat 30. (fot. Polona CC0)

Dla tych, co lubią również czytać o rowerach znajdzie się więcej niż kilka smakowitych kąsków, a wśród nich: Julio Cortazar i “Zakaz wprowadzania rowerów”, “Szkice piórkiem” Andrzeja Bobkowskiego, “Dzienniki rowerowe” Davida Byrne’a, “Trzech panów na rowerach” autorstwa Jerome K. Jerome, czy klasyk od Astrid Lindgren dla najmłodszych cyklistów “Pewnie że Lotta umie jeździć na rowerze”.

Zasługi dwóch kółek są nieocenione również w dziedzinie nauk ścisłych. Zapaloną cyklistką była Maria Curie-Skłodowska, która z mężem Piotrem na rowerach udała się nawet w podróż poślubną. “(…) najmilszą naszą rozrywką po pracy w dusznym laboratorium były spacery bądź wycieczki na rowerach po okolicy. Mąż mój lubił przebywać na otwartym powietrzu. (…) Ja także kochałam wieś i owe wycieczki sprawiały mi taką samą przyjemność, odprężając przy tym umysł po pracy naukowej. (…) Rozkoszowaliśmy się tymi całodziennymi jazdami; noclegi obieraliśmy w coraz to innym miejscu” – możemy przeczytać we wspomnieniach noblistki.

Emancypacja na okrągło!

“Myślę, że rower zrobił więcej dla emancypacji kobiet, niż jakakolwiek inna rzecz na świecie. Przepełnia mnie radość za każdym razem, gdy widzę kobietę jadąca na rowerze. To obraz nieskrępowanej kobiecości. Rower obdarzył kobietę uczuciem niezależności, samodzielności i wolności” – w 1896 roku twierdziła amerykańska sufrażystka Susan B. Anthony, założycielka National Women Suffrage Association.

Istna rozpusta! (fot. Wikimedia Commons CC0)

Co ma rower do praw kobiet? Więcej niż by mogło się wydawać! Przez długie lata jazda na rowerze była hobby zarezerwowanym dla zamożnych mężczyzn z dużych miast, ale ostatecznie kolarstwo zrewolucjonizowało również kobiece stroje, wypierając deformujące i krępujące gorsety oraz długie spódnice i krynolinę. W społeczeństwie, a szczególnie w tej męskiej i konserwatywnej jego części, pojawiła się silna obawa, że bezecne i nazbyt swobodne cyklistki swoim kontrowersyjnym zachowaniem wprowadzą chaos do życia codziennego. Tymczasem kobiety coraz częściej wsiadały na rower, by pojechać do pracy, odwiedzić znajomych, zrobić zakupy lub wybrać się na wycieczkę. Co ważne, mogły zrobić to zupełnie samodzielnie, a ponieważ rower był stosunkowo tani, to nie miało znaczenia, ile mają w portfelu. Dwa koła oznaczały niezależność, a  sama możliwość swobodnego przemieszczania się wpłynęła na postrzeganie kobiet.

Krytycy kobiecej jazdy na rowerze wspinali się na wyżyny kreatywności twierdząc, że może ona zagrażać zdrowiu fizycznemu i umysłowemu, a skutkiem ubocznym wibracji wywoływanych przez pojazd może być nawet śmierć. W ramach obrzydliwych konfabulacji głoszono również, że jazda na rowerze niszczy kobiecą sylwetkę, może się przyczyniać do przemieszczania organów wewnętrznych, a  także być niebezpieczna dla układu rozrodczego. Szkoda, że ci wszyscy troskliwi, cni rycerze nie krzyczeli tak głośno na temat gorsetów, którym należy przypisać powyższe zagrożenia.

Modelki z rowerami w Lasku Bulońskim prezentują kostiumy do jazdy na rowerze, lata 30. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Oczywiście, że w tym całym zamieszaniu musiało chodzić również o seks. Jednym z najpoważniejszym argumentów wysuwanych przeciwko cyklistkom był niepokój o ich moralność i cnotę, bo jak powszechnie wiadomo ocieranie się o siodełko znajdujące się między udami i pedałowanie to czynności pobudzające erotycznie. Stróże moralności nie mogli również znieść siedzenia okrakiem i o zgrozo, pokazywania kostek. , Uważano, że jazda na rowerze w przypadku kobiet prowadzi niechybnie do nawyku masturbacji, a stąd już tylko kroczek, a może raczej jeden obrót koła, do rozpusty! W trosce o niewinność kobiet organizowane były wycieczki rowerowe pod nadzorem kobiet szlachetnych, najczęściej mężatek lub wdów, o nieposzlakowanej opinii, które miały również referencje od duchownego.

Powrót do biegania

200 lat temu pomysł maszyny do biegania wydał się wszystkim śmieszny, ale jak się okazuje na przestrzeni dwóch stuleci wiele się może zmienić. Historia zatoczyła koło i kilka lat temu powstał rower biegowy Fliz. Nie ma pedałów ani siodełka, za to jest rama, do której trzeba się przypiąć, a właściwie przywiązać pasami. Wymyślamy rower od nowa?

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Ania Ciężkowska
Ania Ciężkowska
Zawodowo siedzi w marketingu od 2010 roku. W wolnych chwilach konfabuluje, czyta i zwiedza zamki. Wielbicielka tatara, wciąż szuka tego idealnego. Słoń nadepnął jej na ucho, nie ufa gołębiom, lubi pociągi i jeść śniadania na mieście. Przed każdą podróżą samolotem spisuje testament. Żałuje, że nigdy nie pozna Tove Jansson i nie pójdzie na koncert The Beatles.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Cała Polska jeździ na rowerach. Problem w tym, że nie umie

Sezon rowerowy w tym roku zaczął się trochę później, gdyż nie dopisywała nam pogoda. Ale jak już zaczęła dopisywać, stało się widomym i wiadomym, jak bardzo ludzie tęsknili do jazdy. Ulice, drogi dla rowerów i chodniki zaroiły się od jednośladów. I zaczął się problem.
Radek Teklak
Radek Teklak
10 czerwca 2017
CZYTAJ WIĘCEJ