Na cześć nowej Lary Croft – najgorsze ekranizacje gier wideo

3 minuty czytania
600
1
Rafał Christ
Rafał Christ
5 kwietnia 2018
©Warner Bros

Kinowe adaptacje gier wideo bywają lepsze lub gorsze. Zazwyczaj jednak gorsze. Z pewnością znajdą się tacy, którzy uznają, że dobra ekranizacja tego typu jeszcze nie powstała. I wcale nie będą mijać się z prawdą.

Do dzisiaj już kilkadziesiąt razy próbowano przenieść na wielki ekran bijące rekordy popularności gry wideo. Zwykle kończyło się to klapą, zarówno finansową jak i artystyczną. Większość (o ile nie wszystkie) z tych filmów nie dość, że nie przyciągnęła do kin zadowalającej liczby osób, to jeszcze została zmiażdżona przez krytykę. Do tej pory najwięcej, bo niecałe 434 miliony dolarów, zarobił „Warcraft: Początek”. Poprzednia ekranizacja “Lara Croft: Tomb Raider” z 2001 roku także nieźle sobie poradziła finansowo – ponad 274 miliony dolarów. Kolejna, „Tomb Raider”, wchodzi u nas do kin już za moment – 6 kwietnia i wiele wskazuje, że ma szanse pobić kasowy rekord, bo już teraz ma na koncie ponad 200 milionów. Natomiast według krytyków najlepsze okazuje się animowane “Resident Evil: Vendetta” (50% pozytywnych recenzji na RottenTomatoes).

Te osiągnięcia nie są zbyt powalające, ale twórcy poniższych produkcji mogliby o nich co najwyżej pomarzyć. Przy tworzeniu listy najgorszych kinowych ekranizacji gier wideo posiłkowałem się box office’owymi wynikami poszczególnych filmów, które następnie porównałem z ich odbiorem przez krytykę. Żeby jeszcze bardziej utrudnić sobie zadanie, postanowiłem uwzględnić jedynie tytuły, jakie miały premierę w naszym kraju. W przeciwnym razie zestawienie zdominowałyby adaptacje wyreżyserowane przez Uwe Bolla. A jego „dzieła”, wbrew temu co sam o nich myśli, nie zasłużyły, aby poświęcać im tyle miejsca.

“Ratchet i Clank”, 2016, reż. Kevin Munroe

Tytułowi lis i robot dołączają do Strażników Galaktyki (nie mylić z ekipą Chrisa Pratta), aby walczyć z kosmitą Drekiem. Bywa zabawnie, są ciekawe znane z oryginału postacie, jest ładnie i przyjemnie, a nawet nie brakuje elementu edukacyjnego. W 2016 roku widzowie oczekiwali poziomu, do jakiego przyzwyczaił nas już Pixar. Dla Ratcheta i Clanka był on jednak daleko poza zasięgiem. Ekranizacja kolorowej i kultowej platformówki być może zyskałaby większe uznanie publiczności, fanów gry czy krytyki, gdyby powstała kilka(naście) lat wcześniej.

“Hitman: Agent 47”, 2015, reż. Aleksander Bach

W „Agencie 47” główny bohater z irytującym meszkiem na głowie postanawia odnaleźć twórcę programu „agentów”, a pomaga mu w tym córka naukowca. Nieodgadnioną wciąż zagadką jest, dlaczego ktoś z 20th Century Fox uznał, że dobrym pomysłem będzie wprowadzić po ośmiu latach od premiery pierwszej niezbyt udanej wersji, drugą ekranizację Hitmana. Zmieniono niemal całą ekipę, z niewyjaśnionych powodów zostawiając scenarzystę. Efekt był łatwy do przewidzenia. Wyszła mało zjadliwa papka, niemająca wiele wspólnego z oryginałem.

“Nieprzerwana akcja – Wing Commander”, 1999, reż. Chris Roberts

Dziewięć lat po premierze pierwszej części gry, postanowiono przenieść na ekran symulator, w którym wcielamy się w kosmicznego pilota. Akcja ma miejsce w 2654 roku w trakcie toczącej się wojny między ludźmi a obcą rasą. Nieustraszeni żołnierze muszą znaleźć sposób, aby powstrzymać Kilrathi planujących podbój naszej planety. Efekty specjalne nie robiły szczególnego wrażenia już w dniu premiery. Do porażki filmu przyczynił się również wyjątkowo słaby scenariusz z nieudolnymi dialogami.

“Silent Hill: Apokalipsa”, 2012, Michael J. Bassett

Pierwsza ekranizacja kultowego survival horroru w porównaniu do innych adaptacji gier wideo okazała się nie najgorsza. Jeśli zaś chodzi o kontynuację, było już tragicznie. Po śmierci matki główna bohaterka wraz z ojcem przeprowadza się z miasta do miasta i zmienia nazwiska. Kiedy jej opiekun zniknie, młodziutka Heather odkryje tajemniczy świat i będzie musiała stanąć do walki z potwornymi mocami. W Silent Hill: Apokalipsie zawiodły nawet efekty 3D, które nie były w stanie wynagrodzić licznych absurdów fabularnych oraz płaskich (głupich) postaci. Mówiąc krótko: boleśnie zmarnowany potencjał.

“Znak Smoka”, 1994, reż. James Yukich

Słynną bijatykę zekranizowano już rok po premierze pierwszej aktorskiej adaptacji gry wideo, czyli kuriozalnego Super Mario Bros. Akcja toczy się w postapokaliptycznym Los Angeles, zwanym teraz New Angeles. Głównymi bohaterami są nastoletni bracia, którzy wchodzą w posiadanie połówki chińskiego medalionu. Diaboliczny Shuko pragnie zdobyć ten złoty naszyjnik i połączyć go ze swoją połówką, aby zyskać nieograniczoną moc. Znak Smoka chwalony był za wykorzystanie efektów specjalnych, które z dzisiejszego punktu widzenia trącą myszką na kilometr. Krytykowano go jednak za głupiutki scenariusz. W tak słabej produkcji aż przykro patrzeć na cudownie karykaturalnego Roberta Patricka w roli antagonisty.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Rafał Christ
Rafał Christ
Filmoznawca, który zamiast z kinem artystycznym, woli spędzać wieczory z horrorami i blockbusterami. Kiedy akurat czegoś nie ogląda, to pewnie czyta komiks albo książkę. Jego przemyślenia na temat popkultury można znaleźć w różnych miejscach w internecie, ale nie zdziwcie się jeśli natkniecie się na nie również w prasie.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Film

Co zamiast nowego Greya? 10 filmów z BDSM w tle

Z okazji walentynek do kin wchodzi kolejna część bezpłciowego romansu – “Nowe oblicze Greya”, który sprawia, że człowiek ziewa przy “wyuzdanych” scenach seksu. Oto przegląd filmów, po które można sięgnąć, gdy najdzie nas ochota na odrobinę prawdziwej pikanterii. Grey by się przy nich zarumienił!
Rafał Christ
Rafał Christ
12 lutego 2018
CZYTAJ WIĘCEJ