Mord w willi Tuwima. Sprawa Jaroszewiczów wciąż powraca

13 minut czytania
5761
0
Michał Piasecki
Michał Piasecki
17 kwietnia 2018

Odsłuchaj

Brutalnie zakatowany premier, tajne dokumenty, znikające dowody. Do tego tajemniczy świadek koronny, brutalny gang karateków i porwany dziesięciolatek. Historia, której nie powstydziłby się hollywoodzki scenarzysta, wydarzyła się u nas. Sprawa śmierci Piotra Jaroszewicza przez 26 lat spędzała sen z powiek tropicielom spisków. Czy wreszcie zostanie rozwiązana?

Był 1 września 1992 r., gdy ok. godziny 23 syn byłego premiera, Jan, znalazł zwłoki rodziców w ich willi w Aninie. Tej samej, w której niegdyś mieszkał Julian Tuwim.

Bili długo i bez litości

Skrępowane ciało matki odnalazł w łazience. Kobietę zabito strzałem w tył głowy ze sztucera męża. Jaroszewicza syn znalazł w jego gabinecie. Widok był przerażający. Pomieszczenie zdemolowano. Na środku stało krzesło, a na nim związany były premier. Twarz miał zmasakrowaną, a głowę owiniętą bandażem. Bito go tłuczkiem do mięsa, przypalano papierosami, a pomiędzy żebra wkręcano korkociąg. Wreszcie oprawcy udusili go paskiem, zaciskając pętle pamiątkową ciupagą. Były premier prawą rękę miał wolną i nieskrępowaną, tak, jakby miał nią przed śmiercią coś podpisywać lub wskazywać.

Nie udało się ustalić, jak bandyci dostali się do budynku, którego strzegł agresywny sznaucer olbrzym. Co więcej, podejrzliwy z natury Jaroszewicz zawsze nosił przy sobie broń. Nawet siadając przed telewizorem miał ją w zasięgu ręki. Po gości osobiście wychodził przed dom. Tego dnia nie miał jednak zaplanowanych żadnych wizyt. Tak przynajmniej wynika z skrupulatnie prowadzonego przez niego kalendarza.

Wiadomo, że napastnicy spędzili w wilii wiele godzin, ale większość w gabinecie byłego premiera. Z domu zginęło niewiele. Zabrano mało istotne przedmioty, pozostawiając dużo cenniejsze fanty – biżuterię, kolekcję znaczków pocztowych, książeczki czekowe. Rozpruto jedną z dwóch szaf pancernych w pokoju Jaroszewicza. Zniknęła także część jego dokumentacji znajdująca się w biurku. Policja długo upierała się przy motywie rabunkowym, choć gołym okiem można było zauważyć, że w zasadzie nic tego nie potwierdza. Nie chodziło o majątek peerelowskiego dygnitarza. A więc o co?

To nie jedyna zagadka. Katowanie Jaroszewiczów miało co najmniej dziwny przebieg. Bestialstwo, z jakim zamęczono byłego premiera, łączyło się z zastanawiającą troską. Napastnicy przebrali go, zmieniając zakrwawioną koszulę na czystą. Jaroszewiczowi podano leki, które musiał przyjmować, ocierano twarz oraz opatrzono część zadanych ran. Jego związanej żonie podłożono kołdrę i poduszkę, by było jej wygodnie. Leżała na nich długie godziny, nim zabito ją bezwzględnym strzałem w tył głowy.

Zaufany towarzysz Moskwy

Kim właściwie był Jaroszewicz? To syn prawosławnego popa, który jako przedwojenny nauczyciel został w 1940 r. deportowany do Archangielska, a dalej przez Stalingrad do Kazachstanu. Tam zaciągnął się do armii Berlinga, w której zrobił błyskotliwą karierę. W wieku 36 lat, po odsłużeniu zaledwie 28 miesięcy, zostaje generałem brygady.

Tak szybki awans świadczy o jednym: niebywale wysokim zaufaniu sowieckich towarzyszy do polskiego inteligenta. Zdaniem niektórych historyków, w tamtym czasie Moskwa miała do Jaroszewicza zaufanie większe nawet niż do Wojciecha Jaruzelskiego, choć szlak bojowy tego drugiego z sojusznicza Armią Czerwoną był nieporównywalnie dłuższy.

Piotr Jaroszewicz, lata 50., fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Nie bez znaczenia jest też to, że Jaroszewicz był oficerem polityczno-wychowawczym. Oznacza to, że dbał o prawidłową trajektorię linii ideologicznej żołnierzy. Naturalnie był członkiem PPR, a następnie PZPR i zasiadał w Biurze Politycznym KC partii. Przez osiem kolejnych kadencji był posłem w Sejmie PRL. Był też ministrem górnictwa, a potem przez 15 lat pełnił funkcję wicepremiera, by wreszcie w 1970 r. zostać premierem. Był nim przez okrągłą dekadę. Ze stanowiska nieoczekiwanie odwołał go Edward Gierek (którego był człowiekiem). W 1980 r. Jaroszewicz pożegnał się z Radą Ministrów, Biurem Politycznym KC, a rok później także z całą PZPR. W stanie wojennym doczekał się internowania jako „członek ekipy Gierka”.

Żony, synowie i kochanki

Prywatne życie byłego premiera i jego rodziny było nie mniej mętne od samego socrealizmu. Z pierwszą żoną Oksaną miał syna Andrzeja, który był kierowcą rajdowym i, oględnie to ujmując, chętnie korzystał z nietykalności, jaką zapewniał mu status jego ojca. Z drugą żoną, Alicją Solską także miał syna – Jana. Do dziś pozostaje on w otwartym konflikcie ze swoim przyrodnim bratem. Panowie nie rozmawiają ze sobą. Andrzej Jaroszewicz ma m.in. żal do brata, że o śmierci ojca dowiedział się z mediów, a nie od niego. Jeszcze większą niechęć czuje do nieżyjącej już macochy, matki Jana. Ona także pałała do niego żywą nienawiścią. Nawet po jej śmierci starszy syn premiera nazywał ją potworem i oskarżał o największe podłości z molestowaniem seksualnym włącznie. Sugerował także, że to ona mogła mieć udział w śmierci jego ojca.

Gdyby tego było mało, Jaroszewicz przez lata miał kochankę. Nie ukrywał tego przed żoną, z którą od dawna żył „w oddzielnych sypialniach”. Solska godziła się na rolę w tatrze odgrywanym na potrzeby opinii publicznej, w zamian za utrzymanie statusu żony dygnitarza. Ich relacja opierała się na wymianie korzyści. Łączyła ich nie miłość, czy nawet przywiązanie, ale kontrakt podszyty wzajemną niechęcią.

Operacja „Żelazo”

Choć były premier wycofał się z czynnej polityki, zważywszy na swój staż, cały czas pozostawał jedną z najbardziej wpływowych postaci nad Wisłą. Nic dziwnego, skoro jego wiedza o sekretach władzy ludowej była ogromna. Nie było tajemnicą, że Jaroszewicz (jak każdy rozsądny peerelowski kacyk) przez lata gromadził dokumenty dotyczące innych towarzyszy.

W kuluarach mówiło się m.in. o tym, że w przepastnych archiwach Jaroszewiczach jest dużo materiałów o słynnej akcji „Żelazo”. Chodziło o tajną operacje wywiadu PRL ,w wyniku której kilku funkcjonariuszy służb przeniknęło do struktur przestępczych na Zachodzie. Dokonywali tam najgorszych przestępstw, a wszelkie zrabowane kosztowności miały służyć do finansowania kolejnych operacji wywiadu. W praktyce cenne przedmioty (od biżuterii po samochody) miały trafiać do oficerów MSW oraz samej wierchuszki PZPR, z Gierkiem na czele.

Kolekcja kwitów

W 1991 r. ukazała się książka Bohdana Rolińskiego „Przerywam milczenie: 1939–1989, wywiad rzeka z Piotrem Jaroszewiczem”. Wbrew temu, co sugerował tytuł, były premier niczego szczególnego w rozmowie nie ujawniał. Dawał jednak do zrozumienia, że jego wiedza, tak o komunistycznych, jak i nowych, demokratycznych elitach, jest wielka. Szczególnie w zakresie tzw. większych i mniejszych grzeszków.

Także wcześniej wysyłał do dawnych kolegów czytelne sygnały, że nie należy go lekceważyć, gdyż mało kto wie o tajemnicach Rzeczpospolitej Ludowej tyle, co on. – Nie chcę się wypowiadać, jakie dokumenty u niego widziałem. Dotyczyły niedużego kręgu osób sprawujących władzę i ludzi, którzy w latach 90. byli na pierwszych stronach gazet – mówił w sądzie Aleksander Kopeć, były minister w rządzie Jaroszewicza.

„Chcą mnie wykończyć”

Ale każdy medal ma dwie strony. Za wiedzą o sekretach PRL szedł strach przed mackami jej służb. Jak działają, Jaroszewicz wiedział doskonale. Dlatego znany był ze swojej ostrożności, czy raczej podejrzliwości. Ludzi, którym ufał można było policzyć na palcach jednej reki. Nic dziwnego w przypadku kogoś, kto w aparacie komunistycznej władzy spędził 30 lat.

Był przekonany, że w domu jest podsłuchiwany. – Wszystkie ważniejsze rozmowy odbywał w ogrodzie – przyznaje syn Andrzej. Wielokrotnie powtarzał także synowi, że wie o tym, że dawni koledzy chcą się go pozbyć. Był pewien, że wypadek jego śmigłowca w 1976 r. nie był przypadkiem. – To był mord polityczny. Spisek był organizowany od dłuższego czasu. Brały w nim udział osoby, które były blisko niego – przekonuje dalej starszy syna Jaroszewicza.

I Krajowa Konferencja Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, 1973, fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

„Zaczęły się wycieczki”

Powiedzieć, że śmierć Jaroszewicza wstrząsnęła Polską, to nic nie powiedzieć. W 1992 r. upadek komuny wciąż był sprawą bieżącą. Dokonująca się wymiana elit przebiegała powoli. Dlatego 82-letni Jaroszewicz, choć nie uczestniczył już w życiu politycznym, był powszechnie rozpoznawalny i dobrze pamiętany. Co więc, wciąż wpływowy.

Jego młodszy syn wspomina, że w ciągu doby przez dom byłego premiera przewaliło się pół Warszawy. – Rano to już zaczęły przyjeżdżać regularne wycieczki – przypomina sobie Jan Jaroszewicz. Tabuny ludzi z różnych ministerstw, służb i urzędów przyjeżdżały, by zobaczyć miejsce, gdzie zamordowano dawnego dygnitarza PRL. Bezradnym policjantom, którzy próbowali zabezpieczyć ślady zbrodni przed zadeptaniem, przed oczami machano kolejnym legitymacjami. – Łatwiej by było policzyć kogo tam nie było, niż kto tam był – wspomina Robert Duchnowski, były policjant. – Zapamiętałem taką sytuację: Po czterech dniach wieczorem przyjechał wysoki rangą oficer policji i zapytał, czy może się przejść po domu, bo „on tu jeszcze nie był” – dodaje Duchnowski w rozmowie z Tomaszem Sekielskim.

Zadeptane śledztwo

Wbrew temu, co uparcie od lat powtarza Dariusz Janas, były policjant prowadzący śledztwo po śmierci Jaroszewicza, w trakcie dochodzenia popełniono masę błędów.

Pierwszym było wspomniane wpuszczenie na miejsce zdarzenia całej zgrai gapiów zadeptujących ślady. Tych, które się uchowały, nie zabezpieczono prawidłowo. Nie zbadano zamka oraz zabrudzeń na drzwiach, a także wszystkich śladów krwi. Nie sporządzono raportu z otwarcie szafy pancernej, z której młodszy syn byłego premiera (przy prokuraturze) zabrał część rzeczy. Zignorowano wreszcie świadków, którzy twierdzili, że widzieli wychodzących z willi nad ranem dwóch mężczyzn i kobietę, na których czekał już samochód.

Największą kompromitacją było jednak zniknięcie z sądowego archiwum części materiałów ze śledztwa.

„Nie miałem odwagi otworzyć”

Odkryło to w 2005 r. policyjne tzw. Archiwum X. Cień podejrzenia od razu padł na służby specjalne, ponieważ wśród zaginionych materiałów były trzy folie z niezidentyfikowanymi odciskami palców znalezionymi na ciupadze, szafie pancernej i okularach Jaroszewicza. W ten sposób zabezpieczano niegdyś ślady linii papilarnych w oczekiwaniu na rozbudowę policyjnej bazy danych. Więc gdy rozwinięto już system AFIS służący do badań daktyloskopijnych i odkryto brak folii, uznano, że zapewne zniszczyły je specsłużby, chcąc zatrzeć swoje powiązania ze zbrodnią.

Prawda okazała się o wiele bardziej prozaiczna (i bolesna). Odkrył ją dziennikarz śledczy Tomasz Sekielski. Przygotowując reportaż na temat tajemniczej zbrodni, dotarł do unikającego mediów młodszego syna byłego premiera i namówił go na rozmowę. W jej trakcie okazało się, że Jan Jaroszewicz kilka miesięcy po śledztwie otrzymał z sądu karton z przedmiotami zabranymi z willi jego ojca przez śledczych. Adnotacja mówił, że nie będą już potrzebne w dochodzeniu i należy zwrócić je rodzinie. – Nie miałem odwagi się z tym zmierzyć – wyznał młodszy syn byłego premiera, wyjaśniając, dlaczego przez 26 lat nie otworzył kartonu. Zrobił to przed kamerą Sekielskiego. W środku, obok zakrwawionych ubrań i kilku nieistotnych przedmiotów, znajdywały się… trzy folie z odciskami palców.

UOP grzebie w kablach

Ale to nie koniec wątku służb wywiadowczych. Prowadzący śledztwo prokurator Artur Kassyk w ogóle nie poruszył bowiem kwestii podsłuchów. Tymczasem rodzina Jaroszewicza jest przekonana o udziale w sprawie służb specjalnych (polskich lub rosyjskich). Choć UOP temu zaprzeczał, młodszy syn pamięta, że na miejscu zbrodni w pewnym momencie pojawili się funkcjonariusze z legitymacjami wydziału łączności MSW. Panowie wnieśli do wilii specjalistyczny sprzęt do detekcji podsłuchów, wypraszając wszystkich na zewnątrz, z prokuratorem i policją włącznie. Po kilku godzinach zniknęli, by pojawić się ponownie za parę dni. Demontowali wówczas część instalacji telekomunikacyjnej. – Dawali jasno do zrozumienia, że w domu jest podsłuch – przyznaje Jan Jaroszewicz.

Dwa lata po śmierci Jaroszewicza rozpoczął się – w naturze swej zupełnie fasadowy – proces domniemanych sprawców: Krzysztofa R. ps. „Faszysta”, Wacława K. ps. „Niuniek”, Jana K. „ps. Krzaczek” i Jana S. ps. „Sztywny”. Sprawa wlokła się do 2000 r., kiedy to na wniosek prokuratury (sic!) oskarżonych uniewinniono i wypuszczono na wolność, wypłacając jednocześnie pokaźne odszkodowanie.

Tajemnice III Rzeszy

Dlaczego więc zginął Jaroszewicz? Przez lata zbrodnia obrosła sadłem domysłów i spekulacji. Większość z teorii można jednak zamknąć w trzech głównych watkach: tajnym nazistowskim archiwum, teorii tzw. „matrioszek” i wyroku wykonanym przez „komanda śmierci SB”.

Najczęściej pojawiające się spekulacje dotyczyły wizyty Jaroszewicza w 1945 r. w barokowym pałacu w Radomierzycach. Razem z grupą oficerów miał przejąć przewiezione tam tajne archiwum RSHA (Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy), a następnie pomóc przerzucić je do ZSRR. Dokumenty (w liczbie ok. 300 tys. teczek) zawierały m.in. dane tajnych współpracowników SS z Francji i materiały zbierane na temat zachodnich elit, np. rodziny Rothschildów. Jaroszewicz i jego kompani mieli przywłaszczyć sobie część hitlerowskiego archiwum.

Pikanterii teorii dodaje fakt, że wszyscy towarzysze Jaroszewicza, którzy mieli być z nim w Radomierzycach, podobnie jak on, zginęli w latach 90. w niewyjaśnionych okolicznościach. Tadeusz Steć został zamordowany w 1993 r. we własnym domu, podobnie jak Jerzy Fonkowicz, który zginął w 1997 r., a przed śmiercią był torturowany.

Wątek ten w 2007 r. badało Biuro Wywiadu Kryminalnego Komendy Głównej Policji. Rzekomo obiecujące tropy doprowadziły donikąd. Nic dziwnego, skoro istnieje duże prawdopodobieństwo, że cała historia jest fikcją. Do zmyślenia jej miał przyznać się były p Wojsk Ochrony Pogranicza, domorosły historyk i specjalista od specsłużb, Henryk Piecuch. Jaroszewicz prawdopodobnie nigdy nie był w Radomierzycach, podobnie rzecz ma się z hitlerowskim archiwum. Piecuch wymyślił tę legendę na potrzeby „uatrakcyjnienia” pałacu w oczach turystów.

Piotr Jaroszewicz w Rzeszowie, lata 50. fot. Brzostowska/Shutterstock

Rosyjskie matrioszki

Wedle innej teorii, były premier, jeszcze jako wojskowy, miał poprzez gen. Karola Świerczewskiego poznać tajną metodę sowieckiego wywiadu, nazywana „matrioszkami”. Chodziło o podstawianie radzieckich agentów w miejsce polskich oficerów i polityków. Sobowtóry miały przejmować życiorysy autentycznych postać, korzystając z wojennej i powojennej zawieruchy. Takimi „matrioszkami” mieli być m.in. Bolesław Bierut czy Wojciech Jaruzelski. Śmierć gen. Świerczewskiego była rzekomo bezpośrednio związana z jego wiedzą na temat „matrioszek”.

Czy tak było? Historycy nie są jednomyślni. Większość podchodzi jednak do teorii „matrioszek” sceptycznie i traktuje ją jako element, doskonale opanowanej przez Rosjan, dezinformacji.

Wizyta komanda śmierci

Wreszcie trzecia teoria – chyba najbardziej realna – mówi, że Jaroszewicz zginął z powodu zawartości swojego archiwum. Nie chodzi jednak o tajemnice III Rzeszy, a teczki dotyczące głównych postaci polskiej polityki lat 70. i 80., z Czesławem Kiszczakiem, Lechem Wałęsą i Wojciechem Jaruzelskim na czele. Nie było tajemnicą, że były premier miał do nich dostęp, podobnie jak do wielu innych tajnych informacji. Jako że z natury był podejrzliwy i ostrożny, „zabezpieczał się” budując własne archiwum. Inaczej mówiąc, zbierał haki popularną w PRL metodą „na wszystkich”. Miały tam więc być zarówno dokumenty potwierdzające „wyreżyserowanie demokracji” przez Jaruzelskiego i Kiszczaka, jak i listy współpracowników SB oraz „zainstalowanych” agentów w obozie Solidarności. Syn byłego premiera zdradza, że ojciec szczególną niechęcią pałał do Wałęsy, którego już od lat 80. nazywał „Bolkiem” i mówił głośno, że to SB przywiozła go motorówką do Stoczni już po rozpoczęciu strajków…

W latach 80. krążyła pogłoska o uformowaniu przez bezpiekę nieformalnego oddziału specjalnego, nazywanego „komandem śmierci SB”. To za jego przyczyną mieli ginąć m.in. księża, których tajemnicze zgony do dziś nie zostały wyjaśnione. Przykładem jest choćby niepokorny ks. Stefan Niedzielak, który zginął od silnego ciosu w szyję. Prokuratura uznała, że był to wypadek domowy. Z akt śledztwa z czasem wyparowały folie z odciskami palców. Po upadku komuny „komando” miało funkcjonować dalej samodzielnie, jako grupa przestępcza, która od czasu do czasu wykonywała jeszcze polecenia dawnych mocodawców. Tak właśnie miał zginąć Jaroszewicz oraz część jego archiwum.

Porwanie 10-latka

Przez lata snuto kolejne teorie. Aż do zeszłego roku, gdy gangster i recydywista Bogusław K. postanawia zarobić na porwaniu 10-latka z Krakowa. Bandzior wpadł, choć profesjonalizm policji zajmującej się operacją – jak wynika z nieoficjalnych informacji – pozostawiał sporo do życzenia. Mężczyzna trzymał chłopca w skrzyni pokrytej kibolskimi napisami, by w razie wpadki zmylić trop i skierować uwagę śledczych na środowiska pseudokibiców. Na niewiele się to jednak zdało.

W śledztwie okazało się, że Bogusław K. odpowiada też za porwanie dla okupu krakowskiego biznesmena w 2013 r., którego ciało znaleziono niedługo po uwolnieniu 10-latka. W tamtej sprawie porywacz miał wspólnika, 61-letniego Dariusza S., którego CBŚP zatrzymało w połowie stycznia 2018 r. w Radomiu. Totalnie zaskoczony mężczyzna okazał się być członkiem dawnego gangu karateków. Mało tego, zatrzymany sam zaproponował śledczym, że w zamian za status małego światka koronnego gotowy jest opowiedzieć o napadzie na willę Jaroszewicza, bo… brał w nim udział.

Dariusz S. twierdzi, że jedynie rabował dom Jaroszewicza. W wielogodzinnym torturowaniu byłego premiera nie brał udziału. Tym mieli zajmować się Robert S. i Marcin B. Tego pierwszego policja znalazła w więzieniu, gdzie odsiadywał wyrok za inne przestępstwo. Drugiego ze wskazanych mężczyzn zatrzymano 12 marca. Z trzech podejrzanych dwóch przyznało się już do winy. Trzeci odmówił składania zeznań. – Opisali szczegóły przebiegu zabójstwa oraz rabunku, których nie mogliby znać, nie będąc na miejscu – ocenił Zbigniew Ziobro, ogłaszając światu przełom w sprawie zbrodni na Jaroszewiczach.

Karatecy z Radomia

Grupa nazywana gangiem karateków (jej członkowie poznali się na zajęciach sekcji karate AZS przy radomskiej Wyższej Szkole Inżynierii) siała postrach w pierwszej połowie lat 90. XX. Powiązani z Pruszkowem bandyci wyspecjalizowali się w napadach rabunkowych na bogate domy i rezydencje. W latach 93-95 splądrowali w ten sposób 25 willi m.in. w Trójmieście, Puławach, Kazimierzu Dolnym, Łomiankach i Radomiu.

Grupa znana była z brutalności i bezwzględności. Gangsterzy bili właścicieli okradanych domów, wiązali ich i skatowanych pozostawiali na miejscu, odjeżdżając z ich dobytkiem zrabowanymi autami. Przemoc traktowali jak rozrywkę. Jarosław „Masa” Sokołowski przyznaje, że cieszył się, gdy gang karateków został rozbity. – To byli źli ludzie – mówi, choć brzmi co najmniej kuriozalnie w ustach kogoś takiego jak on. „Masa”, który sam ma status świadka koronnego, chwali się także, że brał udział w tzw. „wierceniu kolanek” jednemu z kolegów Dariusza S. Wydarzyło się to po tym, jak karatecy obrabowali willę biznesmena, który okazał się mocniej niż oni powiązany z Pruszkowem.

Ziobro kontra Sekielski

Minister sprawiedliwości dziękował śledczym i prokuraturze. Przesłuchanie Dariusza S. nazwał „momentem przełomowym” dla sprawy Jaroszewiczów. Ubodło to oczywiście Sekielskiego, który wcześniej oddal policji rzeczy znalezione w kartonie Jana Jaroszewicza.

Panie ministrze Ziobro, tak dla porządku, zaginione dowody w sprawie zabójstwa Jaroszewiczów odnalazłem ja, a nie jakaś bliżej nieokreślona gazeta – pisał na Twitterze dziennikarz. Dodał także, że gdy w lutym chciał spotka się w sprawie przekazania dowodów z prokuratorem generalnym, ani Ziobro ani jego zastępcy nie wyrazili najmniejszego zainteresowania sprawą.

W odpowiedzi Prokuratura Krajowa wydała oświadczenie, w którym potwierdza że dziennikarz wraz z Janem Jaroszewiczem przekazał materiały 22 lutego, po czym został przesłuchany. „Dostarczone przez redaktora Sekielskiego dowody nie miały jednak wpływu na ustalenie osób, którym prokuratura postawiła zarzuty zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem byłego premiera PRL Piotra Jaroszewicza i jego żony” – czytamy dalej w komunikacie.

Pytań wciąż jest wiele

Proces zabójców Jaroszewiczów zapowiada się arcyciekawie. Bez odpowiedzi pozostaje wiele kluczowych pytań. Wciąż nie wiemy, jaki był główny motyw sprawców, dlaczego torturowano byłego premiera i co chciano z niego wyciągnąć? Co było w skradzionych dokumentach i gdzie trafiły. Dalej, kto wydał wyrok na Jaroszewicza i czy gang karateków odpowiada za podobne mordy – innymi słowy, czy karatecy rzeczywiście byli „komandem śmierci SB”?

Zastanawiające jest także, dlaczego Dariusz S. zdecydował się „sypać” dopiero teraz? Przecież członkowie gangu karateków byli zatrzymywani i sądzeni już wielokrotnie za różne przestępstwa. Żaden nie puścił pary z ust na temat zabójstwa w Aninie przez 26 lat. Dlaczego więc teraz jeden z nich, przy zupełnie innej sprawie, zdecydował się przerwać zmowę milczenia? Czy stoi za tym tylko przypadek?

Chwaląc się przełomem w sprawie minister Ziobro mówił, że nie ma zbrodni doskonałej. Być może. Ale zbrodnia, a już szczególnie polityczna, nie musi być doskonała. Wystarczy, że nie zostanie w pełni wyjaśniona. Nawet skrawek cienia wystarczy, by mocodawca zbrodni na Jaroszewiczu pozostał bezkarny.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Michał Piasecki
Michał Piasecki
Absolwent filozofii (UJ) oraz dziennikarstwa i komunikacji społecznej (UPJPII). Studiował trzy kierunki na czterech uczelniach w dwóch miastach. Animator, wychowawca, dziennikarz i redaktor. Pasjonat popkultury, książek, przemian kulturowych i zachowań młodzieży. Entuzjasta nowych mediów i wyznawca death metalu. Kolekcjoner wszystkiego co mieści się w domu i/lub głowie. Wydawca aplikacji Upday.
AUTOR

Polecamy

Zobacz też

Va banque Leppera. Rzecz o politycznej grze, sile haków i tajemniczej śmierci

Tajemnicza śmierć Andrzeja Leppera prowokuje do pytań. Choć samobójstwo lidera Samoobrony – zdaniem prokuratury – było tak oczywiste, że ogłoszono je dwa dni przed tym, nim w ogóle zabrano się za śledztwo.
Michał Piasecki
Michał Piasecki
17 listopada 2017
CZYTAJ WIĘCEJ
[FM_form id="1"]
Skup antyków Warszawa